David Bowie. Tonight
Today. 35 lat temu. Jak już w poprzednim poście napisałem, mam do tej rzeczy ogromny sentyment. Mimo upływu lat ciągle to lubię. Ale ja już tak mam, gdy coś polubię, to na zawsze. Sprawia to wrażenie obsesji. W takim oczywiście potocznym rozumieniu. To podtrzymuje we mnie zafascynowanego szczeniaka. Przywołuje te dawne emocje... Spotykam się z duchem przeszłości. Jeden klik albo płytka w odtwarzaczu, i płynę sobie pod prąd, ze swobodą. Magia sztuki. Wyższej, niższej - wszystko jedno... Mówiąc najogólniej estradą od lat się już nie interesuję. Nie obchodzą mnie nowości, poza paroma wyjątkami, starzejącymi się... Takim wyjątkiem był Bowie. I to "był" mnie cholernie przygnębia. No bo chętnie bym chciał dalszej przygrywki dla swojego czasu - taki jestem samolubny - a zadowolić się muszę już jedynie dźwiękami przeszłości, nie tak jeszcze odległej wprawdzie, tyle że staremu dziadowi czas płynie szybko, więc ta otchłań przeszłości coraz bardziej straszliwym zionie chłodem... Po...