Przyciąganie XIX
Wracał niespiesznie z przechadzki, więc Árni jest już lekko zniecierpliwiony oczekiwaniem... - O, aż tak długo zabawiłem? - dziwi się Timo, widząc jak tamten przechadza się znużony już nieco podziwianiem uspokajających obrazków zdobiących ściany poczekalni. - Ach nie, chyba nie... Tylko że nic z tego. Nawet nie pozwolił mi się rozsiąść w tym całym astronomicznym fotelu... - Tego się obawiałem. Poszło o stłuczony ryj i tę niewygojoną wargę?... - Otóż to... Że też nie pomyślałem. Też mnie z tego powodu zganił... I jakby coś ode mnie jeszcze poczuł... - Rozumiem, że gdy spłynął mrok wieczorny, coś jednak dotankowałeś... Łobuz z ciebie... - To kim w takim razie jest moja żona?... Zaczyna padać, gdy opuszczają przychodnię. Timo znów siada za kierownicą... Czuje się jak zabawka zawieszona na gumie. Wędruje jak jojo na krótkiej uwięzi. To w tę, to w tamtą stronę, i ściąga go na rdzawe złomowisko, gdzie ponoć kiedyś gospodarzył owczy król... A tam garść, której dał się złapać... Lecąca planeta...