Wytrwale waląc w kamień
Trzeba mieć cierpliwość. Tak aż do skutku... Już w poprzedniej notce poeta doradza, by takim właśnie cierpliwym być... Też mi tego trzeba... Zwłaszcza gdy stale ładują się na mnie jeszcze kłopoty taty z kolejnymi odsłonami medycznego thrillera... Do ogólnej niesprawności, psychicznego wkurwu (Boże drogi, a co by było bez magicznych pastylek!), rurki w szyi doszła jeszcze - wzbogacając kolekcję - operacja zaćmy. Niby nic wielkiego - nawet przy tym pacjencie podwyższonego ryzyka - ale dla mnie jednak więzienie, bo teraz przez miesiąc muszę pilnować zakrapiania oka, bo tata sobie tego sam nie zrobi. No i znowu znosić muszę te wszystkie humory, całe to chamstwo tak naprawdę obcego człowieka... Stale sobie uświadamiam, że nic - poza biologią, tymi całymi genami (choć ja się nieustannie upieram, że nie mam ani żadnych genów, ani nawet żadnej wątroby, dzięki czemu pewne coś nie ma mi gdzie siąść) - nic mnie z nim nie łączy... Nie mamy żadnych wspomnień, a w każdym razie nie ma w nich nic...