Przyciąganie XXV
Docierają do miasta. Gwaru trochę więcej, bo atmosfera jest już prawie urodzinowa. Uśmiechy, zakąski, muzyka. I niebo się przeciera, choć rześko jest, nawet bardzo. W miejskich ogrodach jakiś grubaskowaty piosenkarz poczynia swoje koncertowe próby, jest rumiany, najwyraźniej zahartowany, o nieokreślonej fryzurze, bo, podobnie jak Timo, ma włosy niechętnie poddające się grzebieniowi. Śpiewa, choć Tima razi nieco jego maniera, bowiem artysta - jak to określa - co chwilę wznosi się ku kotkowatym miaukom. - Dziś dużo miauczących mężczyzn - zauważa. - A do tego, do tych osobliwych odgłosów typowych dla marcowania, dochodzą jeszcze dziwaczne śpiewaczki o dziecinkowatym wokalu. Jakaś wszechobecna nastolatkowość, trudna do zniesienia. Jak na lalczynym balu. Przyglądają się ażurowej wiktoriańskiej altance ogrodowej. - Może się tu kiedyś pobierzemy? - rzuca Pol. - W takim otoczeniu musiałbym chyba zadbać o strój kelnera i pomarańczową cerę. Nie licz na to, że dam się tak przebrać. - Bardzie...