Uliczki znam w Reykjaviku...
Nawet całkiem dobrze, choć uśmiecham się do jednej z bohaterek z jednego z opowiadań pisareczki Fríðy Ísberg, której się wiecznie myliły te wszystkie "gaty" i "stigury"... No można się trochę w tych nazwach pogubić i zdają się te różne przecznice jakoś tak przemieszczać żywotnie... A nie, to nie tu, to jeszcze dalej, następna... A dałbym sobie głowię uciąć... Ale w zasadzie tak mam we wszystkich znanych mi miejscach - jakoś ogarnięte główne ulice, z dopływami o malowniczym chaosie... Nie mam taksówkarskiej głowy. A teraz spacer... Po Reykjaviku i po życiu... Z poetą... Właściwie wszyscy ostatecznie lądujemy tam, gdzie są rzeczy budzące jakieś niepokoje - one - chociaż byśmy zaprzeczali - przyciągają, swą grozą, śmiercionośną... Do tych brutalnych prawd biegną jednak rozmaite ścieżki. Kręte, krzyżujące się, jak na miejskiej mapie... Najpierw lądujemy na rogu Lokastigur i Baldursgata. Bardzo to symboliczny punkt, biorąc pod uwagę patronów. Loki i Baldur. Demoniczny, n...