Birthday
Oto i urodziny... Tak odnotowuję dla porządku, bez celebracji, bo też i siebie nie celebruję, nie okraszam odświętnie swej przemijalności... Wolę celebrować wszelkie inne chwile, jak najcodzienniejsze... Zawsze powtarzam, że urodziny pasują do pewnej metrykalnej sensacyjności: ot, ukończony pierwszy rok, może nawet piąty, a potem, w przywyknięciu, zwłaszcza gdy już się wchodzi w dwucyfrowości, to długo nic, aż w końcu można poświętować, gdy się świadomie dożyje setki - człowiek jest wtedy i sensacyjnie stary, a ponadto dostatecznie już znów dziecinny na kolorowe torciki ze świeczką (w tym drugim przypadku tylko trzeba uważać przy zdmuchiwaniu płomyka, by wraz z niezbędnym do tego powietrzem nie wydmuchnąć z siebie sztucznej szczęki - trzeba zadbać o dobry klej, chyba że należy się do szczęśliwego grona staruszków zębatych, bowiem i tacy się przecież zdarzają). Które to? Mało istotne, ja już zaokrąglam, w górę, bo idę przecież jak pnącze... Jak nieodżałowana Edna Everage mogę powie...