Eiríkur Örn Norðdahl. Głupota
Teraz może niech taka sobie będzie powieść islandzka... Taka sobie, bo taka sobie... Wizja przyszłości z wizją znaną już w przeszłości, bo Áki i Leníta trochę są jak Axel i Berta ze sztuki "Koledzy" Augusta Strindberga, tyle że u Strindberga to jeszcze małżeństwo, a tu już w zasadzie nie, jednak i tu, i tu to parka kolegów po fachu w relacjach toksycznych, bo zaraz wpycha się we wszystko duch konkurencji, złodziejstwo i wszelkiego rodzaju nieufności na gruncie jakichś tam zastarzałych uczuć, niewygasłych... Tamci malują, ci z kolei piszą, w tych międzypłciowych zmaganiach. Dokuczliwi. Zazdrośni. No i jedno musi być górą, drugiemu zaś przychodzi łykać gorzką pigułkę porażki... U Islandczyka oboje piszą powieść, każde swoją, jednak, jak się okaże, obie pod tym samym tytułem, obie na czasie, swoim, z imigrantami i międzynarodowym terroryzmem. Islandia, ciągle na tym swoim uboczu, jest jednak już całkiem zakorzeniona w globalnej wiosce. Niestrudzony Jacek Godek w posłowiu do prze...