Elísabet Kristín Jökulsdóttir. Chłód kwietniowego słońca
Troszkę nawiązałem wcześniej, teraz jeszcze trochę... Védís, a pod nią kryjąca się Elísabet... O niej to taka dość koślawa opowieść, krótka... Coś mi ona przypomina, więc jakoś tam do mnie przemawia, choć niekoniecznie muszę obcować z czymś, co mi gdzieś tam przewierca dziury do mojego dawnego, lunatycznego życia... Osoba dość poetycka, średnio sobie z życiem radząca, taka jakby niezbyt zadomowiona - ot choćby w przeciwieństwie do jednego z chłopaków, który jak nie był w maszynowni na kutrze, to zastygał na kanapie przy stole pełnym lepkich szklanek (a jak takie szklanki, to też rojowisko lepkich kółek na blacie), butelek i kiepałek, z których przesypywały się pety... Można sobie nalać, i pożyć, w spokoju świętym. No, Védís musiała się podlać, żeby w ogóle był jakiś ruch - więc jakby wszystko na opak... Z zacnej rodziny, a jednak jakoś tak niezbyt zacnie wprowadzona w istnienie na Ziemi. Zawsze tłumiąca emocje, nie skarżąca się także wtedy, gdy ją prześladowali i wykluczali...