Posty

Útmánuðir

Obraz
Útmánuðir. Czyli ostatnie miesiące zimy, przednówek. Swego czasu trudny moment w ciągu roku: zapasy wyjedzone; siano na ukończeniu, a trawy młodej jeszcze nie ma... I w samą porę jeszcze jedno znalezisko z poprzedniego bloga, poetyckie. Na marzec w sam raz, na jego koniec. Zanim wróci na dobre życie. Kiedyś życie na Islandii nie rozpieszczało za bardzo. Istniało się wśród większej niepewności. O trudnych latach w poezjach swych wspominał kiedyś Jón úr Vör (1917 - 2000), w tomie Þorpið (Wioska rybacka) z 1946 roku. W takiej wiosce się wychowywał, jako przybrane dziecko w ubogiej rybackiej rodzinie. Taki więc kawałek z dawnych lat, z Islandii... Wielkie szczęścia, proste szczęścia: Jón úr Vör Przednówek  Pamiętasz ten długi bezmleczny czas pośród zimy, rybę lichą w cebrzyku, ledwie małego suszonego dorsza, źródło  z prostą piosenką cieknącej wody, łodzie w szopach okryte jutowym płótnem, owce na plaży, przemarznięte stopy i wieczory długie jak wieczność, często pełne niecierpli...

O starym człowieku

Obraz
  Z biegiem lat, z biegiem dni tak się osypujemy... Jak ta subarktyczna skałka... Powiada Rolf Jacobsen, że przeznaczeniem wszystkiego jest piach... Każda góra się nań zetrze... Tak sobie dłubałem w leniwej chwili w starociach, jak to ja, tym razem, jakoś tak drogą przypadku, we własnych... Nie jestem przywiązany do swych słów i żartuję sobie, że usypuję mandale takie z literek, które można zdmuchnąć... Bloxa już dawno nie ma, sam go zresztą zdmuchnąłem z siebie, na jakiś miesiąc przed jego zniknięciem, ale internet jest pamiętliwy i w jego archiwach się wszystko czy prawie wszystko zachowało... Dziwne takie nagłe spotkanie z tamtymi notkami, chociaż to zdrobnienie nie bardzo pasuje, bo to wszystko dość - jak się okazuje - obszerne wpisy są... Ileż tam pogody nawet... Wkochiwania się nowego... Bardziej osobiście było. Naturalnie wszystko to pamiętam, ale takie dotknięcie tamtych zdań znienacka bardzo mnie wzruszyło... Człowiek jest ciekawski, nawet gdy idzie o jego własną przeszłoś...

Robota poety

Obraz
Gdzieś się natknąłem jakiś czas temu na refleksje jakiegoś człowieka, w bezsenności, w ciemnym, zimowym Reykjaviku. Jakaś tam popijana herbata i rozmyślania o poezji, Eiríka Örna, tego, o którego powieści tu przed chwilą gadałem nieco... Wspomnienia sprzed lat, kiedy to stał jeszcze berliński mur... Zaraz miał runąć. Pan był wtedy chłopakiem, co zamówił sobie u krawca pierwszy garnitur, najelegantszy w całym swym życiu, królewski iście. Szył mu go Polak, ktoś, kto wychynął zza żelaznej kurtyny, a Karol miał na imię... Tak przez poezję, wspominając wicher zmian, doszedł do swej pierwszej odzieżowej, kosztownej elegancji w życiu... I ja pozostanę na chwilę przy poecie... Czy powinien więcej? Myślę, że niekoniecznie... Dla mnie spoko... Tak że coś o robocie, i coś z cytatem z innego poety, Einara Mára Guðmundssona... Eiríkur Örn Norðdahl Robota poety* Prawdopodobnie ten wiersz mógłby  być lepszy.   A przynajmniej powinienem udawać, że tak by mogło być.   Tak to jest czasami,...

Eiríkur Örn Norðdahl. Głupota

Obraz
Teraz może niech taka sobie będzie powieść islandzka... Taka sobie, bo taka sobie... Wizja przyszłości z wizją znaną już w przeszłości, bo Áki i Leníta trochę są jak Axel i Berta ze sztuki "Koledzy" Augusta Strindberga, tyle że u Strindberga to jeszcze małżeństwo, a tu już w zasadzie nie, jednak i tu, i tu to parka kolegów po fachu w relacjach toksycznych, bo zaraz wpycha się we wszystko duch konkurencji, złodziejstwo i wszelkiego rodzaju nieufności na gruncie jakichś tam zastarzałych uczuć, niewygasłych... Tamci malują, ci z kolei piszą, w tych międzypłciowych zmaganiach. Dokuczliwi. Zazdrośni. No i jedno musi być górą, drugiemu zaś przychodzi łykać gorzką pigułkę porażki... U Islandczyka oboje piszą powieść, każde swoją, jednak, jak się okaże, obie pod tym samym tytułem, obie na czasie, swoim, z imigrantami i międzynarodowym terroryzmem. Islandia, ciągle na tym swoim uboczu, jest jednak już całkiem zakorzeniona w globalnej wiosce. Niestrudzony Jacek Godek w posłowiu do prze...

Przyciąganie XV

Obraz
- Ale dziś wieje - mówi Pol, wchodząc do salonu. - I co tam? - Złe wieści. Żyję! - odpowiada Timo. - Myślę, że da się coś z tym zrobić - pociesza Pol i rzuca na flaminga swoją kurtkę. - A to do ciebie, z banku, karta zapewne - dodaje i wręcza Timowi przesyłkę. - Ach, mógłbym się odwołać do kwestii Charouska z "Golema" i rzec: Czy to nie jest uczucie wzniosłe widzieć w gospodarstwie natury ekonomiczny palec Mateczki Opatrzności, zarządzający mądrze i przezornie? - Gdybyż to jeszcze była sakiewka, którą można by było potrząsnąć. Przygotowałeś się na ten moment... I coś nadto porabiał? - Patrzę, jak marszczy się woda... - Dmucha bardzo... Moja ty nieuczesana przybłędo. - Staram się być uprzejmy. - W każdym razie przyjaciółka z Borgarnes się nie popisała. - Dość osobliwie powygryzała mi włosy. Ale jeszcze trochę tak pochodzę, żeby nie sprawiać przykrości Eddzie. - Godne to pochwały...  - W złoczyńcach bywa tak wiele szlachetności. No i wprawiam się w nabożnych poezjach. Og keyptu...

Elísabet Kristín Jökulsdóttir. Chłód kwietniowego słońca

Obraz
  Troszkę nawiązałem wcześniej, teraz jeszcze trochę...  Védís, a pod nią kryjąca się Elísabet... O niej to taka dość koślawa opowieść, krótka... Coś mi ona przypomina, więc jakoś tam do mnie przemawia, choć niekoniecznie muszę obcować z czymś, co mi gdzieś tam przewierca dziury do mojego dawnego, lunatycznego życia... Osoba dość poetycka, średnio sobie z życiem radząca, taka jakby niezbyt zadomowiona - ot choćby w przeciwieństwie do jednego z chłopaków, który jak nie był w maszynowni na kutrze, to zastygał na kanapie przy stole pełnym lepkich szklanek (a jak takie szklanki, to też rojowisko lepkich kółek na blacie), butelek i kiepałek, z których przesypywały się pety... Można sobie nalać, i pożyć, w spokoju świętym. No, Védís musiała się podlać, żeby w ogóle był jakiś ruch - więc jakby wszystko na opak... Z zacnej rodziny, a jednak jakoś tak niezbyt zacnie wprowadzona w istnienie na Ziemi. Zawsze tłumiąca emocje, nie skarżąca się także wtedy, gdy ją prześladowali i wykluczali...

To może jeszcze o trawie, z islandzkiej poezji. Jóhannes úr Kötlum

Obraz
Ma się ku wiośnie, trawka więc urośnie...  I tak sobie zawędrowałem razem z pisarką reykjavicką ulicą do poety. Tak wyszło. Tuż po tym, jak mieliśmy tu okazję powędrować mniej lub bardziej krętymi drogami do reykjavickiego portu z poetą Antonem... Tak sobie czytam właśnie "Chłód kwietniowego słońca" Elísabet Jökulsdóttir, taką sobie książeczkę, trochę chaotyczną, trochę ironiczną, spod pióra potomkini sław lokalnych, i taki mi się fragment spodobał, o poszukiwaniu drogi pośród znaków dawanych przez los, na ulicach Reykjaviku. Plan miasta, układ ulic w takiej metaforycznej odsłonie, ulic, których nazwy rzeczywiście mogą stanowić jakąś podpowiedź, wróżbę w tożsamościowych poszukiwaniach... Można wystartować z Vonarstræti - z ulicy Nadziei (już ta ulica tu się poetycko nawet pojawiła, w wierszu o Vilborg od wspomnianego Antona...), znad stawu miejskiego, otoczonego całą tą reykjavicką reykjavickością, z tymi wszystkimi domeczkami, które czasem nawet mają jakieś pałacykowe preten...

Tarjei Vesaas. Ptaki

Obraz
   Książki w obcych względem oryginału językach mogą odżywać, bo ta, co nakreślona w ojczystym języku autora pozostaje taka jaka jest raz na zawsze. Można ewentualnie, jeśli potrzeba, coś tam uwspółcześnić, skorygować nieco pisownię, generalnie jednak nie wypadałoby pisać jej na nowo. Z tłumaczeniami już jest inaczej i można opowiadać, że coś się zestarzało i warto by było zrobić rzecz taką czy inną ponownie. Jedni uważają, że to ma sens, inni wzruszają ramionami. Nie wiem czy Ptaki trzeba było na nowo przekładać. Nie mam zdania. Może wystarczyło dokonać kolejnego wznowienia przekładu Beaty Hłasko. Książka jednak zyskała nowe spolszczenie i dobrze się stało, że po iluś tam latach znowu zjawiła pośród nie tak dawnych nowości, w odnowionej Serii Dzieł Pisarzy Skandynawskich... Ptaki znamy dobrze. Ptaki jako Żywot Mateusza weszły też do historii polskiego kina za sprawą Witolda Leszczyńskiego i stworzyły istotny element tejże... A odradzano Leszczyńskiemu, a po co to trwonić pi...

Uliczki znam w Reykjaviku...

Obraz
Nawet całkiem dobrze, choć uśmiecham się do jednej z bohaterek z jednego z opowiadań pisareczki Fríðy Ísberg, której się wiecznie myliły te wszystkie "gaty" i "stigury"... No można się trochę w tych nazwach pogubić i zdają się te różne przecznice jakoś tak przemieszczać żywotnie... A nie, to nie tu, to jeszcze dalej, następna... A dałbym sobie głowię uciąć... Ale w zasadzie tak mam we wszystkich znanych mi miejscach - jakoś ogarnięte główne ulice, z dopływami o malowniczym chaosie... Nie mam taksówkarskiej głowy. A teraz spacer... Po Reykjaviku i po życiu... Z poetą... Właściwie wszyscy ostatecznie lądujemy tam, gdzie są rzeczy budzące jakieś niepokoje - one - chociaż byśmy zaprzeczali - przyciągają, swą grozą, śmiercionośną... Do tych brutalnych prawd biegną jednak rozmaite ścieżki. Kręte, krzyżujące się, jak na miejskiej mapie... Najpierw lądujemy na rogu Lokastigur i Baldursgata. Bardzo to symboliczny punkt, biorąc pod uwagę patronów. Loki i Baldur. Demoniczny, n...

Znad Kroksjøen

Obraz
Zbiegłe myśli, niezapisane, co uleciały beztrosko, pozostające jako samotne przeżycie, najcenniejsze, choć bez świadków; nie do odtworzenia, wspomnienie niemal bez treści, a tak ciepłe, ledwie nastrój; tajemniczość źródeł objawień, którym pozwoliło się umknąć... Hans Børli W lasach Børrud Całkiem blisko mam do lasu, ledwie osiem - dziesięć kroków i już stoję w kolumnowej sali z pniami gotycko niebosiężnymi. Zwykłem przechadzać się tam ścieżką przez przyjazną sośninę w stronę Kroksjøen. Najchętniej jesienią, gdy dzikie trawy jedwabiście falują na wietrze wiejącym przez polany,  a korony sosen kołyszą się delikatnie na tle niebios pełnych wędrownych ptaków. Tak, przeżyłem w nich samotnie wiele wierszy, tam, w lasach Børrud. Rzadko dochodziły tak daleko, by przemieniać się w słowa i całe wersy, pozostały raczej ledwie szelestem skrzydeł, jakimś gorącem za oczami. Wiersze bez kształtu pozostałe, wolne, wolne jak jeleń wplątany w zarośla, jak krzyk żurawia na bagnach.   Moje nienap...

Chwistek

Obraz
  O Chwistku to tak od lat od czasu do czasu myślałem. Głównie w związku oczywiście z Witkacym, bo postać Leona Chwistka jest z naszym czołowym katastrofistą nierozerwalnie powiązana, tylko tak się podziało, że Witkacy wreszcie zdobył sobie publiczność (choć najwięcej jej dopiero po śmierci przyszło), Chwistek natomiast gdzieś tam przepadł, a przynajmniej jego literackie dzieła... Witkacy stał się artystą głośnym i rozgłos Witkacego ciągnie za sobą Chwistka, bo ten matematyk, filozof, malarz i pisarz w twórczości tego pierwszego ciągle się pojawia, bo też i Witkacy i Chwistek ciągle wiedli ze sobą filozoficzne spory, głównie chyba o rzeczywistość, bo ten pierwszy uważał, że jest jedna, choć ujmowana na rozmaite sposoby, drugi widział jej wielość... I pierwszy był w swoim mniemaniu głęboki, tego drugiego uważając za spłyciarza... To była przyjaźń dozgonna i dozgonna nienawiść, bardziej może artystyczno - filozoficzna, niemniej na liście przyjaciół Chwistek znalazł się w końcu na mie...

Win

Obraz
Jakoś czasu znów mało, by się na dłużej zatrzymywać, ale skoro już zajrzałem, to trochę znowu muzyki. Całkiem przypadkiem trafiłem na ten cover i od razu mi się spodobał. Z Kanady muzycy, kameralnie... Nieraz mówiłem, że piosenki Bowiego bez Bowiego mi jakoś niezbyt pasują, ale czasem jednak trafiają się smakowite wyjątki, więc bywa, że rewiduję swój pogląd... Życie się toczy, tak jak się toczyć musi, ze składnikami, na które nie mam wpływu... A muzyka gra... Ładnie. Zatem kawałek Davida Bowie sprzed pół wieku - tak to się podziało - w takim oto wykonaniu... Andrew McPherson, Win: