Halldór Laxness. Zuchwaliada
Haakon jarl Norwegii Eiríksson miał chrześcijańskich rodziców i został ochrzczony w niemowlęctwie; oszczędziło mu to cierpień, jakich doświadczają niektórzy spośród tych, co to w dorosłości przyjmują wiarę i przytłoczeni poczuciem winy za swoje niegdysiejsze występki wobec prawdziwego boga, tak gorliwie dręczą innych swoją pobożnością, że lepiej byłoby, gdyby nigdy nie okazali skruchy...
Przyznać muszę, że czytając to zdanie, od razu pomyślałem sobie o naszych celebryckich alkoholikach: te wszystkie Miśki, Muńki, Kaziki, co to gdy już wychlali co mieli wychlać, kiedy już nadokuczali wszystkim bliskim do wiwatu, gdy im zaczęło siadać zdrowie, wtedy nagle odkryli religię, stali się jakimiś rycerzami Jezusowo - najświętszopanienkowymi i zaczęli męczyć otoczenie swoją dewocją, bo to w takiej postaci zaczęła się u nich ta religijność po życiowej imprezie. W sumie nie zastanawiałem się nad tym, ale jeden artykuł w Krytyce Politycznej zwrócił mi na to uwagę... Tak to rzeczywiście wygląda, a do Kazika to bóg przyszedł nawet w stroju kolarskim gdzieś tam w szpitalu na Teneryfie... Ja też w życiu nieco pochlałem, ale jak rzuciłem gorzałę, to jakoś tak bezbożnie, bo nawet trzeciorzędny aniołek nie został do mnie oddelegowany, a co dopiero samo bóstwo i to jeszcze w takim uwodzicielskim odzieniu. A na kolarza bym przystał, mógłby przysiąść na łóżku nawet, blisko, tak bym mógł się o obecności jego boskiej namacalnie przekonać, a kolarz - jak wiadomo - namacalność ma dość solidnie i kusząco wyeksponowaną... Taka więc to wędrówka ku niebu... Trzeba się nachlać, żeby zobaczyć, ewentualnie upoić jakimiś innymi zbrodniami... Tu ta namacalność kolarza z kolei zawraca moją uwagę na powrót do Laxnessa i jego "Zuchwaliady", gdzie ojczym przyszłego króla wiecznego Norwegii Olafa Haraldssona, Sigurður Sýr, taki dobrze prosperujący średniowieczny biznesmen, jawi się jako wyznawca końskiego iście Freyjowego prącia, którego kamienną postać postawił sobie w obejściu, by się nią nabożnie napawać. Na nowego boga patrzył krzywo i nie obchodziły go zuchwałe sny o potędze Olafa, co się pragmatycznie ochrzcił w czasie swej chuligańskiej kariery, której oddawał się był sadystycznie od dziecka już, dał jednak, zaszantażowany przez żonę, kasę zgromadzonej przez pasierba lichej bandzie, kasę na uprawianie propagandy i polityki przekupstwa pośród lokalnych królików, twierdząc przy okazji, że ten nowy boguś to nudny typ, oferma jakaś, nie to co solidne prącie; jednak boguś, co go ukrzyżowali, znalazł sobie takich siepaczy, że Freyjowe prącie szybko zwisło...
Drgnęło w kwestii islandzkiego Noblisty na polskim rynku! Wreszcie! Przyjmuję to z radością, bo nie tak dawno temu, po pół wieku, wróciła historyczna trylogia "Dzwon Islandii", tym razem w tłumaczeniu Jacka Godka, z oryginału (trochę krzywo na to patrzę, ale to chyba przez przyzwyczajenie do wcześniejszego przekładu... tak, w tym musi tkwić przyczyna), teraz zaś wyszła, także w przekładzie Godka, owa "Zuchwaliada". I aż dziw, że ta książka dopiero teraz po raz pierwszy u nas wychodzi, bo to jedna z najprzyjemniejszych i cudownie celnych i absurdalnych jednocześnie książek, tak absurdalnych, jak absurdalny jest człowiek.
Laxness lubił się pośmiać, to był jajcarz, który też solidnie pośmiał się z Islandii i to bardzo ciekawe, że literaturę islandzką wyrwał z prowincjonalnych opłotków właśnie w taki sposób. Odnowił islandzką opowieść jednocześnie z tej opowieści trochę sobie dworując, naruszając niejako świętości, co budziło w niektórych środowiskach opory, z czego Laxness niewiele sobie robił, tworząc na dodatek całkiem na swoich językowych zasadach, gdy idzie o ortografię i gramatykę.
Gdybym miał się silić na jakieś porównania, to przychodzi mi na myśl Tomasz Mann i jego arcydzieło "Józef i jego bracia". Mann jakby napisał na nowo Księgę Rodzaju, wzbogacając ją o pogłębione wizerunki, tak że każdy, kto przeczytał to ogromne dzieło, gdy otworzy potem Biblię, będzie miał przed oczami już zawsze wizerunki podarowane przez talent Tomasza Manna, który dopiero dał całości życie, barwę, temperaturę, objaśnił motywy działania poszczególnych postaci, dał im mocny psychologiczny rys, tak że jest nad czym w trakcie lektury podumać i nad czym się pośmiać... I zdać sobie sprawę, jakże jesteśmy sobie bliscy, mimo czasowych dystansów.
Trochę podobnie postąpił Halldór Laxness. Wziął na warsztat stare sagi, głównie tę o Braciach zaprzysięgłych oraz tę o świętym Olafie i pokazał, jak jesteśmy nieodlegli od siebie, choć to opowieść sprzed równo tysiąca lat... Do czasów "Dzwonu Islandii" Laxness nie bardzo zajmował się historią, a jeśli już to bardzo nieodległą. Ale w pewnym momencie, by jakoś zareagować na to, co zaczęło się na świecie dziać, zerknął w otchłań czasu, czy w studnię tegoż, jak Tomasz Mann, by mieć oparcie dla swej myśli. Przerażony drugą wojną światową wędrował po Islandii i pisał "Dzwon Islandii", którego akcja toczy się na przełomie siedemnastego i osiemnastego stulecia, w całkiem też zdziczałych czasach. I zjednał sobie wszystkich wtedy, bo zwykle Laxnessowi nie szczędzono krytyki w rozognionym politycznie społeczeństwie. Tuż po słynnej trylogii zresztą na powrót wywołał kontrowersje, pisząc współczesną znów książkę "Sprzedana wyspa", no i wreszcie przyszła ta "Zuchwaliada", którą zuchwale naruszył pewnie świętości, bo nigdy nie brakowało takich, co uważali, że sagi islandzkie są nienaruszalnym dobrem i że należy w nie wierzyć jak w święte pisanie. Tymczasem ci, co pisali sagi, opowiadali o ludziach i wydarzeniach dość już wtedy dawnych i właściwie prawda w nich zawarta bardziej dotyczy czasów, w których były one pisane niż tych historycznych, tak że niektóre można czytać jak takie powieści z kluczem... I tak Laxness, pisząc swoją wersję wymienionych wyżej sag, pisząc tym pradawnym językiem (islandzki autor miał prostsze zadanie, bo jego ojczysty język przez wieki nie tak bardzo się zmienił - gorzej miał tłumacz, bowiem nie mógł sięgnąć tak daleko w języku, na który przekładał, bo gdy w dalekim średniowieczu na bazaltowej wyspie pośrodku Atlantyku w rodzimej mowie pisano na potęgę nowele i powieści, i mieli już tam kilka setek manuskryptów, my mieliśmy ledwie kilka setek zapisanych polskich słów, w udany sposób znalazł jednak wyjście, by całość miała pozór jakiejś spisanej dość dawno już temu opowieści) wyraził swoje zdanie o czasach mu współczesnych, kiedy to Europa i reszta świata lizali świeże jeszcze rany powojenne. Był ten świat tak dotkliwie poraniony, a jednak znów jakby szykujący się do starcia. To był początek lat pięćdziesiątych dwudziestego stulecia, znaliśmy już spopularyzowane przez Churchilla pojęcie "żelazna kurtyna" i rozpętywał się kolejny wyścig zbrojeń, co było niepojęte za bardzo dla ludzi, którzy pragnęli po prostu spokoju i jakichś stabilnych widoków na przyszłość... No i tak wreszcie odczytano Laxnessowe intencje, uspokojono emocje, gdy autor dostał Nobla w 1955 roku. Stał się narodową dumą absolutnie ponad wszelkimi politycznymi podziałami i dzięki niemu zrozumiano, że, by mieć szacunek do własnej kultury, nie trzeba przed nią klęczeć; pomniki stoją, także te literackie, ale dobrze, gdy mogą one żyć, budząc w nas i podziw, ale też śmiech, gdy mogą żyć jako źródło inspiracji i materiał do przetworzeń. To nie unieważnia surowości pierwowzoru. I odtąd właśnie do tej "Zuchwaliady" wielu czytelników odnosi się z największą sympatią.
Walka, "chwalebne czyny", wikingowe wyprawy, barwne opowieści - licho wie, ile z nich z palca wyssanych... Laxness stara się w "Zuchwaliadzie" wykazać, że w już w jedenastym wieku takie bohaterskie ideały były czymś anachronicznym. Już nie był to czas łupieżczych rajdów, już nie na tym budowano fundament życia, już nie w głowie były bitwy i awanturnictwo. Ludzie chcieli normalnie żyć, uprawiać pole, zajmować się rzemiosłem, handlem, dorabiać się pokojowo. Ludziom na Islandii, żyjącym w tych eksperymentalnych warunkach, miecze dawno już pordzewiały i o chwalebnych nawalankach myśleć im się nie chciało... Tam, za morzem, świat też już krzepł w nowych politycznych porządkach (jeszcze się kąsano, ale z myślą o czymś na stałe, by już nie rabować z doskoku ). I oto raptem takie anachroniczne typy z sagi o zaprzysięgłych braciach, nie jakieś tam pragnące sławy i fortuny bohaterskie dusze, tylko takie ziomy proste, co by się najchętniej tylko lali - nieswojego zabić, przyjaciela pomścić. Taki jest Thorgeir - nasłuchał się od ojca niestworzonych bohaterskich opowieści - gdzie on to nie był, z kim nie walczył - heros, którego jednak byle oprychy zarąbały i ukradły konia - chłopak tak patrzył potem na trupa, trochę zdziwiony, zadumany... No to co za bohater, jak go tak bez trudu załatwili?... Ale matka woja w nim dalej hodowała, no i mściciela. I wyszedł z tego łobuz, który roboty się nie imał, tylko się zbroił, a że materiału nie było na to za wiele, Laxness odmalował go tak, że tylko parsknąć śmiechem. On będzie zabijał, będzie się mścił, ale oczywiście w uczciwej walce, dokonując czynów godnych poematów. No i tu się jawi drugi bohater - Thormóður - prostoduszny, szukający sławy odważny skald - erotoman, do którego przywarła ksywa Kolbrúnarskáld, od pieśni stworzonej dla baby, Kolbrúny czyli Węglistobrewej. Przyjaciele zawarli braterstwo, tacy się ślubni zrobili, z czym też była kupa śmiechu, jak się krwawo próbowali bratać na zmrożonej darni, bo była to już jakaś żałosna parodia dawnych obrządków... (W jakiej to opozycji stoi do przepięknie opisanego obrzędu zaprzysiężenia braterskiego przez Gunnara Gunnarssona w jego powieści o zaprzysięgłych braciach, tych pierwszych Islandczykach, w czasach apogeum wikingowych wędrówek, z czcią pozłacającej wielką historię.) Rzecz to zresztą ciekawa, bo mężczyzna bywał niejako podwójnie poślubiony - miał kobietę, dzieci, a jednocześnie miał zaślubionego przyjaciela, wobec którego miał niebagatelne zobowiązania, w sumie ważniejsze od wszystkiego... Tematem sagi jest wierność. Wierność przyjacielowi. No i Thormóður nie zawodzi, gdy dnia pewnego na żerdzi przed swoim domem znajduje uciętą głowę przyjaciela. Nie dane mu było opiewać w poezji pięknych jego czynów, jak sobie to obiecali, gdy do tych wymarzonych czynów dojdzie, czuł jednak mus pomszczenia go, zabitego podstępnie, po tym, jak powrócił do Islandii z jakąś podłą misją zresztą... (takie to sny o walkach bohaterskich, a potem bohater się zaciąga, jak ten nasz głupi wiking na przykład, do łachmaniarsko łobuzerskiej drużyny Olafa, i staje się nikim, niepamiętanym nawet przez ukochanego wodza, posłany do jakichś brudnych zadań; zero, na koniec z uciętą we śnie głową... ) Kochliwy skald, co sobie w końcu ułożył wygodne życie na gospodarstwie z kobietą i córeczkami, gdy zobaczył głowę, już tylko z tą głową, stale soloną, by jej robak nie zjadł, przebywał, gadał do niej, wspominał dawny śmieszny wiking na Hornstrandir...
Thorgeir wszedł na drogę przestępczą i z Islandii musiał się ewakuować. I tak przygoda życiowa zawiodła go do Olafa. On się stał jego królem. Tak go nazwał, zanim jeszcze przystąpił ów Olaf do działań, by ubiegać się o norweską koronę niby jako potomek zbója Haralda Pięknowłosego zwanego też złośliwie Kołtunem (łachudr powołujących się na pokrewieństwo z nim było co nie miara, bo tamten gdzie przystanął, tam poruchał)... Grímkell to usłyszał i uznał za dobrą wróżbę, bo jak coś takiego padnie z ust głupka, to jest duża gwarancja, że się sprawdzi, a sprawdzić się może tylko, gdy się idzie właściwą drogą, chrześcijańską - będą nawracać, będą nagrody... Jakby miał przekonanie, że Chrystus głupkiem przemawia... Ale Olaf, jak już wspomniałem, o głupku nie pamiętał, tamten stał się bowiem jedynie szarym pionkiem w politycznej rozgrywce, nie, jak chce stara saga sprawiedliwego, choć surowego Olafa niosącego Norwegom Chrystusa, przyszłego świętego patrona Norwegii, tylko zwykłego uzurpatora i psychopaty, sadysty...
Islandczyk pragnący zabijać wrogów wplątał się w dzieje, w wielką historię, znaną dobrze opowieść o królu angielskim Aethelredzie Bezradnym, rzygającym z nerwów i strachów, który coraz droższy spokój kupował u wikingów, gnębiąc własnych poddanych, o jego żonie Emmie, o Thorkelu Wysokim, Ryszardzie II, Svenie Widłobrodym i Kanucie Wielkim, co stał się takim Karolem Wielkim Północy, zbierającym pod swoje imperialne berło lądy wokół Morza Północnego... No i Olaf, co rozbojem, gwałtem i przekupstwem wyrwał sobie na czas jakiś Norwegię. Ksywę miał Gruby. Licha postać, okrutna, pazerna... Wreszcie przegnana, rękami chłopów i trochę za sprawą niezadowolonego Szweda, choć z córką szwedzkiego króla Olaf został ożeniony. Potem przez Szweda, co zweryfikował swoje sądy, pogańskiego jeszcze wtedy uporczywie, wspomożony w niepokojach rozbudzonych przez potęgę Kanuta, wspomożony hałastrą, którą przez nieurodzaj trudno byłoby wyżywić, dobre więc było w tej kwestii rozwiązanie, gdy się zanosiło na toczącą krew wojenkę o odzyskanie tronu... Olaf uciekać wcześniej musiał i dotarł aż do Kijowa, do Jarosława Mądrego, który jakoś niezbyt był skory do pomocy, no ale jego żoną była szwagierka Olafa, więc jakieś miejsce sobie zbiegły król znalazł. Jako wiking Olaf wykazywał się sadyzmem: wycinał języki, wyłupywał oczy, straszne umiejętności posiadł i miał ku temu odpowiednie narzędzia - taki mały chirurg... Od dziecka wojował: próbował zdobywać Londyn, gdzie go szczyną oblali, zdobył Canterbury (stamtąd sobie weźmie ocalonego Grímkella, ślicznego, którego niejeden wiking chciał wyruchać - zrobi zeń szemranego biskupa, co go potem zdradzi, ale na powrót, pośmiertnie już, otoczy kapłańską opieką i to tak, że za jego sprawą stanie się świętym, ostatnim zresztą świętym wspólnym dla obu Kościołów: Zachodniego i Wschodniego - będzie już wtedy takim pełnoprawnym biskupem, bez bremeńskiego kręcenia nosem, nie zza końskiego zada, po pielgrzymce do Rzymu z przeraźliwe śmierdzącym serem, tak że żaden zbój nie odważył się nawet podejść, w którym to serze złotą łapówkę miał dla papieża ukrytą...), ochrzcił się w Rouen, żeby mieć wolną rękę w grabieniu, paleniu, bo takie były ideologiczne zalecenia... Jawił się nowy bóg, który dawał lepsze gwarancje na powodzenie. A jego hołota była obojętna, jaki bóg im będzie łgał... I z tym nowym bogiem poszedł Olaf na Norwegię, by ją wreszcie porządnie schrystianizować... I by też pracą odpokutować swe grzechy - wycinał kiedyś języki i wyjmował żywcem oczy - w Kijowie swe zdolności wykorzystał zatrudniając się przy produkcji świętych relikwii: swymi zręcznymi łapkami oddzielał miękkie tkanki od kości obciętych ludzki łbów, żeby uczynione z nich święte obiekty schludnie się prezentowały...
I gdzieś po drodze tego wszystkiego ginie głupio nasz islandzki anachroniczny wiking, a jego przyjaciel skald porzuca wreszcie wszystko: żonę, dzieci, dom, by pomścić przysięgłego brata i odnaleźć jego króla... Wędruje aż na Grenlandię, gdzie zresztą kobieta znów zarzuca nań sidła, bo oto dawna kochanica, Węglistobrewa się objawia jako grenlandzka wiedźma (to widmo monstrualnej kobiecości będzie zresztą za nim podążać aż do Stiklestad, pociągnie się za niegdysiejszym erotomanem)... Na tej Grenlandii będzie skald miał nawet przygodę wcale pikantną (choć nieco moczem podlaną) z Inuitami... To ciekawa konfrontacja dwóch jakże odmiennych światów: tamtej polarnej pokojowej dzikości nie rozumiejącej polityki, której obce było pojęcie gwałtu i zemsty, ze światem zachodnim, już wtedy takim, jakim widzimy go dziś: pazernym, gwałtownym, zaborczym, zbrodniczym...
Kulał na jedną nogę, na Grenlandii okulał dla równowagi na drugą... W Europie, w Norwegii zjawił się już skald jako brodaty, bezzębny upiór dawnych czasów... Norweski król... Przed jednym z nich niektórzy pouciekali, na Islandię, w tych prawdziwie wikingowych czasach, a potem Islandczycy tę królewską bylejakość wynieśli swą literaturą na wyżyny... Ale wierny swemu poślubionemu bratu pozostał wierny i jego królowi... No i razem z tym królem, Grubym, ducha oddał w Trøndelag, pod Stiklestad...
Jeśli pominąć coroczne rekonstrukcje, cisza tam, pobitewna, niezmienna, na wieki wieków... Miłe strony, bom tak po sąsiedzku przemieszkał tam kiedyś parę ładnych lat, przeżywając przy okazji najpiękniejszy romans swego skromnego życia... I Laxness słuchał tam tej ciszy... I zebrał postaci z sag, kronik, historycznych dokumentów i - jak pisze w przedmowie tłumacz - ukształtował z nich nowe, ciekawsze osobowości, tworząc literacką perłę - zabawne arcydzieło, które od dnia wydania jednych drażni, innych zaś czaruje...
Każda książka Laxnessa jest inna. Niezwykłe, w ilu stylach potrafił się ten pisarz odnajdywać... To jest pewien fenomen. Ale gdybym chciał poszukać pewnych cech wspólnych z jakąś inną jego książką, to powiedziałbym, że ma coś w sobie z "Duszpasterstwa koło lodowca". Tematycznie i czasowo, i gatunkowo są to rzeczy absolutnie dalekie od siebie, ale łączy je humor, absurdalny, bo pełno tam sytuacji od iście czapy... Pośmiał się, ale też uzmysłowił, jak dziwnie komiczne potrafi być zło - wie o tym też doskonale i brytyjski humor... Osobliwe to, ale rechoczemy... Aż dziwna myśl człowieka nachodzi, że gdyby zło tak na dobre udało się zawstydzić, śmiać by się nie było z czego... Okrutne to, ale...
W różny sposób można opowiadać historię. Opowiadają ją kroniki, sagi, piękne powieści, poważne, albo te, co potrafią wydobyć z rozmaitych sytuacji komizm. Tu spotykamy postaci z anonimowej sagi oraz z dzieła Snorrego Sturlusona, co z nich zawędrowały pod pióro Laxnessa, ale które też: Olaf, Grímkell czy znakomity skald islandzki Sighvat, dzięki któremu mamy wspaniały wgląd w skandynawską codzienność tamtej doby i który podarował Skandynawii, zafascynowany postacią Karola Wielkiego, popularne do dziś imię Magnus - pierwszym właścicielem tegoż był syn Olafa Haraldssona, co dzięki krytyce wspominanego tu skalda, stał się w końcu przeciwieństwem swojego ojca, zyskując sobie u potomnych przydomek Dobry, weszły na karty pięknej, znanej u nas dobrze powieści "Córka Wikingów" Very Henriksen.
Laxness w to wszystko wetknął trochę prawdziwej ludzkiej szpetoty, wrzucił taki - można powiedzieć - żołnierski brud tam gdzie trzeba, sypnął w to pchłami. No i taka wyszła podróż literacka. Od Fiordów Zachodnich przez Anglię, Normandię, Norwegię, Szwecję, aż po Kijów, z odskokiem na Grenlandię z jej zaświatami pokojowymi i sytymi...
Bezlik tam postaci, jak na porządną sagę przystało. Mnie najbardziej spodobał się þræll, niewolnik Kolbakur. Jest sprytny, ładny, zgrabny. W Irlandii zarżnęli mu wszystkich, stracił wszystko, dlatego, jak tłumaczył jednej pannie, nie płacze - pracowity, budzący zazdrość, bo wszystko umiał najlepiej i najwięcej łapał ryb, brał z życia ile się dało, pełen cierpliwości... Wreszcie przejął całą własność swego chlebodawcy skalda, łącznie z żoną, która potrzeby swoje miała, ale już straciła męża, bo ten, zanim na dobre odszedł kierowany nakazami braterskiej przysięgi, siedział tylko i gadał do uciętej solonej głowy swego ukochanego zaślubionego brata...
Im dalej od króla, tym lepiej, podpowiada Laxness. Ta książka, jak już powiedziałem wyżej, była reakcją na powojenny czas... Przyszedł pokój, ale ciągle czuło się siły próbujące ten pokój zakłócać... Chcielibyśmy, aby definitywnie poznikały miecze, by je pożarła rdza, ale zawsze zjawić się może ktoś, kto nie będzie chciał spokojnie żyć ani pracować, tylko będzie chciał zabijać i rabować... Ktoś taki może budzić śmiech, ale przyjść może moment, że do śmiechu już nam nie będzie.
I ta książka aktualna jest także i dziś. Wszystkich sobie można kupić, i stara śpiewka znowu brzmi. Propagandowe chwyty, opowiadanie, że napadam na ciebie, bo chcę cię wyzwolić.No i to odwieczne instrumentalne traktowanie religii.
No i wojna to nie parada... Poszedł Thorgeir się bić, i nie było tak, jak matula opowiadała, chowając w domu patola...
Strasznieś się natrudził, biedny człowieku, pokonując taki świat drogi przez wzburzone morza albo włócząc się po ciernistych krzewach i gniazdach wężów po te jeno, by palić domostwa ubogich a nieznanych ci cudzoziemców, albo wieszać gospodarzy na ich własnych ziemiach na południu świata, a i inszych ważnych osób, którychś nigdy na oczy nie widział ani ci co złego nigdy nie uczyniły...
Jeszcze nie tak dawno temu wydawało nam się, że skończyła się historia, że wojnę odstawiliśmy do lamusa, a tymczasem historia ożyła, pisze się, także staroświeckim wojennym okopem, całkiem blisko. I zbroimy się ponownie, jak szaleńcy. Wyglądamy z tym głupio, całkiem jak Thorgeir przebrany za wikinga... Ludzie chcą czegoś innego, nie tego, co taki Thorgeir, bo na pokój czas, ale wiecznie ktoś chętny jest nam go popsuć... Za jarla Haakona w Norwegii święty panował spokój, tolerancyjny, no to się znalazł taki, co postanowił go wywrócić, torując wszystkim drogę do nieba, pałką... Potem pobojowisko, i zbita szarzyzna wraca, z traumą jeśli żywa, zniszczona, jako temat nie na piosnkę...
Niezwykła lektura. Zabawna, dziwna, wariacka momentami, a jednocześnie pełna gorzkiej prawdy o naszym świecie... To jedna z tych książek, do których chętnie będę wracać...
***
Halldór Laxness, Zuchwaliada, ArtRage, Warszawa 2026

Komentarze
Prześlij komentarz