Sigbjørn Obstfelder. Liv

 Choć wieki płyną - dwudziesty pierwszy już po pierwszej ćwiartce, odurzony - ja gdzieś tam chętnie w dziewiętnastym się plączę... Liv. Życie. Z życiem śmierć. A śmierć woła do życia...


Sigbjørn Obstfelder

LIV

W dużym mieście są ciemne zakątki, uliczki zaciszne o osobliwych nazwach, co budzą myśli o zmierzchu życia, gdzie dzieją się rzeczy, których próżno szukać w książkach. Obecnie mieszkam przy jednej z takich uliczek. Spokojnie tu bardzo. Niekiedy przejedzie tędy mleczarz albo wóz z węglem, a czasem zjawi się chodzący od domu do domu szlifierz, wszystko tylko po to, by zaraz wokół mogła zapanować jeszcze głębsza cisza.

Żadnych bogatych ani tak zwanych wytwornych ludzi tu nie ma, nikogo z tych, co pojawiają się w gazetach czy w kalendarzach. A jednak ci, których spotykam, w oczach mają wiele szlachetności. Kto to wie, może tam, w swoich mieszkaniach skrywają jakieś tajemnice: jasny pokój narożny, kanarka, kota pośród kwiatów na oknie, odziedziczony po przodkach serwis do herbaty ze starej porcelany? 

Wieczorami, kiedy wracam do domu, skręcając z bulwarów w stronę mojej dzielnicy, myśli me wkraczają w zupełnie nowy, osobny świat. Nic ich tu nie zagłusza. 

W pobliżu mojego domu jest i kawiarnia, mieści się w suterenie i chętnie ją odwiedzam, gdy zmierzcha. Zwykle jest tam pusto. Uwielbiam tam przesiadywać i nikt nie stara się mnie stamtąd przepędzać.

Nie wiem, dlaczego tak to lubię. Chyba przez większość spędzanego tam czasu wcale nie myślę, a tylko napawam się spokojem, bo jakoś nie nękają mnie wtedy ani wielkie i trudne pytania, ani nie nawiedzają mnie jakieś potworne wątpliwości - żadnych żałosnych spraw, a ja oddycham niespiesznie, zaś ludzie chodzący gdzieś wokół mnie cicho ze swymi troskami nie domagają się mojej obecności.

Wtedy też mogą pojawić się wspomnienia, coś odległego: szum lasu, szum morza, słoneczne dni dzieciństwa. Nie sprawia to bólu. To już nie jest coś, co dręczy. Nie, są to jakby wizje z latarni magicznej, co przepływają obok mnie powoli, tam, w przyziemiu, kiedy równie niespiesznie piję swoją kawę.

To coś w rodzaju uczucia, jakie nawiedza człowieka siedzącego letnim dniem w wiejskim kościółku: drzwi stoją otworem, do środka przenika zapach siana, a kolorowe smugi słonecznego światła spływają na posadzkę w kierunku ołtarza. Tkwisz w miejscu i patrzysz na nie, a wszystko inne staje się jakby snem.

Tak, wszystko inne staje się snem.

----

Znam w mieście kilka osób, ale rzadko je odwiedzam. A gdy do tego dochodzi, czynię to z jakimś rodzajem lęku. Jakbym się bał, że ktoś mi coś ukradnie. Długo wówczas stoję pod oknami, wpatrując się w nie, w majaczące za firankami głowy, nie wiedząc czy starczy mi odwagi, by tam wejść i ukazać się w całym tym świetle.

Czy to z powodu mej wyobraźni wydaje mi się, że inni jakoś dziwnie mi się przyglądają? Może jest coś szczególnego w moim chodzie albo w spojrzeniu - coś rodem z mojej zacisznej uliczki albo z tej kawiarni w piwnicy. Wykształciłem w sobie potrzebę cichego chodzenia i takiegoż mówienia. Irytuje mnie, gdy ktoś krzyczy lub nazbyt głośno rechocze.

Nie bardzo potrafię uczestniczyć w rozmowach. Ale bawi mnie siedzenie i przysłuchiwanie się innym. Nie, żebym pojmował kontekst. Już nie bardzo rozumiem, o czym się dziś mówi. Aż trudno uwierzyć, że to, o czym rozprawiają, potrafi ich interesować. Sądzę, że niewiele ma to wspólnego z prawdziwym porządkiem, z tym, dla czego się żyje i umiera.

Dla mnie to po prostu koncert ludzkich głosów. Zauważam, jak pracują ich mózgi, szukając odpowiednich słów, słyszę, jak ich głosy to wznoszą się, to opadają. Bywa, że się denerwują. Wtedy bliski jestem śmiechu.

Siedzę i słucham, widzę, jak ich twarze jaśnieją, jak podnoszą kieliszki, docierają do mnie ich przekleństwa, wesołość, słyszę pięści uderzające w stół.

A w końcu robi mi się smutno.

----

Nie wiem, co się ze mną dzieje. Siedzę wieczorami i nasłuchuję dźwięków, których nie ma. Musiałem już wcześniej słyszeć te kroki. Mieszkam tu już od osiemnastu miesięcy i o ile się orientuję, nikt nowy się tu nie wprowadził. Ale dopiero ostatnio zwróciłem na nie uwagę.

Tuż za rogiem domu - ostatnio już się nie mylę - obok moich okien, ku drzwiom wejściowym, po schodach - jakież delikatne! Z pewnością jest młoda.

Tęsknię, by je usłyszeć znów wieczorową porą. Oraz szelest jej sukni.

----

Nieco mnie to złości, lecz nic na to nie mogę poradzić: Ilekroć spotykam jakąś młodą kobietę, zapytuję siebie czy to przypadkiem nie ona? I myślę, jestem wręcz pewien, że to żadna z nich. Czy to nie dziwne? Przecież mógłbym tak po prostu wyjść i natknąć się na nią niby przypadkiem w bramie. Jednak coś mnie powstrzymuje.

Nie mogę powstrzymać bicia serca, ilekroć słyszę ją na schodach. Denerwuje mnie to.

----

Przyszedł list od Alberta. Przypomina mi tamte letnie dni. Tak, tamte dni!

-- Gdy nad zieloną tonią uniosły się mgieł opary, pnąc się w górę wzdłuż zbocza, u stóp jego wyraźnie las się nam ukazał - tam, między małymi wyspami - jej nagie ramię okryte jedynie koronką, w oczach mych na taflę wodnego zwierciadła cień padł jej szary.

Pisze, że wspominała o mnie.

Mówiła o mnie --

To takie odległe dziś. Jej rumiane policzki, śmiejące się oczy, zdradzające chęć, by wskoczyć w sam środek życia, jakiekolwiek by ono nie było - niosące radość czy smutek - jasne noce w domu - dziwnie to dziś obce. Ledwie jak wspomnienie dzieciństwa.

Magda, Magda. -- Nie, nie chcę do tego wracać. I długo nie będę myślał o powrocie do domu.

Tu głęboki spokój, ze wszech miar szlachetniejszy, przynoszący mi więcej. W nim wiele spojrzeń oczu, tych jasnych i tych okrytych mgłą, ludzi znających życie i cierpienie. Patrzą na mnie nocami i czuję, że jestem ich, że do nich należę.

Nie, Magdo, ty powinnaś się śmiać w słońcu na świeżym powietrzu, - a ja - ja jestem w szkole.

-- Gdy zawołała w górę ku Rindalsnuten, jakże rześki był jej głos! Natura śpiewała razem z nią.

----

Późno w nocy - czasem nawet o pierwszej - słyszę, jak chodzi boso nade mną. Wskakuje do łóżka. Potem - myślę sobie - gasi lampę i idzie spać. Wtedy i ja zasypiam. Bo kiedy ona idzie do łóżka, czuję się samotny i nie mogę już dłużej pracować. Także rano wstajemy o tej samej porze. I może nawet mamy te same myśli.

Czy wyśmiałaby mnie, gdybym podszedł do niej i wyznał, że też jestem samotnym człowiekiem i - mimo że jestem mężczyzną i do tego obcym - mam te same radości, smutki, tęsknoty co ona?

Tylko kto powiedział, że ona jest samotna? Znika na całe dnie, więc pewnie z kimś się spotyka... Lecz nawet jeśli tak jest, kto może mówić, że ma taką jasną cerę, takie zamyślone oczy i takie delikatne dłonie?

Już jedenasta. Pewnie jest na jakiejś zabawie. A ja nie jestem w nastroju do zabawy. Czemu ona miałaby być?

I ktoś odprowadzi ją do domu, kochanek, może jakiś przystojny student.

Kroki. To ona. Jest sama. Ech! I niby z czego tu się cieszyć?

Może była smutna dziś wieczorem i wyszła na zewnątrz na wiatr, na deszcz, by, płacząc, wspominać dawne czasy.

Natychmiast udaje się na spoczynek. Chociaż - nie słyszę tego wyraźnie - dzieje się jednak coś innego. Jest przy łóżku - to pewne - ale jeszcze się nie położyła.

Biedactwo! Teraz rozumiem.

Klęczy, chowając głowę w pościeli i zadaje sobie pytanie: Po co jestem?

----

Odwiedziłem dziś kulawego malarza. Stary dom z koślawymi, rozpadającymi się schodami. Kilkupokojowe mieszkanie na poddaszu o ukośnych sufitach. Ależ był zagubiony, gdy przyszedłem! Stał, jąkał się i oblewał rumieńcem. Nie przestawał się jąkać i rumienić.

Wokół krzątała się jego mała, pomarszczona matka. Była taka niewinna, ze wszystkiego się śmiała i całowała piękne i smutne oczy syna. 

Na stole w ramkach poustawiane portrety rosyjskich poetów i niemieckich socjalistów. Na ścianach zaś porozwieszane obrazy przedstawiające ciemne niebo, pustynie, czarne morze nocą i pełne zadumy twarze.

Czuję się nieswojo, ilekroć patrzy na mnie swoimi niespokojnymi oczami. Nie umiem ustosunkować się do jego pytań i chorobliwych nadziei.

Siedzenie jak zwykle, w szare długie dni, wpatrywanie się w świetlik i w tonące w półcieniach obrazy, tak dalekie od codziennego życia -- !

Siedzenie i stale powtarzane pytanie: Po co żyję?

----

Co to może być? Jej kroki straciły lekkość i nie są już tak szybkie. Robię się niespokojny, tak że nie bardzo idzie mi praca.

----

Jakoś tak pusto teraz - żadnych znajomych kroków, szelestu sukni! Jakby wszystko obumarło, jakby wszyscy ludzie naraz się stąd wynieśli, zostawiając po sobie pustostany. Niekiedy odnoszę wrażenie, jakbym słyszał zawodzenie i stłumione krzyki. Siedzę wówczas skulony w sobie, coraz bardziej nerwowy.

----

Ma duże, zamyślone oczy, bladą twarz i delikatne, kształtne dłonie.

Na imię jej Liv. Niezwykłe to imię. A jednocześnie jakże norweskie. Wciąż widzę jej oczy, gdy się przedstawiała. Jakby patrzyła gdzieś bardzo daleko, w stronę ukrytego gdzieś w słonecznym świecie kraju, do którego imię jej było kluczem.

Przez pięć dni leżała chora nade mną, całkiem bez opieki. Jest tu obca, jest sierotą i najwyraźniej nie ma też żadnych przyjaciół. Jakże długie musiały być te wszystkie noce, jakiż niepokój musiał je wypełniać!

----

W domu uważają, że jestem na dobrej drodze do zdziwaczenia. Dają mi to do zrozumienia w swoich listach. Żałują, że zatraciłem się całkiem w niezdrowych i bezowocnych marzeniach kosztem normalnego, rozumnego, przyjemnego życia, jakie z powodzeniem mógłbym wieść.

W porządku. Niech i tak będzie. Nie jest w końcu takie pewne czy nadaję się do czegokolwiek, co ludzie uważają za dobre i wspaniałe.

Mnie pasuje to moje wycofanie. Jest teraz jedna osoba, na której mi zależy. Dni spędzam z Liv. Cieszy ją, że może mnie trzymać za rękę i patrzy na mnie z uwagą, gdy do niej mówię.

A niechże się tam bawią i śpiewają te swoje patriotyczne pieśni!

----

Ogarnia mnie coś czystego i niewinnego. Myśli Liv. Otulają mnie niczym biała tkanina.

----

Czy umrze? Teraz właśnie, gdy rozwijają się pączki i kiedy ona sama rozkwita; wszystko, co porusza jej pierś teraz właśnie powinno się spełniać! 

Kiedy byłem poza domem, zaraz po powrocie wypytywała mnie o wszystko: czy wypuszczono już łabędzie, czy zakwitły fiołki, czy niebo jest czyste czy zachmurzone, czy zajaśniały wiosenne kolory i czy słyszałem już szpaka?

Chce słuchać o wszystkim, co piękne. I o moich stronach. O zmierzchu siadam więc i opowiadam o jasnych północnych nocach i o srebrzystej poświacie ponad górami, co czekają na pierwszy pocałunek słońca. 

Ona z kolei opowiedziała mi, jak lubiła spacerować w drodze do i z pracy, patrząc na płynące w górze chmury o zmiennych kolorach i na sterty liści rosnące z każdym dniem pod coraz bardziej nagimi drzewami, których koronkowe gałęzie stawały się coraz to delikatniejsze w bielejącym powietrzu. A latem lubiła chodzić po parku, by zaczerpnąć powietrza wśród kwitnących klombów i by przystanąć obok stawu z dumnymi, pływającymi z gracją łabędziami.

Czuję jak wzrasta, bardziej i bardziej, a jej dusza unosi się w potędze czystości. Często pojawia się w niej coś, co sprawia, że czuję się żałośnie mały i struchlały ze strachu. Coś uciska mi pierś. Zdaje mi się, że i ja już dłużej nie zniosę przybywania w tym pełnym hałasu świecie z jego żelaznymi kolejami, parlamentem i teatrem. Pochylam się i z pokorą ściskam jej dłoń.

Pozwala mi ją ściskać - i patrzy w dal, gdzieś obok mnie.

----

Liv pochodzi z Islandii. Ta piękna, smukła biała postać, której dłoń niczym cień przesuwa się po kocu, z oczami o najdelikatniejszym blasku, ma dziwnie brzmiące, obce "r", co mocno ciąży na jej skądinąd słabej mowie.

Daleko na północy, gdzie stale w tym samym miejscu migocze mała gwiazda - powiada - dusze jej ojca i matki czekają na nią pośród wstęg polarnej zorzy, których tutaj nie widać.

----

Leżała, patrząc na mnie z jednym z tych uśmiechów, jakie często widuje się u chorych. Naraz przeszedł ją dreszcz, jej policzki stawały się coraz to bledsze, a czole, pod czarnymi, lśniącymi włosami widać było nabrzmiałe żyły; głowa i ramiona opadły w końcu bezsilnie i zamknęła oczy. Czułem w swych ramionach jej bolesny dygot. A potem przyszło to - krew.

Uspokoiła się później. Leżała nieruchomo obok mnie. Wreszcie zaczęła mówić, zrazu szeptem, a potem już głośniej. Dość już miała dumnej powściągliwości i z jej drżącej piersi wyrwały się rozpłomienione słowa o wszystkim, za czym tęskniła: za przyjaciółmi, za miłością, uciechami, o oczekującym na pierwszy deszcz pocałunków ciele, o tym, jak ciemnymi wieczorami stawała przy rozświetlonych oknach, gdzie grała muzyka i pragnęła być z kimś, pragnęła tańczyć, być kochaną i kochać.

Ostrożnie przytuliłem do siebie chore ciało. Było tak cicho. W półmroku.

----

Kocham jej duszę, tę smutną, tęskniącą. Rozkwita teraz w jej oczach i zgięciach dłoni, a słowa jej przeszywają do żywego.

Kocham te wiotkie ramiona i policzki blade, coraz bledsze, coraz bardziej jaśniejące.

Może to lepiej, że nie poznała życia. Lepiej może umrzeć, zanim się człowiek przekona, jak licha jest radość ludzka, że za lśniącymi oknami więcej rozpaczy jest i powodów do wstydu.

----

W tym, co kwitnie i oddycha, kryje się więcej niż nasze oczy mogą dostrzec, a uszy usłyszeć. Tak jak istnieją dźwięki, których nie wychwytujemy, tak też są barwy, których nie umiemy zauważyć. Dla subtelniejszej duszy, kolory, które normalnie wydają się być łagodne, okazać się mogą krzykliwe i ostre, zaś dźwięki, nam wydające się delikatnymi, będą dla niej surowe i dzikie.

Kiedy dziś spacerowałem wzdłuż jeziora, zdało mi się, jakby świat stał się nowy. We mgle słychać było głosy, ale nie w znanym mi języku, nie była to też mowa ptaków ani powietrza. Barwy miały również swe głosy i słowa. Były mocniejsze i bogatsze, było ich więcej, zieleń drzew tysiąc miała języków.

Słucham jej śpiewu, niesie się fortissimo ponad trawą, wodą, poprzez liście bukowe i porusza każde włókno mego ciała, aż zapiera dech, oddzielając mnie od powietrza i woni: Liv!

Wszystkie niewidzialne, rozedrgane, rozkwitające, rozpędzone umysły, wszystkie one spotykają się razem z moim w jednym wielkim umyśle świata: Liv!

----

Teraz nocami kładę się u niej w pokoju, żeby być blisko niej.

Nie śpię dużo. To takie dziwne, kiedy budzę się półprzytomny i patrzę w świetlik: Niebo zdaje się być tak blisko. I patrzę na nie inaczej niż kiedyś. Jakbym coś szczególnego tam rozpoznawał.

Czasem pośród nocy z mrocznych rozmyślań, z niezwykłych i doniosłych przeczuć, wybija mnie niekończenie łagodny głos: - Śpisz?

Czasem słyszę szept: - Ojcze nasz, któryś jest w niebie... - Wtedy mam ochotę ukryć się jak najdalej. Jest w tym coś, co mnie do siebie przyciąga, a jednocześnie odpycha, i ciąży mi to.

----

Leżałem bezsennie. Myślałem, że śpi. Tymczasem ona ledwie słyszalnym głosem spytała:

- Gdybyś mógł czy uwierzyłbyś w Boga?

Cóż na to odpowiedzieć? Kim był Bóg? Wymysłem. Chorą fantazją. Halucynacją dla pobożnych dziewic ze starych obrazów.

- Wiesz, dlaczego ja wierzę? 

Słyszałem, jak podnosi się, ciężko wzdychając.

- Tak, mój drogi. Wierzę, że Bóg istnieje. Bo - bo - byłoby tak gorzko. Gdyby nie istniał, byłoby gorzko, kiedy u mnie stało się niedobrze, i gdy wielu innym dzieje się nawet jeszcze gorzej... Wierząc, myślę, że Go widzę, jak się zbliża do mnie każdego dnia i każdej nocy - o nie, byłoby tak nieskończenie gorzko, gdyby to wszystko było tylko fantazją i kłamstwem.

Nie mogę uwierzyć, że wszystko może być takie straszliwie bez sensu. Musi ktoś wiedzieć, musi istnieć coś więcej na ziemi, ktoś musi to wiedzieć i czuć. Zawsze miałam nadzieję, że zobaczę, że będę wiedziała więcej, że nie będę taka jak teraz ciemna i prosta, bo nie mam nic i nie wiem nic - ja, taka zawsze mądra, pewna tego, że to musi być li tylko wyobraźnia! (zdało mi się, że uniosła ręce) Że to okrutne, tak godne pogardy, niewolnicze życie to wszystko.

Czułem - bo przez mrok nie mogłem tego widzieć - że opadła bezsilnie na poduszkę.

Wstałem i podszedłem do niej. Leżała ze wzrokiem, który uczynił mnie obcym pośród żywych.

----

- Myślisz, że w twoich górach stopniał już śnieg?

- Skoro w twoim kraju śnieg stopniał, to i w Islandii wkrótce tak będzie.

- Marzysz, Liv?  

- Tak.

- O czym?

- Marzę o tym, jak Islandia płynie, każdej nocy przybliżając się o cal. Śniegi na północy topnieją. Za kilka tysięcy lat brzegi jej ciepłe będą, jak te skąpane w wodach mórz Południa. Miast lichych porostów na wyniosłych łodygach rozkwitają fioletowe i czerwone dzwonki, a wokół roi się od owadów i ptaków lśniących srebrzyście i złoto. A tam gdzie kamienne usypiska i lodowe bryły las wyrośnie gęsty i wełnisty, co chronić potrafi przed mrozem i wiatrem.

Tam jesteśmy, ty i ja. Nie choruję już, nie pluję krwią, nie trzeba mi pracować na chleb. Jestem zdrowa i silna, i nie zawstydzają mnie twoje pieszczoty. Siedzisz ze mną i o wszystkim mi opowiadasz, o tym, co widziałeś i co myślałeś. Nie niepokoi nas hałas wozów, tylko wodospad kołysze nas do snu, podczas gdy nad nami polarna tańczy zorza.

----

To było koło drugiej w nocy. Słyszałem, że się poruszyła. Nie mogłem nic powiedzieć, ogarnął mnie tylko nieokreślony lęk.

Z trudem wstała z łóżka. Powoli, krok za krokiem, zbliżyła się do okna. Oparła się łokciami o framugę i tkwiła tak, wyglądając na zewnątrz.

Potem podeszła do mnie. Położyła się obok. Jej włosy musnęły moją twarz. Mocno zacisnąłem powieki.

Długo tak leżała. W końcu nie mogłem się powstrzymać i wyszeptałem: - Liv! - Nie odpowiedziała. Objąłem ją, patrząc jej w oczy. W nocnej poświacie dostrzegłem jej nieobecne spojrzenie, obce już, bez blasku i życia.

Leżałem z dłonią na jej szyi. Ziemia dalej była w swych obrotach. A ludzie nadal spali.

Znów sam, bardziej samotny niż wcześniej. 

----

Jestem jak lunatyk. A ludzie wokół mnie chodzą jak cienie z innego świata.

Powinienem wyjechać. Tymczasem coś mnie wstrzymuje - te ulice, domy, światła - po prostu chodzę tam i z powrotem zamiast podróżować. Wpatruję się w to wszystko, jakby miało ludzkie oczy. Czy ktoś za mną idzie?

Lubię mosty na obrzeżach miasta. Zmierzam ku nim bezwiednie, aż dopiero staję na którymś z nich, by tkwić tam godzinami. Dociera do mnie, że patrzę na łódź w dole albo na chylące się nad wodą drzewo... A potem nagle czuję nad sobą cały ten firmament: to księżyc sunie przed siebie, bądź to podmuch wiatru nad moją głową. A potem dziwnie ktoś patrzy mi w oczy: a, to przypadkowy przechodzień.

Tu, w robotniczych dzielnicach czuję się jak w domu. Zapadnięte twarze, głęboko osadzone oczy, wystające kości policzkowe, żyją i umierają w mroku, jak skorupiaki ukryte pod kamieniami: Czuję się z nimi spokrewniony.

Bulwary przyprawiają mnie o mdłości. Wszystkie te wypchane piersi, uniesione głowy, rozkołysanie na giętkich biodrach suknie, uśmiechy - wszystko to woła: - Całuj, żyj, raduj się! - Damy wprowadzane do ciemnych powozów, pocałunki za zasłonkami; tam sączą tanie wino, tu przyjaciele ściskają sobie dłonie... Mdli mnie od tego. Uwięziony we mnie krzyk ściska mi gardło, bo ta ludzka radość jest jak dziwka całą atmosferę wypełniająca smrodem swoich lichych perfum.

Trzeba mi jechać, daleko, tam, gdzie tylko oddechy ziemi i morza unoszą się ku niebu.

Muszę jechać. Potrzeba mi spokoju. Być jak najdalej od tramwajów, asfaltowych ulic i snucia się po teatrach. Bo jest coś, czego muszę się dowiedzieć, zdobyć pewność.

Nocami nad wielkim morzem, czyż nie przyjdą słowa tajemne, wnikając szeptami w moją duszę, co słabe i niepewne z początku, jak drgania, które jeszcze nie stały się dźwiękiem, potem jednak silniejsze, gdy wokół wszystko inne zacichnie.

 Gdy wszystkie nieznośne, uciążliwe brzmienia zamrą, gdy inni o mnie zapomną i gdy ja sam zapomnę czy to się stanie, czy się wszystko wyjaśni i moja dusza się zbudzi?

         przełożył z norweskiego Kiljan Halldórsson

****

Z tomu: Sigbjørn Obstfelder, To novelletter, 1895 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Jóhann Sigurjónsson. Fjalla-Eyvindur

Moc śnieguły, czyli duszpasterstwo koło lodowca

Na nieskończonej. Steinn Steinarr

Lokasenna, czyli pyskówka na górze albo kto jest bardziej niemęski

Jonas Lie. Eliasz i draug

Kreml

Bukolla. Opowiastka islandzka

Den kjøttetende hesten, czyli mięsożerny koń. Svalbardzkie historie Sundmana