Przyciąganie XVIII

 


Poranek, poranek, długi i senny. Pal śpi jak zabity. Jest niemal jak powalone drzewo, które upadło bezwładnie obok Tima i przygwoździło go do podłoża swymi konarami. Ciężkie od snu kościste ciało, twarde, sękate. - Jak to było - myśli któryś tam raz wybudzony z drzemki Timo. - Pan Cogito - szepcze i patrzy na wiszący nad wejściem do pokoju tani zegar na baterie. - Raptem minęło kolejnych dziesięć minut. Czas potrafi się przyjaźnie ślimaczyć... Ciągle jakieś jeszcze do... Choć mało w tym ekscytacji... Dawno temu taka okazja szarpałaby aorty... "Poeta w porze niejasnej między odchodzącym Erosem a Thanatosem który nie wstał jeszcze z kamienia". Dziwny ten czas środkowy, kiedy śmierć odstępuje. Żadnych zatraceń, namiętnych skoków w przepaść, o ile oczywiście nie chleje się na umór, tu jednak, przyznać trzeba, trudno o namiętność... - Głaszcze po głowie śpiącego Pala. Trochę swoim zachowaniem jest zdziwiony... - Każdy napotkany człowiek ma prawo plunąć mi w twarz i nazwać mnie złoczyńcą, choć w dużej mierze to tylko takie zaniedbania i idące za nimi zawody... Ale proszę, wysoki sądzie, nie brać nazbyt poważnie pewnych faktów. Moja data urodzenia klarowną może być informacją jedynie dla niezgłębiającego zawiłości zdarzeń urzędu... Człowiek rodzi się na wiele sposobów, to wszystko rozkłada się w czasie, tu jednak nie zaistniało nazbyt wiele materiału, by cokolwiek potem mogło się zdarzyć... To jakby garść gleby na skalistym podłożu, gdzie nic zbyt głęboko zakorzenić się nie zdoła... Ja jakimś cudem wiszę nad przepaścią, przyjaźnie nastawiony do tego, co nie niesie z sobą ciężaru. Biada, kto na urwisku życia chciałby się mnie złapać ratunkowo. Od razu wyrastają mi kolce. - Teraz w pełni przeżyć można wiersz Jacobsena o śpiących... Człowiek zaczyna się tam, na dole, od najmniejszych paluszków u stóp. Potem same stopy, budzące w Timie zawsze jakiś rodzaj wzruszenia... Nawet największe z nich mizernie się prezentują - taki to skromny dar na wieloletnią drogę i do krzywdzących bądź troskliwie popędzających kopniaków, na ekwilibrystykę życia... Na solidnym ścięgnie to jednak pracuje, którego wygląd w męskim wydaniu daje wiele estetycznej uciechy. I wyżej nie gorzej, w liniach obrysowujących łydki i uda... I dalej to zawieszone nad ziemią dno, miednica, w którą zlewają się nieczystości, pełne trucizn resztki i życiodajne soki, tak na urągowisko, ale tylko dla co wrażliwszych i co bardziej refleksyjnych, melancholijnych dusz. Biologiczna ohyda ładnie jednak opakowana została w układ mięśni i skórę, której dotykanie potrafi jeszcze teraz wywołać dreszcz, o czym się przekonuje, wędrując pod koszulką Pala grzbietami palców po jego skromnym szczęśliwym szlaku... Dalej zamknięte w klatce serce, które tak lubimy romantyzować. Oddech, taki spokojny teraz... Dalej obojczyk, wreszcie szyja, w niej krtań, tam, gdzie rodzi się głos, miły teraz, gdy zabrzmiał aksamitnym pomrukiem, po tym jak Timo przeciągnął dłonią wzdłuż Palowego biodra... I tu koniec baśni, bo zaraz głowa, w niej zaś skryte piekło, które głos układa w przykre frazy i ciało zachęca do podłych czynów, które twarz wykrzywia raniącymi grymasami i ciska z oczu gromy... Nagle cała ta misterna układanka, tak prosta i pokojowa we śnie konstrukcja, burzy się, staje się niezrozumiała, istniejąca naraz za niewidzialnym murem zawikłanej, dezorientującej psychiki... Dziwne to przy tych wszystkich formach prawdziwie roztkliwiających. Na niewłaściwym żyję świecie, rzec by można za Obstfelderem... Duch i ciało. Dobrze to zgrane, kiedy człowiek śpi. I nawet gdy w środku jakiś niepokój, nie zagraża on nikomu. Z tamtych koszmarów łatwo się można wybudzić i skazane są one na zapomnienie, do koszmarów jawy niestety co rusz powracamy, wybudzamy się ku nim... Choć jakże też ta jawa potrafi się odmieniać... Też w niej tyle niespodzianek... U Pala jest jednak inaczej...

Timo czuje się niemiłosiernie wymiętoszony i nieco obolałe ma łapy po wczorajszym wiosłowaniu. Chciałby wstać, ale nie ma jakoś ochoty mocować się z sennym bezwładem Pala, tkwi więc przygnieciony ramieniem i udem niczym upolowana i chciwie chroniona zdobycz... Trawi go nieświeży oddech i takież wszelkie inne zapachy. "Poeta w pewnym wieku wspomina ciepłe dzieciństwo bujną młodość niechlubny wiek męski... pali haszysze ale nie widzi ani nieskończoności ani kwiatów ani wodospadów widzi procesję zakapturzonych mnichów wchodzących na skalistą górę ze zgaszonymi pochodniami". W poetyckich przypomnieniach patrzy przez okno na skalistą górę... Procesji tam nie ma, ale rzeczywiście ktoś na nią się wspina. Jak najbardziej bez zapalonej pochodni... Przypomina sobie teraz ze śmiechem, jak kiedyś inne poetyckie przypomnienie sprowadziło mu w pewnym norweskim miasteczku policję na głowę... W swym przedstawieniu sypał pszenną mąkę jako Szekspirowski Prospero... Zagarnia go znów sen, ta mała, marna, dająca nikłą nadzieję śmierć, której daleko do tej oderosowej...

- ŁAAAAAAAA!!!! - przeraźliwy wrzask sprawia, że obaj wyskakują ponad łóżko jak wystrzeleni z katapulty. 

- Kurwa - rozlega się tylko komentarz do sytuacji; Timo i Pal usiłują do końca wysupłać się z sennego uścisku, w jakim krzyk upiora z dziką gwałtownością wyrwał ich do jawy. To oczywiście nie żaden upiór, tylko Edda ze swoim wrzaskiem, którym ozdabia swój niezawodny dowcip, co, jak się okazuje, jest też doskonałym budzikiem.

- No i co, brudasy? Wywietrzcie tu, na Boga, śmierdziele jedne... Pal, a koni ty nie miałeś przypadkiem naszykować?...

- Kurde. - Pal drapie się po rozczochranej głowie. - Która godzina?

- Bura. Flósi już wszystko ogarnął.

- Flósi? A, no dobra...

- No pewnie... Oj, dzieciaki.

- Boże, jakie to miłe - raduje się Timo. -  Ale to moja wina... Mam zły wpływ na lud pracujący... Zamieniam bliźnich w ptaki niebieskie.

Edda nie byłaby sobą gdyby i tu nie odnalazła się ze śpiewką, tedy pcha od razu z gardła w przestrzeń pokoiku Pala:

Dziwne jest to życie pomylone...

To, co lewe, w prawą dąży stronę...

To, co czarne, białem być się sili...

Krok koniecznie chce być równym mili...

Cisza coraz to rozgłośniej huczy...

Stać! Porządku was błazen nauczy!

Ha, ha, ha!

Światu błazna trza!

Więc pędzę, więc biegnę co tchu,

By ład zaprowadzić tu!!!

- Toż to stary, dobry Henrik Pontoppidan! - woła rozradowany Timo.

- Diabeł domowego ogniska - mówi Edda.

- Nie inaczej, nie inaczej... - I oboje zaczynają tę samą śpiewkę... A Pal ma łaskotki i aż piszczy ze łzami w oczach...

- A teraz ogarnijcie się, chłopcy, i chodźcie coś zjeść - mówi na koniec Edda. - No i trzeba będzie skoczyć do Patró, Palku mój drogi. Tora da ci listę sprawunków...

- Tak jest, szefowo - odpowiada Pal.

Edda znika, a Pal rzuca się z powrotem na łóżko. - Chyba pierwszy raz tak zaspałem. W każdym razie od czasów szkolnych.

- To przeze mnie tak?

Pal wzrusza ramionami. - Może tak.

Timo już miał zapytać o jego relację z Polem, ale uznaje to za niepotrzebne. Bo i po co za dużo gadać. Pal sięga po książkę z obrazkami. Dzięki zakładce otwiera postrzępiony album od razu na właściwej stronie. Chce się chyba przekonać, czy piesek od Eycka nadal tak uważnie patrzy, ale na książkowej reprodukcji nie widać tego tak dobrze...

- A może wybierzemy się do Paryża? - pyta Timo.

- W zimie?

- Może być w zimie.

- Bo ja wiem?... To jeszcze trochę...

- Lepiej bym tego nie ujął...

Pal się śmieje... - A ta Fedra, co się zabiła... Jednak nie dała za wygraną, myśląc, że tego młodego dopadnie tam, po drugiej stronie...

- Nawet nie myśl o takich rzeczach.

- Rano wszystko takie marne...

- Oj tak... Nic tak nie pomaga dniowi jak patyna wieczoru...

***

Posiliwszy się, idzie piechotą naokoło wody. Lekko już opatrzony krajobraz wokół. Jeszcze nienazwany. Ale Timo i tak nie ma pamięci do nazw... Zupełnie jak ten mecenas, którego małżonka utrzymywała bezwzględnie w statusie obieżyświata gorączkowo dosrywającego jeszcze ślad węglowy do już złowieszczych wartości, by zdążyć obejrzeć wszystko to, co za chwilę zdechnie... Prowadzi się po łajdacku. Tak beztrosko sądzi. Coś jednak chce mu dodać troski, łapiąc go jak w obręcz. Ściska go ta obręcz tak mocno w pasie, że ciężki ból powala go na kamienisty brzeg. Oblewa go zimny pot. Leży na brzegu fiordu z nadzieją, że nikt go tutaj nie widzi. Dość daleko już zaszedł. Niestety droga jest w pobliżu. Patrzy w chmury... - Niesprawiedliwy świat, żali się chór... Dla jednych to powód do zgryzoty, inni z tego korzystają, biorąc garściami upuszczane w roztargnieniu dary... Jeśli jednak coś gdzieś, to czyj to kaprys?... Ten ból już mija... Jakieś ostrzeżenie? Bóle na pomyślne rozwiązanie?... Żali się chór od Seneki, oskarża Loki w swej kłótni... Ten świat to twór ze skutków ubocznych... Akcydensowa sprawa... - Już mu mija. Patrzy w niebo, syty, w subarktycznych jasnościach, sam będąc powodem mroku, trwającej gdzieś tam niezagasłej żałoby, tak niesprawiedliwej, której powody wadliwie osądzono... Leży sobie przy drodze coś, co nie przyswoiło sobie żadnych głębszych zasad, nie ktoś nawet... Brudna szuflada... Unosi lekko głowę... - O kurwa. - Dotyka skroni i czuje pod palcami lepką krew. Nawet do jego nozdrzy dociera jej zapach, aż mu się chce rzygać... - I jeszcze to - mruczy, widząc zbliżającą się od strony miasteczka pomalowaną na żółto kołową ładowarkę... 

Na fokę to nie wygląda. Bo chude i w łachach... Łeb sobie to rozbiło... Skurwysyny, pijaki jakieś, przybłędy jebane... Bjarni siedzący za kółkiem ładowarki nie ma w słowach litości dla swych sąsiadów, mrowią go też łapy, gdy się snują przyjezdni i nie ma szacunku także dla cymbałów cienko wyjących do zorzy polarnej i bijących jej brawo... No, jednak bydle jakieś leży, więc się zatrzymuje, żeby w razie czego nikt nie gadał, choć najchętniej trąciłby to łajno butem i zepchnął do wody... Zeskakuje z maszyny, ale nie żeby kopać. Podchodzi do leżącego na kamieniach Tima, który w duchu sądzi, że akurat nic by się nie stało, gdyby tamten całkiem go zignorował.

- Co jest?

- A nic. Z ziemią tutejszą się jednoczę, jam Tímóteus Alheimsson.

- He, kurwa... Dziś nie ma tak, że się człowiek budzi z pewnością, że nie zobaczy pojebańca.

- Nicht verstehen.

- Ł e b  s o b i e  r o z b i ł o, to...

- U, u, u - odpowiada Timo, zgodny, gdy idzie o określającą go gramatykę. Zbiera się, żeby tamtemu nie wpadło do głowy, by go dotykać.

- Pochlało się?

- Pochlało i omal nie poruchało - mruczy w zadumie Timo, bardzo jakoś teatralnie.

- Ty od tego tam?... Mówili, że roboty szukasz.

- O, zapędź mnie do gnoju! - woła płaczliwie Timo.

- Masz to u mnie... Podwiozę cię kawałek...

- Mogę tu? - pyta Timo, pokazując na łyżkę ładowarki.

- Pakuj się.

Ruszają. Timo buja się w łyżce, trzymając się jej lśniących zębów. Nagle jego oczom ukazuje się chłopak w kraciastej koszuli, jest tuż przed nimi, odwraca się i Timo dostrzega pewną osobliwą cechę tej twarzy, a właściwie oczu, bowiem nie ma w nich białek, a całe są jakby zrobione z obsydianu, z którego Nikoła w swej wolierze układa codziennie swoje tajemnicze mozaiki. Wszystko trwa sekundę. Timo drze się wniebogłosy, bo przecież ten młody człowiek pakuje się prosto pod maszynę. Bjarni staje.

- Ja pierdolę.

- Co jest!?

- Nie widziałeś go?... Gdzie on jest, do cholery! - drze się Timo.

- Kto? 

Timo wyskakuje z łyżki. Rzeczywiście, ani śladu po czarnookim chłopaku. A widział go przecież wyraźnie, chociaż - do licha - nie prezentował się nazbyt żywo. Ta czerń oczu niebywale kontrastowała z mleczną cerą widziadła. I jego włosy, także czarne, jakieś nienaturalnie lepkie, przylegające ściśle strąkami do czaszki.

- Może już więcej nie chlej - proponuje Bjarni.

Jadą dalej. Timo tępo patrzy na znikający pod łyżką asfalt. Gdy docierają do rozstaju, wyskakuje na pobocze i gestem ręki dziękuje Bjarnemu za tę dziecinnie atrakcyjną podwózkę z niespodziewanym widzeniem w pakiecie. 

- Więc to tak - mówi do siebie i rusza w stronę domu, idąc przez motoryzacyjne cmentarzysko. Jakże stosowne miejsce. Tu sobie wszystko pożera rdza, a wicher dmie, uparty, by zetrzeć tu wszystko na piach. Widać efekty tych powolnych prac... I ten ból, z którym Timo ma swoje sam na sam, bo z nikim nie dzieli się swymi doznaniami. Też podjęte zostały pewne wysiłki, on jednak nie stara się zgłębiać tematu. Przyroda nie pyta się, co mi jest? W ogóle się nie pyta, choć zapytana zawsze znajduje odpowiedź... Naturalnie.

***

Wchodzi i słyszy szum odkurzacza. Árni nie lubi próżnować, więc z zapałem sprząta przytulisko na szrocie. 

- O, jest nasza zguba! - woła, ślizgając się ssawką po podłodze za barem, zaskakująco trzeźwy i świeży. Zaraz też martwi się widokiem Tima... - Na Boga, a cóż ci się stało?

Pol też przerywa swoje zajęcie; widać, że starannie pakuje rzeczy na planowany na jutro wyjazd, uparł się bowiem, że potrzeba pewnych zwyczajowych działań po przełomowych decyzjach życia; taki miodowy miesiąc z nową sytuacją wydaje mu się wręcz nieodzowny, mimo że Timo odgraża się, iż lwią część wojażu zamierza przespać, nie żeby wykazywał się złą wolą, ale po prostu u niego zawsze tak jest, co Pol kwituje uwagą o Eddzie, która oczywiście w żadnym wypadku nie dałaby Timowi pospać, ale że jej udział w eskapadzie mrocznej - bo takie powstało założenie - jest wykluczony, on będzie się starał ze wszystkich sił przepędzać jego senność, a żeby dodać powagi swej groźbie, macha mu przed oczami czarnymi kąpielowymi spodenkami.

- A jednak pruderia górą - wzdycha Timo, patrząc na obszerne dość, markowe gacie. - Jakiż to paradoks tych pornograficznych czasów.

- A teraz powiedz nam, co to za rana?

Árni już zdąża z jakimiś kompresami i dezynfekującym płynem... - Psikniemy, i będzie po krzyku.

Jakże zaopiekowany jest Timo! Dostał gacie, a nowy lokator opatruje mu ranę.

- Co to się stało? - indaguje Pol.

- Powiedzmy, że odezwała się przeszłość, która pchnęła mnie w zabawę w fokę. A szorstki Bjarni był tak uprzejmy jednak, że podwiózł mnie kawałek ładowarką.

- Bjarni.

- No. Wprawdzie nazwał mnie pojebańcem, gdy mu się przedstawiłem, ale skorzystałem mimo to z transportu, jakim dysponował. Wyszedłem naprzeciw swoim skromnym marzeniom, bo zawsze chciałem podróżować w łyżce ładowarki albo koparki.

- Nam za dzieciaka wujek robił karuzelę z koparki - wspomina Árni i przykłada do skroni Tima kompres, a następnie pakuje jego głowę w siatkę opatrunkową.

- Ale ty łobuzersko wyglądasz - zauważa Pol.

- Ja tu, zdaje się, będę młodnieć... A z tą koparką... Tobie i bratu?... - Już ma chęć wspomnieć, że zguba jakby się znalazła, tyle że jakoś dziwnie zniknęła chwilę po tym bez śladu pod kołami wielkiej żółtej maszyny, więc zdecydowanie dochodzi do przekonania, iż nie ma o czym mówić. 

- No tak, ech... Jak tu miło u was - wzdycha Árni.

- Dość surowo - odpowiada Pol - i pachnie betonem.

Niektórzy żonaci mężczyźni odkrywają bolesną dla nich prawdę - w czym pomaga im z deka inaczej zamieszkałe sąsiedztwo, bliższe a nawet trochę dalsze, względem Árniego na przykład zza wody - prawdę, że można żyć po ludzku, choć w pachnącej betonem jaskini. On sam był względem niej mieszkańcem pałacowych, miejscami nieco przeróżowionych wygód, w których jednak wiódł życie jaskiniowca... 

- Może przesuniemy wyjazd o dzień, dwa... - zastanawia się Pol, patrząc na głowę Tima.

- Czasu mamy dość... 

- A to by się dobrze składało... Może ktoś by pojechał ze mną do dentysty? Umówiłem się na jutro, by powoli tuszować skutki małżeńskiego krachu...

- A to potrzebujesz do tego towarzystwa? - pyta Pol.

- Zawsze by było miło...

- Wszyscy pojedziemy - rozstrzyga sprawę Timo. - Tylko dziś niczego nie pijemy, z myślą o tym dentyście. 

***

Nazajutrz jadą jednak tylko Timo i Árni. Tym razem trasa wiedzie przez teren, który pochłonął kiedyś brata Árniego.

- Szybko będziemy, ledwie pół godziny w jedną stronę.

- I na takim krótkim odcinku można po prostu zniknąć? - dziwi się Timo.

Szybko pną się w górę. Timo nawet odzyskuje poczucie frajdy z prowadzenia samochodu, z czego zrezygnował już tak dawno temu. Prędko znika w tylnym lusterku miasteczko i smutna farma Bjarnego, i otacza ich surowy krajobraz górskiego płaskowyżu.

- A jednak jest tu gdzie pobłądzić - wzdycha Árni.

- Tej wersji się trzymacie?

- Cóż tu się innego może zdarzyć? A jeszcze wtedy...

W radiu ktoś się martwi spadającą od dekad liczbą maskonurów.

- Nasze wybory, cudze i nasze cierpienia.

- Tak - zgadza się Árni. - Lepiej by może było, gdyby się nie miało żadnych możliwości. Ma być tak i tak, o niczym innym nawet nie sposób pomyśleć... Jak drzewo, tu posadzili, tak więc rośnie.

- Ja miałem zawsze mało możliwości, tyle co nic.

- Więc i mniej cierpisz, co?

- Chyba tak - mówi Timo. - Nie mam pretensji, choć parę rzeczy mógłbym nazwać dosadnie, po imieniu, co jednak niczego by nie zmieniło. Mogę się co najwyżej dziwić. I martwić się o sprawy bardziej globalne, choć to próżne zajęcie. Dobrześmy się zabawili, a teraz pytanie czy było warto, za taką cenę... Może trzeba było trzymać się grzbietów końskich, a nie tych koni mechanicznych, i bać się, że byle ślepa kiszka może być bramą do Helu...

- Sá á kvölina sem á völina. Takie mamy powiedzenie. Ten ma ból, kto ma wybór.

- Tak i tak źle. No cóż, ale gniewamy się, bo mogłoby być inaczej.

- Mówią, że starość ma swoje radości, ale to bzdura. Na te największe czas jest krótki.

- Coś podobnego przeczytałem przed snem u Hamsuna, leżąc w barłogu, o ile sobie przypominam... No, ale potem już mniej jest wyborów. A w każdym razie mało już możemy być wybredni. Chociaż jeszcze się może wiele odmienić, nawet gdy śmierć zdaje się być blisko. Zresztą nigdy tak naprawdę nie wiadomo, gdzie ona jest... Można uznać, że zawsze tuż obok i bez głębszego roztrząsania tej kwestii zacząć jednak coś innego, naturalnie bez żadnych gwarancji na powodzenie. 

- Przewaliłem głupio swoje życie. Mniej by bolała samotność w pojedynkę. W końcu wiszę na kieszeni pracodawcy, więc...

- Chyba masz rację - rzecze Timo. 

- Gdyby na rozród... Ale to też... Sens ma wtedy, gdy umiemy być szczęśliwi.

- Tego chyba i ja nie potrafię.

- Też nie jesteś szczęśliwy?

- Nie. Raczej rozbawiony... I upiornie beztroski, co, obawiam się, nie ma żadnych walorów wychowawczych... A wracając do wyborów... Ten dentysta po małżeńskiej katastrofie każe mieć mimo wszystko nadzieję, że się jeszcze daje szansę losowi... 

- Na razie się zawiesiłem... Ale to ciekawe, że tak raptem wparowałem w cudze mieszkanie... Gdyby nie to mordobicie, przecież nigdy bym się nie odważył... No ale też zaraz wracam przecież do roboty...

Szybko znikają maskonury, szybko docierają do dentysty. W przychodni trzeba jednak poczekać, bo pan doktor gdzieś się zawieruszył. Timo zostawia Árniego w poczekalni, a sam idzie na mały krajoznawczy spacer... W raźnym tempie dociera na kraniec miasteczka. Przystaje nad wodą na kilka głębokich wdechów. - Jakże dobrze wchodzi to powietrze - myśli sobie, gapiąc się na drugi brzeg, gdzie kolejny zestaw gór do podziwiania, jeszcze jedna skalista wariacja... Gdzieś tam, pośród tych skamieniałych fałdów, według zapewnień Árniego, ma się znajdować jakaś urokliwie jasna piaszczysta plaża...

- I co widzę? - mówi głośno i uśmiecha się do słyszanego pod czaszką szeptu, co w odpowiedzi na wyraźnie postawione pytanie odpowiada: Nic, nic...

CDN 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Jóhann Sigurjónsson. Fjalla-Eyvindur

Moc śnieguły, czyli duszpasterstwo koło lodowca

Na nieskończonej. Steinn Steinarr

Lokasenna, czyli pyskówka na górze albo kto jest bardziej niemęski

Sigbjørn Obstfelder. Liv

Jonas Lie. Eliasz i draug

Einar H. Kvaran. Posucha

Bukolla. Opowiastka islandzka