Przyciąganie XIX



Wracał niespiesznie z przechadzki, więc Árni jest już lekko zniecierpliwiony oczekiwaniem...

- O, aż tak długo zabawiłem? - dziwi się Timo, widząc jak tamten przechadza się znużony już nieco podziwianiem uspokajających obrazków zdobiących ściany poczekalni.

- Ach nie, chyba nie... Tylko że nic z tego. Nawet nie pozwolił mi się rozsiąść w tym całym astronomicznym fotelu...

- Tego się obawiałem. Poszło o stłuczony ryj i tę niewygojoną wargę?...

- Otóż to... Że też nie pomyślałem. Też mnie z tego powodu zganił... I jakby coś ode mnie jeszcze poczuł...

- Rozumiem, że gdy spłynął mrok wieczorny, coś jednak dotankowałeś... Łobuz z ciebie...

- To kim w takim razie jest moja żona?...

Zaczyna padać, gdy opuszczają przychodnię. Timo znów siada za kierownicą... Czuje się jak zabawka zawieszona na gumie. Wędruje jak jojo na krótkiej uwięzi. To w tę, to w tamtą stronę, i ściąga go na rdzawe złomowisko, gdzie ponoć kiedyś gospodarzył owczy król... A tam garść, której dał się złapać... Lecąca planeta bez swojego układu, nagle jednak w jakimś grawitacyjnym polu, przechwycona...

Gdy Árni, zapatrzony w pokrytą łezkami boczną szybę auta, rzuca Timowi pytanie, na jak długo ten tu przyciągnął, odpowiada, że na stałe... Zawsze tak mógłby powiedzieć. Bo nie lubi zmian, chociaż ciągle coś się zmienia, tedy nie za bardzo lubi życie... No bo - Boże drogi - skoro już jestem, no to mogę sobie być, ostatecznie na to przystaję, tylko - do licha - czemu muszę się ciągle do tego przyzwyczajać...

Pasażer - póki co dentystycznie niezaopiekowany - śmieje się swoją szczerbą.

- Co?

- No przecież normalnie mi w mordę dała.

- Cóż powiedzieć, przygotowujemy sobie tyrady, ale trudno przewidzieć, jak na nie odpowiedzą inni...

- Tak, tak, kiedyś znajomemu, jak był w szpitalu, doglądałem w domu kotka... Przyniosłem mu zaraz pyszną rybkę. Jaki był ucieszony, łasił się do nóg, mruczał zachęcająco. Całą opierdzielił. Aż dziw, że zdołał ją w sobie umieścić. Skurwysyn całą rękę mi pogryzł, gdy go chciałem pogłaskać...

- Żony to ty jednak głaskać nie chciałeś. 

- Takie się nagle obce wszystko zrobiło.

- Rozumiem - odpowiada Timo skupiający wzrok na drodze pnącej się już na płaskowyż. - Mnie też to łatwo przychodzi. Szybko się wżywam, szybko też zasiedziałość staje się nagle obca. Raptem nie poznaję swoich rzeczy...

- Jak tędy jadę, to oczywiście myśl siłą rzeczy pełznie tam gdzieś za tym nieborakiem... - mówi po dłuższej chwili Árni.

I już mkną w dół, a za ostrym zakrętem ukazują się wody następnego fiordu. W słońcu już, bo deszcz tutaj nie dotarł.

- Niezbyt miło to zabrzmiało. 

- Że tak protekcjonalnie... Ech, jakaś duchota po tym została...

- Mimo że przewiana wiatrem...

- Ciągle tak znikał...

- Miał tu chyba niezłą lożę szyderców... Tu, w sensie w miasteczku... Więc z pustką szedł w pustkę, która jednak podatna jest na magię wyobraźni, co może nieco pocieszać... Mimo wszystko. Sam to znam.

- Dokuczliwa ta świadomość... Dziwne, że ci, co najbardziej w swej dokuczliwości byli aktywni, pozostali, razem ze mną, tak wtedy biernym, no i z Palem, który nieustannie każe pamiętać...

- Zatem coś tu czeka w napięciu? Na jakieś rozjaśnienie, może też na sprawiedliwość...

- Balon wypełniony ciężkim powietrzem.

Znów pną się na płaskowyż... Bardziej prawdopodobne, że to tutaj pustka taka czy inna zjadła chłopca... Rzucone światło w nic... Nasze wewnętrzne pejzaże - myśli sobie Timo - u wielu jednak spowite zwykle litościwymi mgłami, w których nie przeczuwa się morderczych, beznadziejnych dali, które wcale nie dają poczucia, iż się w nich błądzi, tylko idzie się śmiało budzącym ufność i patrzącym uważnie pod nogi omackiem... Jedna serpentyna, potem druga, obie zaznaczone żółtymi palikami, zresztą jak i cała wyżynna trasa, i już ich oczom ukazują się zabudowania farmy Bjarnego, a kawałek dalej miasteczko...

- Ile on ma synów?

- Kto?

- Bajrni.

- Trzech... Trzech - odpowiada Árni. Pozostali bliźniacy. Najstarszy gdzieś przepadł.

- O. Więc jeszcze ktoś...

- Gdzieś wyjechał czy bardziej popłynął.

- A, rozumiem...

- Czemu pytasz?

- Jeden z tych bliźniaków mi się nie spodobał. Jakoś nieprzyjemnie porozumiewawczo na mnie patrzył raz w barze u Eddy.

- Coś mi opowiesz o tym?

- Chyba nie - mówi Timo i kieruje samochód na właściwy brzeg fiordu, na cmentarzysko samochodów, kosiarek i czego tam jeszcze oraz żywych ludzi... Umarli w pogodzie - takie ich otoczenie: poszarpane skały i rdza...

- No i co? - pyta Pol ciekaw efektów wyprawy.

- Ekkert, ekkert - odpowiada Timo. Árni zaś pokazuje ten sam ubytek w ustach. Krwawi mu pęknięta warga.

- Poeta do ciebie przemówił - mówi Pol do Tima.

- Sam Steinn Steinarr, gdy stałem nad morzem. On martwy, i ja takoż, tyle że o nim wiem to na pewno, a ja jeszcze, względem swojego stanu, taki niedowierzający ciągle. W każdym razie tamten umarł dostrzeżony.

Árni zrzuca wierzchnie okrycie i zaraz podąża do zdroju, w którym leje sobie solidną porcję "czarnej śmierci"... 

- O śmierci mowa - zauważa Pol.

- To dobrze nie wygląda. Nie upilnowaliśmy go i nocą sobie golnął też... Pachnie to słabeuszem.

- No tak... Niedowiarku...

- Pewien pisarz powiedział, że się w życiu na coś trzeba zdecydować i w tym się doskonalić, bo jeśli człowiek tego nie zrobi, zginie i nikt tego nie zauważy, nawet on sam...

- I też nie wiesz, gdzie ten moment nastąpił...

- Może więc cel teraz taki, by odkryć ten moment? I czy w tym jest jednak jakiś sens?... Idiotycznie to samolubne... Kiedyż to ja umarłem, jeśli oczywiście to się stało i nie ma już nadziei?

- Mogłoby to tłumaczyć twoje widzenia...

- Nie jest to wykluczone...

- Choć wcześniejsze ustalenia były o nie w pełni urodzonym... No ale w sumie jeden czort: nie całkiem urodzony, nie całkiem martwy, nieokreśloność!

- W tym tyle jest do wyboru... Choć dochód już zawsze wedle łaski.

- O czym tam szepczecie? - pyta upijający się Árni.

- Przygotowujemy się duchowo na podróż - mówi Pol.

- I gdzie was niesie?

- Na początek Vatsnes.

- I ja tego nie wiedziałem - odpowiada Timo.

- No to teraz już wiesz... Mam nadzieję tylko, że to opilstwo nie nabierze niebezpiecznej masywności. Myślałem nawet, by wezwać tu twoją małżonkę - dodaje Pol, tym razem zwracając się do Árniego. - Ale ubiegła mnie i sama do mnie się pofatygowała, kiedy was nie było. Powiedziałem jej, że z przyjacielem wybieram się na wycieczkę i że może z tego czasu skorzystać, przybywając tu ponownie w trakcie naszej nieobecności. Póki co, przeprosiła mnie tylko za kłopot, na co odparłem naturalnie: Ależ nie ma najmniejszego problemu... Teraz jednak zaczynam go dostrzegać... 

- Była tu?

- Nie pij, drogi Árni, przyjmij ją na trzeźwo i coś ustalcie. Już bez gniewu... My jutro skoro świt wyruszamy...

***

Przyszłość to teraz plus pięć minut naprzód. Rzecz jasna można planować szerzej, uwzględniając głębsze perspektywy czasowe, z wiarą głęboką, że żaden z pięciominutowych interwałów nie przyniesie niechcianych niespodzianek. Tu nic nie nastąpiło, czas upłynął sobie na spokojnej tarczy zegara, nie zsyłając ani żadnych widziadeł, ani żadnych wstrzymujących plany wypadków... Pierwszy nawet wstał Árni, lekko zapuchnięty, ale skruszony, zdecydowany na trzeźwość. Karnie zbiera się, by naszykować swym dobroczynnym gospodarzom śniadanie... - Wy zajmijcie się ostatecznym pakowaniem, a ja zrobię wam coś pysznego... Tyle że na pyszności nie ma akurat składników, bo odkrywa w kuchni ledwie jakieś płatki i trochę podejrzanego mleka, do tego samotne jajko i masło, którym nie ma za bardzo czego posmarować... Zatem mleko? Timo zaznacza, że po takim śniadaniu podróż, a w każdym razie jej licho wie jak długi początek, będzie musiał odbywać na sedesie. - Pol, czy mamy techniczne możliwości dające mi ten komfort, zdolny jednocześnie zapewnić nam poczucie bezpieczeństwa?... - Chyba że gulasz barani odgrzeję! - woła z odkrywczym zapałem Árni...

- Zjesz sobie na obiad. A my wtrącimy coś po drodze... 

- Posprzątam wam...

- Byle nie barek. A najlepiej będzie, jeśli sprzątnie cię stąd żona.

Árni kręci tylko głową. - Chcesz mnie wyrzucić na ląd, a tak się piracko tu poczułem.

- Tylko pirata życie krótkie jest. I nie wiem czy ci dam poużywać - mówi Pol, grożąc palcem.

- A krótkie życie bez użycia o kant dupy potłuc. To tak jakby dziecko na pierwszym spacerku dostało w łeb cegłą - mówi Timo.

- A długie bez użycia?

- Przestrzeń! Przynajmniej na fantazje. A gdyby to połączyć z dyscypliną... To i użycie by było, samo by zaczęło pukać w okienko - patrz Selma Lagerlöf, co tylko z pozoru była taką ciotką szwedzkiego narodu... I żonatym być nie trzeba, chociaż chcą nam wmawiać, w co niestety nazbyt często wierzymy, że bez tego tacy my zagubieni... Wiara niestety czyni cuda, niestety, bo cuda niejedno mają oblicze... Ale o czym my mówimy... Tu już posprzątane. Ona pójdzie w tango, a ty... Oby do tej szkoły, gdy wkrótce skończą się wakacje... - wtrąca się Pol.

Tylko się skrzywili na myśl o poranku z gulaszem i ruszają zdecydowanie na głodniaka. Árni macha do nich, stojąc na schodach. W jego dłoni powiewa biały kawałek papierowego ręcznika... Zaraz też znika w domu. Zamyka drzwi i pewnie rzczywiście rychło weźmie się za jakieś porządki, byle tylko zapewnić sobie trochę czasu na bezmyślność. 

Timo znowu jedzie, tym razem jako pasażer. Znów się odbija od centrum miękkiego upadku pośród surowych skał. Dreszcz go jakiś ogarnia i z rozrosłym naraz marzycielstwem traktuje go jako zjawisko przedśmiertne. Góry kłaniają się pełne zachęty... A spróbuj do nas przyjść... Zabrałybyśmy cię chętnie... Te w większych dalach niebieszczą się kusząco. I chmury uprzejmie się rozstępują... Jadą teraz tą samą trasą, którą nie tak dawno temu podążali na pogrzeb. Śpiewna to była ekskursja. Teraz Timo nie ma ochoty śpiewać, choć zwilża sobie gardło wodą. Do śpiewów zaangażowane zostaje radio. Nie są zbyt rozmowni, komentują tylko napotykane drobiazgi, a to jakiś pstrokato wymalowany samochód, a to przewianego wichrem rowerzystę z czerwonym nosem...

- Na Baulę się nie załapiemy? - pyta Timo.

- Nie, wcześniej skręcamy. A co?

- Nic. Po prostu jakoś ją polubiłem. Chyba to wdzięczny malarski obiekt.

- Dużo tego malowania ostatnio, co? Jakie plany na najbliższy czas?

- Mam nadzieję, że nie wdepnąłem w coś grząskiego... Przyznaję, że nie jestem nazbyt elegancki.

- Zgrabnie ujęte. Ledwo się zjawiłeś i zaraz wskoczyłeś Palowi do łóżka.

- Nie nazwałbym tego wskakiwaniem. I nic się wielkiego nie wydarzyło, jeśli o to chodzi. Ale sztuka zbliża ludzi, nieprawdaż?... Zastanawiam się nad dalszym ciągiem... Może Holbein młodszy i jego "Ambasadorzy", względnie Munch i melancholijny Jappe nad Oslofjordem... Dziwne rzeczy się tu dzieją... Nigdy nie byłem tak przez nikogo lubiany. Nagle ktoś się cieszy, że się zjawiam... Czy tu nie ma jakiegoś haczyka? 

- To że coś nas zaskakuje, nie znaczy od razu, że wszystkim zajęły się siły nieczyste.

- ŁAAAAAA! - Timo zabawił się w Eddę opowiadającą swój popisowy dowcip. Omal nie wypadają z szosy.

- Kurwa!

- Hehe, zawsze działa... Nagle wszystko może się odmienić.

- Nie rób tego... Kiedyś ryczący osioł wystraszył konie ciągnące powóz, którym jechał Kleist. Nie lada kryzys przeżył po tym, bo omal przez to głupstwo nie zginął...

- I tak mu starość nie była pisana, bo młody był, kiedy się zastrzelił... Osłu się nie udało.

Rozmowa cichnie. Tima morzy sen. Laxárdalur już definitywnie go usypia. Nierówności szosy dobrze go kołyszą

W końcu, po blisko pięciogodzinnej jeździe, w miasteczku wrzucają w siebie późne śniadanie i wlewają w swe wnętrza po dużym kubku lurowatej kawy. Pol bierze jeszcze coś na wynos...

Jadą na północ: - Oto i ostatnie przestrzenie, które jako wolna kobieta oglądała Agnes. Po tym swoim wędrownym życiu od zagrody do zagrody... Wcale bystra, oczytana posługaczka... Pamiętasz, mówiliśmy o niej...

- Tak, tak, ta ostatnia ścięta... Dla odmiany przybyła tutaj - śmieje się Timo, patrząc przez boczne okno na porosły trawą, pagórkowaty pejzaż. - Nie wiem czy jest drugi taki kraj, którego piękno potrafiłoby być aż tak męczące... Ale rozumiem, że zielarz Natan był jakąś obietnicą... 

- Jednak okazał się tylko niestałym dziwkarzem i manipulatorem...

- I się sprawy pokomplikowały. Choć już nikt nie dociecze, jaki miała udział w tym całym nożowo - młotkowo - ogniowym mordzie w Illugastaðir. Prawda?

- Prawda. Jednak namiętności, emocje umieją pchnąć człowieka na osuwisko. Nie pomyślisz raz... masz potem o czym myśleć... Jak ty o tej swojej śmierci - mówi Pal. Mijają właśnie dużą okrągłą zagrodę do segregacji owiec: - Może jesienią wrócimy tu, by pogapić się na spęd owiec? Ładne okoliczności, w nieco innej już barwnej szacie, nad samym morzem...

Krajobraz wzbogaca się o kamienistość. Jakby ktoś porzucił tu prace rozbiórkowe. Jeszcze trochę rozsypanego gruzu i ocalałe podmurówki... Potem znów zielone łagodności, a zaraz kolejne jakby ruiny dawno umarłego miasta, ledwie fundamenty po jego niegdysiejszych wspaniałościach. A po lewej stronie narasta ocean. Drugi brzeg zatoki bowiem z każdą chwilą coraz bardziej się oddala. 

- Wieczny sen - mruczy Timo. - Jednak ciężko przetrawić takie sąsiedztwo... 

Po Natanowej siedzibie ruinka ledwie, bliska już tym, co uformowane zostały siłami natury... Wszystko bowiem w końcu do niej wraca... Wiatr szarpie ich za włosy. - Gdzieś tu miały być foki. I co? - pyta Timo.

- No i nie ma.

- Musiałbyś wejść do wody, wtedy by cię otoczyły.

- To więcej niż pewne... Ale jednak są. Patrz tam... - Pol zerka w oceaniczną dal przez lornetkę. Widać je naturalnie także bez niej. Można by je z oddali wziąć za ciekawskich pływaków. Są całkiem jak ludzie, więc i zrozumiałe jest, że ich płetwiaste kończyny w wierzeniach to tylko takie przebranie...  

- Tak - mówi Pol -  legendy opowiadają o pięknych kobietach, które wychodzą na brzeg, by popląsać na nim, i w tym celu zrzucają z siebie foczą skórę... No i nie należy zapominać, że uczony Sæmundur na grzbiecie foki do Islandii powrócił... Jak jest mus, człowiek i diabła dosiądzie, który w tamtym wypadku w fokę się przemienił, licząc oczywiście na spragnioną duchownego urzędu duszę, przeliczył się jednak ów diabeł, nie doceniając solidności wykonania Psałterza, którym to powracający z kontynentu student go zdzielił po foczym łbie...

- W średniowieczu księga miała swoją wagę...  

- W każdym razie dobrze im tam... Te, co by się tu zaplątały na dłużej, uwięzione przez człowieka, padłyby ofiarą najgłębszych tęsknot...

- Wszyscy byliśmy może fokami, kiedyś... - snuje swoją myśl Timo. -  Dobre wytłumaczenie na to, co się czuje w obliczu morza. Bo źle na lądzie, bo co rusz śni się przecież o tym, by ląd opuścić. Mannowski słodki sen... Przepaść... Tato znikający... Nawiasem mówiąc, jakże człowiek może się poczuć zrobiony w konia, gdy jego rodzic decyduje się z samobójstwo... Jest w tym coś łajdackiego...

Gapią się na pociągające morze. A foki gapią się na nich. 

Wreszcie ruszają dalej. Kawałeczek, do Tjörn, gdzie stoi biały kościół zadaszony na zielono na tle długiego wzniesienia, także zielonego, acz o mroczniejszym odcieniu, które unosi się nad równiną niczym narastająca fala. Tylko patrzeć, jak okryje się pianą i, upłynniwszy się, runie na wszystko, strącając każdą rzecz hen do morza, co nieodmiennie im w trakcie wycieczki ze swoim ogromem towarzyszy. Szeroka tu przestrzeń, dająca poczucie nadmiernego wyeksponowania, choć jednak, ze względu właśnie na tę zieloną falę, wtłaczająca w świadomość istnienie czegoś przytłaczającego, jakby powietrze miało tu inną gęstość... Timo wyczuwa w nastroju miejsca coś nieprzyjaznego... I tam, na tych ziemskich krańcach spoczywa teraz ścięta Agnes, razem ze ściętym współwinnym... Złączyła ich historia, chociaż są tacy, co twierdzą, że tych ludzi nie połączył związek, dla którego najoczywistszym finałem byłaby wspólna mogiła... Uważają, że to jakby kropka nad i całej tej niesprawiedliwości... Surowe prawa i surowe bezprawia... I przesądy, które nawet względem jednej z ofiar rodziły wątpliwości czy aby na pewno zasługuje na chrześcijański pochówek, bo się istotą nazbyt szemraną zdawała w swej nieuregulowanej za życia względem prawa sytuacji. Wyszły z tego cztery trupy. Dwie ofiary przestępstwa i dwie ofiary surowej tak zwanej sprawiedliwości czasem i łby ucinającej. Trzech mężczyzn i jedna kobieta. Taki zestaw dusz, plus jeszcze młodociana dziewczyna, która ocaliła głowę, choć nie życie, bo szybko ponoć umarła zesłana na Bornholm... Po stu latach od tamtych wydarzeń dwie ostanie osoby skazane w Islandii na śmierć wreszcie znalazły miejsce swego wiecznego spoczynku, w Tjörn, blisko miejsca zbrodni. Opowieść ma swoją przestrzeń, złowrogą w opinii Tima. Coś mu siedzi na karku, coś go straszy, coś chce, by się tu na dłużej nie zatrzymywał. Zatrzymują się jednak w tej całej niepogodnej - mimo słońca - melancholii, przy grobie. Wyróżnia się, obmurowany, staranny, ktoś nawet rzucił bukiecik fioletowych kwiatków. Historia, która po latach ożyła... Czarna tablica, biały krzyżyk, podstawowe dane: Friðrik Sigurðsson, 6. 5. 1810 - 12. 1. 1830 oraz Agnes Magnúsd. (brakło miejsca na pełen patronimik) 27. 10. 1795 - 12. 1. 1830...

- To ona była starsza... - konstatuje Timo.

- Tak wychodzi.

- No i tyle. Ależ to nieprzyjemne miejsce, słowo daję... Ten grób przypomina mi trochę łóżko.

- Poniekąd słusznie. I w tym, i w tym się leży... 

- A jak leżałem z Palem... Miałem takie poetyckie najście... Raptem pan Herbert, uświadamiający mi ten dziwny moment życia między odchodzącym Erosem a Thanatosem, co się jeszcze ku mnie nie zebrał... I nie łap mnie za słowo. Wtedy jakoś wyraźniej czułem, że trochę jeszcze żyję. I teraz... Można by tu wpakować w te kamienne ramki materac... I znowu on, Herbert, z "Zegarem" tym razem przychodzi mi na myśl... Drogi nasze do wieczności... Jakże popaprane bywają... To takie krótkie i celne: Na pozór jest to spokojna twarz młynarza, pełna i błyszcząca jak jabłko. Tylko jeden ciemny włos przesuwa się po niej. A popatrzeć do środka: gniazdo robaków, wnętrze mrowiska. I to ma nas prowadzić do wieczności.

- Lepszej mowy nad swym grobem chyba nie mieli - śmieje się Pol. - Brawo!

Trzaskają drzwiczki samochodu. Z ulgą opuszczają Tjörn. Jadą przed siebie, a droga prowadzi ich łukiem. Okrążają półwysep. Timo je kanapkę. Kołyszą się na dziurach szutrówki. Krajobrazowe multiplikacje. Jadą na południe. Ocean się zawęża. Horyzont zamykają góry w błękitach. Wreszcie i morze znika, zagłębiają się w ląd. W dalszych krajobrazowych powtórzeniach przycupnięta historia, ta ludzka, która z niczym się tu nie narzuca... Breiðaból... - Tu po raz pierwszy przed wiekami spisano prawa nowego, wolnego kraju, który zakwitł na środku Atlantyku, z dala od kontynentalnej Europy z jej powalonymi królami - informuje Pol... - Niedługo potem są już w Þrístapar, w miejscu, gdzie pod toporem zakończyły się życia Friðrika i Agnes, w którym też otwiera się ku południowi Vatnsdalur, której pejzaże Agnes widziała jako ostatnie, będąc już więźniarką, Vatnsdalur, która dalej przechodzi w gardziel Cienistej Doliny, gdzie z kolei na Grettira padła z ust żywego trupa straszliwa klątwa...

***

Fina korzysta z nieobecności gospodarzy i odwiedza ich gościa. Árni otwiera jej odziany w fartuszek z Kaczorem Donaldem.

- Serio? - pyta na dzień dobry nieco zaskoczona tym kostiumem.

- Jak najbardziej. Już się Pol chciał wtrącić, ale ubiegłaś go... Chyba to lepiej nawet. 

- I co? Pokaż to - mówi Fina, wyciągając rękę w stronę okaleczonej nieco twarzy męża. 

- Nie troszcz się... Zagoi się.

- Przepraszam.

- Dobrze. Chyba jesteśmy kwita. Też sobie znalazłem chłopów... O, mój Jonatanie, byłeś mi tak miły, a  miłość twa cudowniejsza była dla mnie niż miłość kobiet...

- Pan Dawid by sobie darował te lamentacje, bo tu nawet żaden Jonatan nie ożył, by mógł umrzeć... Zamieszkałeś sobie z tymi pedałami. No jacyż oni mili. I co dalej?

- Chyba powinienem zacząć cię nagrywać. Dobra wstawka do kampanii, gdzieś tak miedzy spory o opłaty drogowe a ekspansywny łubin...

- I co zamierzasz? Nie musisz się chyba ze swojego domu wyprowadzać.

- O jakieś pozory ci chodzi? Mnie tu dobrze. Tam musiałbym się znowu przyzwyczajać...

- Dobrze ci tu.

- Tak, pijemy sobie lulady i... Takie sobie wabi sabi...

- Światowo na tym szrocie.

Siadają na schodach. 

- Ja nic nie chcę. Możemy to wszystko rozwiązać. Mnie nikt nie chciał, ty byłaś łatwa, ale ostatecznie też najostatniejszy pozostał, z chęcią na stałość... Dziwne te presje minionych lat, co? Aż wstrętu do siebie nabrałem... Jeszcze to jakiś sens miało, gdy razem pracowaliśmy w szkole... Przynajmniej dla mnie, bo nie wiem, jak dla ciebie. Chociaż to pozostanie tutaj to pomysł z piekła rodem. Co ja sobie wyobrażałem, że odpokutuję swoje winy względem brata?...

- Nie udało nam się. I nasza podopieczna już... 

- Co? Co z Anną?

- Uciekła. Przedawkowała. Na amen.

- Kiedy?

- Wczoraj ją znaleźli. 

- Nawet nic nie czuję.

- Daruję sobie wszystkie kampanie. 

- To co będzie?

-  Może w związku z tym też będę musiała coś odpokutować.

- Żal mi tych lat. Przemilczeliśmy je. I nie umieliśmy się niczym zachwycać. Może wejdziesz? Tu wprawdzie prowizorka. Mogłem coś kupić. Bo tylko gulasz...

- Męski luz i pusta lodówka?

- A więcej tu życia niż u nas. Właśnie robię porządki.

- A ja nie. Nabrudzone jest.

- Trzeba będzie sprzedać ten dom.

- W sumie jest twój.

- Taki nie uszanowany. Mógł się spalić zamiast domu po rodzicach Filipa...

- To dzieciaki Edny.

- Co?

- Bawiły się w pustostanie...

- Skąd to wiadomo?

- Przyznały się. Edna jest załamana. 

- Co będzie? Będzie się to ciągnąć, do obłędu?

- Zależy jeszcze jak Filip się do tego ustosunkuje. W każdym razie dom był ubezpieczony, tyle że bez nadzoru... Nie wiem, jak to się skończy. Ma tu przyjechać...

- Jeszcze on. Kolejny łotr.

- Tak mówisz? To będziesz miał okazję mu to powiedzieć. Teraz.

- Nie mówmy o tym... Nic ten czas nie leczy, cholera...

- Wiesz co? Może zdejmij ten popieprzony fartuszek. Podjedźmy, chociażby do Eddy, coś wtrącić. I może się wreszcie rozgadajmy... Boli cię jeszcze?

CDN

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Jóhann Sigurjónsson. Fjalla-Eyvindur

Moc śnieguły, czyli duszpasterstwo koło lodowca

Na nieskończonej. Steinn Steinarr

Sigbjørn Obstfelder. Liv

Lokasenna, czyli pyskówka na górze albo kto jest bardziej niemęski

Jonas Lie. Eliasz i draug

Einar H. Kvaran. Posucha

Bukolla. Opowiastka islandzka