Taki dzień

Jak każdy inny raz jeden w roku...

Dzień Matki, co jutro nadejdzie, dziś mi przypomina - bo ja wiem - pośród niesmaku o jakiejś dawnej przynależności rodzinnej. Teraz to już martwa sprawa... Jacyś tam bliscy, jej krewni, sobie żyją, wyrastają nawet kolejne pokolenia, ale to już inny świat, który może mnie gdzieś na starych fotkach co najwyżej odnaleźć... Choć oczywiście nie żebym sam nic o nich nie wiedział... Cieszy mnie na przykład mój chrześniak, który właśnie startuje z karierą psychiatry... Sądzi, że jak się ruszamy, to się mniej boimy... Tak, no coś w tym jest... Ja w ruchach jestem dość pospieszny i wtedy jakiś taki nieustraszony ze mnie typ... Gorzej, gdy siądę... Wtedy zaczynam się bać... (Tak że ruch, ruch, w zdrowym ciele zdrowy duch, twardzi chłopcy, dziewuchy jak rzepy - no i do przodu, pełni krzepy, w tę stronę, gdzie nam Bóg dał oczy, mam nadzieję tylko, że nie na wojnę wyjdzie im kroczyć [choć wariaci porządek nam chcą burzyć, więc nie wiem czy nie płonne te nadzieje... Ale człowiek w ruchu podniesiony na duchu! Że tak znów, nawiasem, zarymuję...]) Jednak z pewnością nie będziemy tego przegadywać, bo ja jak się wypisuję, to już na amen... Lata zrywają nici, tak że z rodziny (poza schorowanym ojcem) pozostał mi jedynie kontakt z jednym kuzynem, u którego, nad fiordem, właśnie chwilę temu nawet wreszcie trochę przewietrzyłem głowę... On zresztą też taki nierodzinny, owdowiały i ten wdowi stan pielęgnujący... Nasz kontakt jednak przetrwał, bo się lubimy, a kiedyś to nawet wypalił, iż się dziwi, że nigdy nie zostaliśmy parą... Jakieś lody wtedy jedliśmy z wiaderka, tak że aż mi nosem chłodną falą poszły... To jednak już na bok trzeba odstawić. Dość że jego progi zawsze gościnne i zawsze witamy się z okrzykami, niezmiennie...

A gdy idzie o resztę, to właściwie należę do kręgów już wymarłych. W pradziadach ja kochanych szczególnie, z pamięcią doskonałą, tak po nic... Na starych śladach czasem gdzieś, gdzie tylko kamień milczący czy drzewo, co pamięta...

Należę do ludzi, którzy do żywych nie wracają. To może ma też coś z mojego niskiego poczucia własnej wartości - taka ma pamiątka po rodzicach. Minęło, dobra, nie ma co się trudzić, gdzieś się nam szlaki rozlazły, że można coś wspomnieć w samotności jedynie, bez potrzeby stałego przegadywania tego, co było. Sam nie chcę przeszkadzać. Nigdy nie zadzwonię, nie zwrócę na powrót na siebie uwagi... Dziwne to i może nawet trochę smutne, bo nie chce mi przyjść do głowy, że ktoś może by się ucieszył, gdybym zadzwonił. No ale jakoś tego nie zakładam.

Naturalnie nie znaczy to, że nie mam żadnego kontaktu z tym, co żyje gdzieś tam w przodzie. Przeciwnie, i aż sam się dziwię, że ten czy inny przejaw młodości nie uważa, że czas ze mną spędzony, przegadany, prześwintuszony jest zwykłą stratą...Choć nie wiem, czemu znów się dziwię - sam przecież dawno, dawno temu łaknąłem jak kania dżdżu dojrzałego towarzystwa, przynajmniej w sensie metrykalnym. Rówieśnicy mniej byli kiedyś pociągający, choć w żadnym calu nie odmawiam im ówczesnej atrakcyjności... A dzisiaj młodość mnie elektryzuje nawet z pewnym nadmiarem, co zauważył kiedyś jeden kolega; siedzieliśmy w tatrzańskich okolicznościach na żerdzi, a ja pokusiłem się o wyrazy zachwytu nad jakimiś olśniewającymi Adonisami - kolega tylko mnie klepnął po plecach, mówiąc: - Oj, starzejesz się, starzejesz... - Klepnąć jeszcze musiał mocniej, bo mnie wtedy lekko landrynka malinowa przytkała...

Po długich przerwach nie chce się wracać, to jest jakby takie tłuczenie luster. Przerwy, cała ta nasza towarzyska niedbałość relacjom nie służy. Robi się uniki. W razie czego czeka się, aż sobie pójdą... W razie spotkania gada się zwykle niezbyt chętnie, coś tam o sobie, zdawkowo, no bo to przecież wszystko bajki z antypodów... No i też pewne niezręczności, gdy trzeba takiemu typowi jak ja spojrzeć w oczy, pamiętając, co się kiedyś o takich typach gadało... Zatem sam też nie chcę kłopotać... No i też - właśnie, te lustra - niechęć jakaś jest we mnie do przeglądania się w innych, tych, których znało się tylko przed laty... Już, pamiętam, dwanaście lat temu, na pogrzebie siostry mamy, byliśmy już z innych planet, ledwie jacyś tam znajomi, od których zaraz chce się uciec... A przyszły psychiatra ledwie mnie kojarzył, bo wcześniej to byłem gdzieś tam na jego komunii... Człowieka jakoś to wszystko upiornie postarza.

Oczywiście nic nie mam do panów pod sześćdziesiątkę, ale nie do takich, co nagle tacy sześćdziesięcioletni prawie spadają ze średnio dowcipnego nieba, a których pamiętam jako nastolatków... Rzecz jasna nie mam oporów przed patrzeniem do lustra - tatuś, ale to stan, do którego dotarłem w miarę płynnie, z takim tylko tąpnięciem w siwiznę, co taką pamiątką jest po matczynym zdychaniu, no bo to było zdychanie, mimo całej doskonałej opieki, jaka została jej zagwarantowana, bo to było takie katastrofalne i bulwersujące osuwanie się w otchłań, w takiej nieprawdopodobnej huśtawce nastrojów między czepianiem się pazurami śliskiej cembrowiny a fantazją samobójczą, co się jeszcze nałożyło na wcześniejszy dramat z przyjacielem, który zareagował odmiennie, bowiem niejako przed moimi oczami zatrzasnął od wewnątrz wieko swojej trumny, co mnie z kolei warzyło w jakimś rozgorączkowanym samolubnym gniewie... Takie rzeczy są dobrym przepisem na siwiznę... I oto ostatnio na lotnisku spotkałem kolegę z podstawówki. Nagle ktoś mnie klepie przyjacielsko w ramię. O dziwo poznałem go, obaj okazaliśmy się dla siebie rozpoznawalni... Te oczy! To się nie zmieniło... No ale ostatnio widziałem kumpla gdzieś pod koniec lat osiemdziesiątych, wtedy, kiedy był przepięknym chłopaczkiem, jak sen najsłodszy, apolliński, z bujnym włosem... Razem z dziewczynkami byłem nim zachwycony... A tu raptem łysy, dupiaty brzuchacz, z podgardlem... Trochę mnie to może pocieszyło, bo kiedyś też szedłem w brzuch, ale przestałem pić, nie jem chleba i idę w ruch, całkiem jak radzi mój krewny psychiatra, więc wróciłem do bardziej młodzieńczych rozmiarów, niemniej jednak takie spotkania nie pozostawiają złudzeń... Zaraz potem w kiblu w lustrze zobaczyłem coś niby znanego, też ogolonego na łyso, ale już jakby z jakimś dodatkowym, niepokojącym, kostuchowatym akcentem... Dlatego ja nigdy nie uczestniczę w żadnych zjazdach klasowych, bo wolę się starzeć w spokoju i nie chcę się przeglądać w innych... Ani w cudzych łysinach, ani w zmarszczkach, ani tym bardziej w rozrodczych osiągnięciach - Boże miły, w moim wieku to nawet ludzie mają wnuczęta przecież...

Tak przy okazji takich wołań z przeszłości i takiego dzwonienia znienacka... Jak już wspomniałem, sam tak nie robię - ach, ja to pamiętam czasy, kiedy nawet telefon stacjonarny był w domach rzadkością i wtedy do ludzi się po prostu wpadało: raptem goście, dzwonek do drzwi, szybkie tempo w zakładaniu portek i nagle człowiek wyrwany z letargu wolnej chwili w domu musiał naprędce organizować przyjęcie, już gwizdek czajnika, już kawa w młynku i kurwy szeptane pod nosem - ale niektórzy są ciekawscy, gdzieś tam zdobywają nasze numery i na szczęście nie wpadają, ale telefonują, a że nie bardzo jest o czym gadać, no to się tyka takich osobistych spraw, jak raz kiedyś tam koleżanka z liceum. Taka skowronkowata, jakby z jakąś misją badaczki dzietności, bowiem, ledwie się przywitawszy, przystąpiła, mając jedynie słuszne założenia, do odpowiedniego wywiadu, na co zareagowałem uwagą, że takie bardzo to kobiece jest: od razu rodzina, fizjologia, jak stara ciotka na imieninach, jednak, skoro zainteresowana była moim statusem, wyjawiłem jej swoją domową sytuację, informując o partnerze w liczbie jeden (kwestii okazjonalnych trójkątów nie dotykałem), z którym stworzyłem rodzinę, ale gejowską, radośnie bezdzietną, co - nie ukrywam - dość korzystnie wpływa na domowy budżet... - Pieprzysz - na to ona, taka zbita z pantałyku. - Trochę, ale w moim wieku już nie jest to przeze mnie traktowane - że tak powiem - priorytetowo - ja na to... - Ach nie, no, przepraszam, nie o to... yy... tak po prostu spytałam... - Pytasz, więc odpowiadam. Ja z kolei nie pytam, bo mnie takie rzeczy nie obchodzą. - Mimo to jednak dowiedziałem się o jakimś mężu, jakichś tam dzieciach... Wszystko mnie naturalnie bardzo ucieszyło, no bo jak wszystko drożne, działa, no to tylko się radować... No i oczywiście obiecałem, że gdy tylko będzie jakiś szkolny zjazd, to się pojawię, od razu wiedząc, że będzie inaczej... I na pewno zadzwonię; ale nie zadzwoniłem... Ona jeszcze próbowała... Zauważyłem, że kobiety potrzebują trzech podejść, by nabrać słusznego przekonania, że nie mamy ochoty na żadne kontakty...

Ale dobrze, że dzieci radują, że się matki chwalą... Moja zresztą też się chwaliła i w takich społecznych sytuacjach dowiadywałem się o sobie jakichś cudów nawet. Lecz w zaciszu domowym już byłem tylko matołem, który przeszkadzał... Wynikłem z życiowego błędu. Można powiedzieć - takie ze mnie dziecko wstrętu... Taka rola mi przypadła i jakoś staram się w tym odnajdywać... Rodzice się nie kochali, chociaż oczekiwali moich zachwytów... Urodziłem się jakby w najlepszym miejscu pod słońcem, tylko że jakoś rodzice wobec tego miejsca dalecy byli od entuzjazmu... Gdy wspominam nasz dom, no to widzę siebie - lunatyka... Trudno się było w życiu połapać... Wierzyłem, że jestem samym złem, czymś ohydnym... No ale jakieś okienka pogodowe w tym wszystkim naturalnie były... Tyle że w każdej chwili mógł spaść grad... Więc do różnych anomalii pogodowych jestem od dawna przyzwyczajony... Twój los, głaszcze cię jego ręka, a za moment daje ci w pysk... Jak myślę o tym żywiole domowym, to jednak chyba wolę starego, który mnie prał jak porąbany... W swej metodyczności był bardziej przewidywalny. Sprawdzały się prognozy...

Swego czasu mnie tak przytłoczyli swoją pustką, matka swoją nienawiścią, ojciec pijaństwem i obojętnością... Bardzo szybko minął mu entuzjazm bycia tatą... Matka go nie szanowała, więc miał wywalone... A jak mu się chciało, jechał do mojej chrzestnej...

O matce wiem dużo, tyle że kiedyś w przypływie szczerości jej siostry, wszystko, czy prawie wszystko, okazało się łgarstwem. Ona tęskniła za jakimś innym życiem... I jeszcze ten mój nieszczęsny homoseksualizm. Nie wiem czemu ona się tak tego bała, to ją płoszyło... I jakaś schizofrenia w tym była, bo chciała, żebym ja wiódł życie, jakie ją nieustannie uwierało...

Z tego wszystkiego został tata, staruszek, o którym z kolei nie wiem nic... Kiedy ja go potrzebowałem, jego to nie interesowało, nie umiał zaistnieć w moim życiu, był tylko taką brutalną karcącą ręką... No ale w zasadzie porażka, zrobił pedała... A przynajmniej inni tak w jego mniemaniu mogliby sądzić... Sam jednak miękki, mimo ciężkiej dla mnie ręki delikatny i dotkliwie sponiewierany przez babę, zredukowany przez nią do zera, na mych skołowanych oczkach... Dziś w potrzebie, ze mną w roli  wszechstronnej podpórki, zagniewany, tajemniczy, zawsze bardzo samotny w gruncie rzeczy... (Tak swoją drogą coraz chyba częściej tak jest, że my o wiele więcej czasu poświęcamy swoim rodzicom niż oni poświecili go nam, chociaż nic im tak naprawdę nie jesteśmy winni [aczkolwiek oni zwykli uważać inaczej, kto wie nawet czy najbardziej nie ci, co byli kiedyś zwykłymi łajdakami, dla których nagle jesteśmy niezbędni] i jedynie dobra wola względem nich macha w swej rozrzutnej łasce ręką na zaistniałe w życiu dewastacje...) Jego obecność zwiększa tylko poczucie absurdalności istnienia. Te wszystkie dziwaczne dolegliwości, niedopasowanie, i jakieś straszne, acz maskowane kłębowisko lęków na tym wyjściu... No i taki schowany: ogląda stare filmy i ciągle te same walki facetów w majtkach, to całe MMA z nienaganną męską cielesnością... To mnie stale zaciekawia, ale zostawiam to w niedomówieniach... Złośliwie mógłbym powiedzieć, że może trzeba było kiedyś lepiej skorzystać z życia...

No i cóż - gdyby tak podsumować tamte lata z tatą i mamą, to właściwie zdarzył się cud, że skończyło się tylko na moich sińcach, bo do krwi nie było daleko, oj nie. Na szczęście nerwy okazały się stalowe...

No i czas pobiegł daleko, jeszcze mi się pozwala sobie przyglądać w swej nowej, dziwacznej epoce, niepokojącej... Wróciłem z krótkiego urlopu, a tu w moich lokalnościach politycznie się zatrzęsło i centrala rządząca ma złe sygnały, bo szumiało przy zapowiedziach, a sprawczość jest taka sobie, a jak nawet coś idzie, to sprzedać tego nie potrafi, ludność natomiast straszy fochem i może się to w ostateczności skończyć bezmyślnym narowem, na co liczą autorytarne kanalie... A tu skucha skuchą pogania... I przez poprzedników rozbabrana rewolucja pełznie dalej na dodatek, bo tamy liche i nikt łba temu uciąć nie chce... A jak tamci wrócą, to oni zaczną ciąć, już bez skrupułów.

A wszystko uzupełnię o piosenkę. David Bowie w utworze Johna Lennona "Mother"... Mnie się wprawdzie krzyczeć nie chce, ale numer mi pasi... Czasem człowieka trzeba, to albo przedwcześnie umrze, albo ma nas gdzieś... Tu i tu zły los:

David Bowie zatem: 


 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Jóhann Sigurjónsson. Fjalla-Eyvindur

Moc śnieguły, czyli duszpasterstwo koło lodowca

Na nieskończonej. Steinn Steinarr

Sigbjørn Obstfelder. Liv

Lokasenna, czyli pyskówka na górze albo kto jest bardziej niemęski

Jonas Lie. Eliasz i draug

Einar H. Kvaran. Posucha

Bukolla. Opowiastka islandzka