Przyciąganie XVII
Doturlał się obity przez żonę Árni na drugi brzeg z podręcznym bagażem. - Żeby wam tu nie śmierdzieć, wziąłem trochę odzieżowych podmianek. Na troszkę...
- Już Edda stara uczy, by jęzorem mielić z umiarem, bo potem takie efekty - mówi zza swojego prywatnego baru Pol, przy którym siedli po przybyciu nieboraka i po powrocie z łowiska.
Timo jakoś nie mógł ukryć śmiechu, bo zawsze obity ryj był dlań komiczny, o ile oczywiście był to ryj męski... Jest w nim coś z krwiożerczej kobiety powtarzającej, że blizny zdobią mężczyznę... Niech się tłuką - myśli, gotów świat cały uzbroić w proste siekiery i łagodny kodeks karny... Tu oczywiście sytuacja nie wynikła z chuligańskiej ustawki tylko z innego rodzaju chuligaństwa, jakim jest małżeństwo, które dość często jest idealnym środowiskiem do odtwarzania się obcości i samotności, i niesmaku... Zmieszana z błotem przez męża żona dała temuż w mordę... O, oboje teraz nie do poznania, na swój sposób.
- Czy aby na pewno znalazłeś dobrą podstawę do tych chlewikowych zarzutów? - pyta Pol.
- A sam przecież mówiłeś...
- No, mój drogi, to że coś wyczuwam, nie oznacza, że gotów byłbym skorzystać czy też rzucać sądy o jakieś rozwiązłości... Ja jestem wyposażony w instynkty nakazujące mi trzymać do kobiet dystans co najmniej o wymiarze metra i pięćdziesięciu centymetrów. Nie zaprzeczam jednak, że ma swój urok i bardzo chce się z nią zamienić słowo i przypatrywać z oddali. Myślę, że jest bardzo miła, ale że ty spędziłeś z nią szmat czasu pod jednym dachem, wszystko może wyglądać dla ciebie inaczej. Pamiętam, jak umarła moja matka, wyjątkowo ponura i nienawistna osóbka, w każdym razie taka była pośród atmosfery zwanej humorystycznie mirem domowym; jakież było moje zdumienie, gdy zobaczyłem na jej pogrzebie tłumy rozżalonych, w bólu nieutulonych osobników płci obojga, którzy oto bezpowrotnie tracili nad mogiłą najurokliwszą i najmilszą koleżankę, a nawet przyjaciółkę. Małżeństwo nie skłoniło jej do przyjacielskich odruchów, świat zewnętrzny i owszem, na jaki wydała zresztą majątek, który mój ojciec w pocie czoła musiał potem spłacać, zupełnie zaskoczony w swej niepraktyczności i gospodarskiej, że się tak wyrażę, niedbałości, by nie powiedzieć niechlujności... Ach, tata należał do ludzi, których zawsze ktoś oszuka...
- Są tacy - przytakuje Árni - oszukasz ich tysiąc razy, dadzą się oszukać po raz tysiąc pierwszy...
- To chyba - wtrąca Timo - liczy się do gromady tych, co popełniając te same błędy, spodziewają się różnych rezultatów. W największym skrócie są to ludzie niemądrzy.
- Tak... takie to ludzie mają tajemnice. Matka miała ich mnóstwo, a człowiek z tajemnicami to albo ktoś, kto ma coś za uszami, albo ktoś, w kim nie ma po prostu nic...
- Wśród kobiet pełno tajemniczości - prycha Árni i grzmoci kolejnego już łyskacza.
- Choć łatwo je odczytać w ich wyobrażeniach na temat mężczyzn, w które oni niestety nadmiernie wierzą... Robi się z tego zatruta bańka... Ale czy ty nie za dużo pijesz? Znam cię króciutko, a już bym nie zliczył, ile ty w gardziel wlałeś przez ten czas. Nie żebym ci teraz żałował, ale jakaś dziwaczna troska przeze mnie przemawia...
- Groźnie się robi, gdy człowiek staje się dobry. To takie dokuczliwe i sieje mnóstwo zła... Ja też byłem dobry, to mnie pokarało. A niechże się zwali, co ma się zwalić.
- Oj, przesadzasz, Árni - uspokaja Pol. - Przyznaję, że na tym świecie zło jest po to, by wynikało z tego jakieś dobro - tak się uspokajamy - a to z kolei sprowadza kłopoty...
- To takie paskudne... Co to człowieka napaść potrafi...
- Mamusia może mówiła, że to dla zdrowia...
- Przestań... To nie na wylęgarnię, a więc bez sensu... Trwało to jakoś, ta przyducha mocą jakiegoś bezwładu... O jakże wstrętnie... Potem wzięliśmy na wychowanie jej siostrzenicę... Zdawało się to być rozsądnym wysiłkiem... I co? Dogorywa na jakimś dziesiątym odwyku, ledwie co dorosła... A ja sobie chciałem spokojnie żyć i nawet pielęgnować w umiarze bezsens, no bo ten Lói... A twój od niedawna Pal łazi i rozgrzebuje jeszcze, tyle lat... I jeszcze ta zbiera brudy, chuj wie od jak dawna...
- A ty, jak nie majsterkujesz, siedzisz jak kot domowy... Szczepić się trzeba w wypadku takiej izolacji...
- Nie żartuj sobie, Pol.
- Widać, jakie to wszystko pogmatwane - wtrąca się Timo. - Biedni mężczyźni, by jakoś zadbać o dobre samopoczucie, szpetotę pięknem zwać muszą, baczcie jednak, byście sami się szpetni nie stali, bo krągłości zdają się narastać wam w macierzyński deseń i o krok tu od zaawansowanych ciąż spożywczych - kontynuuje, klepiąc się po brzuchu. - Dla mnie natomiast wszystko od zarania bez filtra, ohydne, jaszczurcze, więc omnia mea mecum porto, w nic się nie gmatwam, a jeśli już jakieś ustępstwo, to tyko tam, gdzie za nic coś dostać można... Nie bardzo to jednak na zasiedzenia... Bo myśl ciężaru może nabrać...
- Dokądże zatem? - pyta Pol.
- No, najpewniej tam, gdzie długoszpar i inne ryby, i wieloryby.
- Co, co? - odzywa się Árni.
- Nic. Wędrowiec u kresu... Całkiem nigdzie... - zgaduje Pol.
- No, i ja, bez niczego, jeno z cedrowym aromatem perfum mego chlebodawcy... Podkradłem ci parę kropel, Pol...
- Kąp się w żywicznych słodkościach...
- Głupio to brzmi, bo mam już swoje lata, Pal, mimo że nic się prawie w mym życiu nie zdarzyło, choć dość, by mnie przymknąć, na gwałt na dodatek...
- Jak się nie staramy, to tylko na nadużycia względem nas możemy liczyć - rzecze Pol.
- Może, może... No, ale wy się tu bawcie dobrze, choć nie wiem czy sił na długo starczy - mówi Timo, patrząc jak Árni sobie dolewa do pełna niemal - bo na mnie pora. Mam wszak schadzkę z Eddą i jej małżonką, no i z Palem...
***
Timo zostawia towarzystwo o sercach ledwo żywych. Ależ jest cudownie. Słońce niskie teraz zaczyna swe malarskie popisy, gustując już o tej porze w pogłębiających się kraśnościach. Pogoda jak brzytwa tnie twarz ostrym chłodem, choć nie ma już wiatru; ostre są także kontury wszystkich uroczystych wyniosłości okalających wijący się wśród nich fiord... Wychodzi wcześnie, bo nie zamierza korzystać z żadnego transportu... Obuta stopa tylko i ziemia, ziemia... Jest i Nikoła, ale tylko gardłowym krakaniem pozdrawia Tima i leci pospiesznie dalej. Chyba najwyższy czas dla niego, by przysiąść na spoczynek w swej luksusowej, zdobnej w obsydianowe mozaiki wolierze i oddać się może jeszcze wieczornej pieszczocie, jakiej nie szczędzi mu ręka czarnowłosego Daniela.
Najnaturalniejsza rzecz - iść piechotą. To nasz naturalny stan, jak zauważa Werner Herzog, nasze naturalne przeznaczenie, jakby zbliżone do tego, jakim obdarowane zostały wędrujące stale słonie,co czytają, smakują, poznają istotę świata w swym własnym tempie. My przyspieszyliśmy, siadając okratkiem na grzbiet zwierzęcia, ładując się do łodzi, potem do samolotów. Nie wędrujemy, tylko podróżujemy, bujając się jak wahadło, nie mając zbyt wiele czasu, choć przed sobą zawsze jakiś spodziewany szmat nienasyconego życia. Zostaje z tego powierzchowny chaos jakby nieuporządkowanej biblioteki, pełnej książek ledwie przerzuconych bądź z przeczytanym słowem wstępnym... Przemieszczanie stało się hobby, bo nie musimy już tego robić, możemy już od dłuższego czasu decydować się na osiadłość, choć dla naszych dalekich, dalekich przodków stała wędrówka była koniecznością. Jesteśmy zaprogramowani do chodzenia i kiedyś pokonywaliśmy dystanse o własnych siłach - dziś każdy najdalszy zakątek kuli ziemskiej jest oddalony od nas o dystans mierzony ledwie w godzinach, co dała nam cywilizacja, ta cywilizacja, co jest piłą podcinającą gałąź, na której wisimy ponad bajorem, gdzie jedynie miejsce na chaos. Straciliśmy kontakt z własną naturą, a pełnia świata ukazuje się tylko tym, co przemierzają go na swych własnych nogach, bo w tym jest możliwość autentycznego doświadczenia rzeczywistości... Idąc pieszo jednorazowo nie zajdzie się daleko, ale gdy idzie się przez całe życie, można pokonać całkiem imponujący dystans, przy wnikliwej uwadze, czując grunt pod każdym stąpnięciem, z myślą nabierającą lekkości... Trawimy czas siedząc w biurze, w domu, czy w fotelu pędzącego wehikułu, mijając świat; nie ma już wysiłku i głębi doświadczenia, czego nie da się kupić za cenę lotniczego biletu... Nie korzystamy z czasu, co w tempie naszych kroków odmierza przestrzeń. Nigdy człowiek nie jest tak blisko samego siebie jak w trakcie pieszej wędrówki... Nagle odkrywa się wtedy, że jesteśmy dla siebie miłym towarzystwem, ba - nawet towarzysz idący obok całkiem jest do zniesienia, bo w stacjonarnych warunkach jego obecność być może trzeba by było zapić czymś mocniejszym... Człowiek to istota dzienna. By widzieć świat, trzeba iść za dnia... Noc jest dla straszydeł, w nocy więcej nam się zdaje niż widzimy. I sam Óðinn pouczał, by się po nocach nie plątać nigdzie, co przypomniał sobie teraz Timo, mając przed oczami wyobraźni pewną letnią, jasną noc, kiedy opowiadał mu o tym przyjaciel jego ojca... Akurat spacerowali nocą, kiedy tamten mu o tym prawił... W nocy najwyżej iść można do wychodka, chyba że ktoś ma do wykonania jakąś misję szpiegowską... Timo sobie myśli, i idzie, lekki, naokoło małego fiordu, choć w tym świecie coraz mniej chętnie nie tylko się idzie, ale też jedzie naokoło czegokolwiek i wszędzie istnieje chęć, by ryć tunele albo stawiać groble... Wszyscy chcą na skróty, szybko, acz mało uważnie... W celi by trzeba człowieka zamknąć, by nagle stał się wnikliwy... Timo coś o tym wie. No i nie idzie na skróty ani niczego nie przyspiesza. Tu jeszcze po staremu trzeba obejść (względnie objechać) przeszkodę, szanując boskie decyzje co do kunsztownej rzeźby tego zakątka wyspy, z pokorą...
I oto już pokonał dystans, bez poczucia, że stracił czas. Szedł w dobrym towarzystwie. Każdy, kto chce iść, jest dobrym towarzystwem. Perypatetyczny klimat. Dobre towarzystwo idzie trzeźwo i dyskutuje; złe towarzystwo musi koniecznie usiąść, by gadać, najchętniej i najznośniej w odurzeniu, gdy w tle jeszcze dudni jakiś uporządkowany hałas.
Timo idzie wprawdzie posiedzieć, bo trzeba czasem usiąść, by się posilić, tym bardziej jednak z chęcią, bo z Eddą wspaniale się można przemieszczać, tedy i przysiąść z nią miło, na trzeźwo...
W samą porę się zjawia, bo wyszedł z miejsca wypełniającego znamiona domu odpowiednio wcześnie... Już na stół wjechało to, co dziś złowił Pal, choć pełna kurtuazji Edda odnośnie połowowych wyczynów użyła zaimka osobowego liczby mnogiej. Proste, miłe podniebieniu danie; dorsz w beszamelowym sosie z kartoflami, zieleniejący od obfitej szczypiorowej posypki...
- Kartofle z upraw Tory - zaznacza Edda.
Tora jest dumna ze swego poletka, z którego zbiera całkiem pokaźny plon.
Pal się tylko spóźnił, ale to tak jest - najpóźniej przychodzą ci, co mają najbliżej. Ma jednak wymówkę, bo był właśnie weterynarz, by obejrzeć konia, którego trapiła jakaś dolegliwość. Szczęśliwie z koniem wszystko już w porządku. A sam doktor skusił się na odrobinę ryby i, przysiadłszy się do Tima, pogawędził z nim trochę o wyjątkowości tutejszych przeczystych rasowo koników, dla których, jeśli by jakiś z nich poza krajem się znalazł, definitywnie nie byłoby już możliwości powrotu do domu... Prawdziwy hodowlany skarb...
Potem Pal zaprasza do siebie, do pokoju, w którym mieszka od zawsze. Jest zabałaganiony i siostra chyba nie zawsze skutecznie przypomina mu o higienicznych zasadach, bo w tej niewielkiej przestrzeni na pięterku zdołał utrzymać atmosferę przyprawioną na ostrą samczo - chłopięcą nutę, jakby się tu w siódmych potach ustawicznie po uczniowsku zabawiał. Tak się zaraz ukuło w głowie Tima, gdy nabrał w nozdrza pierwszą porcję powietrza z tej prywatnej bańki, porcję iście feromonalnej mikstury, dobrej już jedynie dla szczególnej rasy koneserów. Zaraz też myśli ocennie, że przytulnie tu jest jednak, przytulnie jak pod napletkiem z uwagi na tę skondensowaną aurę...
- Smaczna była ryba - zaczyna Timo i siada przy stoliku, do którego miejscami można przykleić rękaw. - Chociaż wyprawę wiosłową po jej zdobycie jutro będę solidnie odczuwać w ramionach. Ale dobrze mi to zrobiło.
- Lukrecji?
Timo nie lubi nigdzie przesady, ale w tym otoczeniu jakoś ulega i bierze kawałek czarnego paska z foliowej torebki.
Zrazu nie klei się rozmowa, więc lepiej zająć czymś pyski...
- Ładny masz stąd widok... I na południe, i na zachód... Ta góra to niczym schody do nieba, choć widać, że jakoś osobliwie zaniedbane, do remontu...
- To tam poszedł wtedy?... - dodaje po chwili, pokazując na południowe okno.
Pal milcząco przytakuje.
- Zawsze tamtędy chodziliście?... Widok, powiadam, ładny, ale chyba nieco obciążający...
- Dla mnie dobrze.
- Coś sobie wyrzucasz?
- Nie no, czasem chodził sam. Lubił tak... Ale może gdybym jednak wtedy...
- Tak sobie właśnie, idąc tu, rozmyślałem o wartości chodzenia. Że może źle się stało, że przestaliśmy wędrować. W końcu bez większego wspomagania zdołaliśmy się rozejść z rozmachem, aż po Tierra del Fuego. Wprawdzie ci, co zaczęli, nie zobaczyli ostatniego przystanku, no ale to tak jak z budowaniem tych wszystkich wspaniałych gotyckich katedr, bo ci, co kładli fundamenty, nie mieli szans na zobaczenie wież. Albo sadzenie lasu... Może to by było najwłaściwsze, iść, by się po prostu gdzieś rozpłynąć we mgle, w jakimś naszykowanym w ośrodku wszelkich przypadków splocie wydarzeń, wszystko jedno czy daleko, czy gdzieś blisko... Wtedy każdy dzień byłby tak pełny, więc nawet zbędny byłby ich nadmiar...
- Tu by się nie dało dojść.
- Udało się dopłynąć, od niepamiętnych czasów korzystamy z pływadeł, troszkę dając naturze możliwość wspomożenia nas swoimi siłami także w wędrówce... Ciągle jednak było w tym dużo prostoty i wymagało to wiele siły...
- Może ta wyspa w ogóle nie była przewidziana dla nas.
- Żadna na naszej obecności specjalnie nie skorzystała. Ale rzeczywiście, ta, spośród większych skrawków lądu zdatnych do zamieszkania, najdłużej zachowała swoją bezludność. Niejedna cywilizacja zdołała rozkwitnąć i upaść, a ona sobie tu trwała sama dla siebie, tocząc swoje wodospady i lśniąc lodowcami nie na zachwyty. Surowość bez przygody ludzkiej.
- Za daleko się tu jednak nie dojdzie, w sensie pieszej przechadzki. Można dookoła, po Þjóðvegur 1...
- Może wystarczy.
- Dziwna ta nasza rozmowa... Mieliśmy oglądać obrazki... Co też jakieś dziwne...
- Dlaczego? Skoro ludzie umawiają się na oglądanie filmów... - Timo myśli od razu o pewnym kinematograficznym gatunku, przy którym mógłby tu z Palem zagęszczać jeszcze bardziej atmosferę.
Jak staroświecko. Timo myślał, że obejrzą go na ekranie, ale Pal wziął pożyczony od Bækura album. Ojoj, żeby się tylko nie przykleił - myśli Timo i łyka smutną, korzenną słodycz wypełniającą mu usta.
Dwaj podstarzali chłopcy oglądają książkę z obrazkami. Pochylają się jednak nad wielką sztuką... Van Eyck. Małżeństwo Arnolfinich.
- Lubię patrzeć na stare obrazy - mówi Timo. - Tu z fotograficzną dokładnością oddane wnętrze. Przez okno wpada światło w sumie tego samego dnia, który tutaj dogasa, ale który ciągle gdzieś jaśnieje, budzi się. Źródło tego światła jarzy się stale, nieprzerwanie, jarzy teraz, jak jarzyło się na długo przed 1434 rokiem, kiedy blask wpadał w tamto okno, oświetlając poślubioną parę i wszystko, co się wokół niej znajdowało... Niebywały detalista, który niczego nie pominął, w każdym centymetrze kwadratowym to arcydzieło... Na co najpierw, na co szczególnie zwróciłeś uwagę?
- Na tego pieska...
- Odpal komputer, zobaczymy go lepiej...
Czekają chwilę... - O skurwiel! - mówi Pal.
- Patrzy prosto na ciebie. Żyje, hipnotyzuje. Przyciąga. Masz wrażenie, że wodzi za tobą wzrokiem. Wstań i przejdź kawałek w jedną i w drugą stronę, i patrz na niego...
- Ja pierdolę, faktycznie, aż jakiś dreszcz...
- Ciekawe, że zwróciłeś uwagę na niego... No ale są ludzie, którzy idąc gdzieś w gości, pierwsze witają się z psem i w ogóle na niego właśnie przede wszystkim zwracają uwagę, i jest najmilszym dla nich w całym towarzystwie stworzeniem.
- Kurwa, czemu mi się chce płakać? - pyta Pal, siadając znów obok.
- Mówią, że piesek ten symbolizuje wierność. Całkiem słusznie. I wierności spojrzałeś w oczy, a ona tobie. Nawet jak nie masz psa, możesz sobie odpalić tego, co patrzy poprzez wieki tak głęboko...
- Kurwa...
- I ty taki przywiązany...
- Śmieszne buty, klapki jakieś - zmienia temat Pal, próbując wrócić do równowagi.
- Patynki, bardzo popularne w średniowieczu... Jak się wychodziło na ulicę, zakładało się je na miękkie pantofle. Mówią, że to teren uświęcony małżeńskim sakramentem, więc buty trzeba zdjąć, jak na poświęconej ziemi, o czym mówi Stary Testament. A ty co byś powiedział?
- Normalnie, jak w domu, wchodzisz, to od razu zrzucasz trepy... Są u siebie...
Timo zerka na nogi. Nieco przetarte ma skarpetki. Myśli, że jednak się trochę niestarannie odział na dzisiejszy wieczór. Choć akurat w tym pokoju nie psują specjalnie estetyki.
- Możesz się gapić i gapić, smakując tamten średniowieczny dzionek.
- Mamy podobne podłogi.
- No, rzeczywiście - zgadza się Timo.
Tymczasem Pal nalewa po trochę ciepłej kminkówki.
- I dużo jeszcze tu symbolicznych rzeczy. Ten szczegół jest ciekawy... - Timo przesuwa obraz, by zaprezentować wiszące na ścianie wypukłe zwierciadło otoczone medalionami przedstawiającymi sceny z drogi krzyżowej. - Idealnie oddane w miniaturze odbicie wnętrza; główne postaci pokazują w nim plecy i widać dodatkowy składnik przedstawianej rzeczywistości: wejście, w którym stoją dwie postaci, które pan młody zdaje się pozdrawiać... Goście... - Tam, w tym lustrze, to możemy być my, patrzący na świeżo poślubionych. Patrzymy i łapie nas zwierciadło...
- Ciekawe to. A tam jakiś diabełek jest...
- A nad nimi złoto połyskujący świecznik. Jedna w nim świeca. Choć jest widno, pali się. Mówią, że to na znak obecności Chrystusa. A można powiedzieć, że to takie światełko pomyślności.
- Trzeba uważać na przeciągi - zauważa Pal.
- Buff - to wydostaje się z ust Tima po przełknięciu ciepłej wódki. - A miałem nie pić.
- Sorry.
- Daj spokój. Nie naruszam żadnych solennych postanowień. Jest dobrze...
- A czym się właściwie zajmujesz? - pyta Pal.
- Jakimś cudem idę przed siebie.
- Jak nie chcesz mówić, to oczywiście...
- Jestem pewnego rodzaju dandysem, specyficznym, bo w przetartych skarpetach...
- Mi chyba śmierdzą, cholera...
- Nie trzeba tego mówić, bo mnie się zachce płakać...
- Zagadkowo coś się zrobiło.
- Celem naszym był obraz. Lepiej czasem zająć się czymś innym poza sobą. Wtedy i jakoś milej witamy kolejny rozbłysk dnia, tego samego, co rozbłyska tam, spod pędzla Jana van Eycka. I nawet odsłania pewne niedoskonałości, bo narzuta na wyrku jest poplamiona... Teraz zauważyłem.
- Kto by pomyślał, że będę się tak odchamiać, i to pod własnym dachem... A właściwie moich rodziców... Nie umiałbym stworzyć domu...
- Rodzice dawno nie żyją?
- Już sporo. Jeszcze do szkoły chodziłem. Źle mi szło... Edda jest taka dobra...
- Jest bardzo miła.
- Lubisz ją.
- To prawda.
- Już nawet razem śpiewacie.
- Sam tym jestem zaskoczony. Na swój sposób stałem się czynnym artystą. Lepiej być nieczynnym, ale czego nie robi się dla życzliwych i sympatycznych - śmieje się Timo.
- Je też dużo chodzę - mówi znienacka Pal. - W sumie.
- Jesteś wtedy z nim?
- Ach... tak, tak jakby.
- Rozumiem. To oczywiście dziwne i bolesne, że ludzie potrafią tak po prostu znikać bez śladu... Czasem chyba pomagano sobie bajkami... Na przykład zamieniają się w niedźwiedzie... Taki niedźwiedź polarny zabłąkany w te strony... Urodzeni przez niedźwiedzie sami się nimi, gdy podrosną, stają. Tak gdzieś czytałem. Tylko teraz się chyba do nich strzela. No, ale w bajki się już przecież nie wierzy.
- Zawsze to było wydarzenie. Odkąd żyją tu ludzie, odnotowują każde pojawienie się niedźwiedzia, skrupulatnie odnotowują. Jak sobie przypominam, w 1275 Islandię odwiedziło ich aż dwadzieścia siedem...
Gaszą już obraz, zamknięty też zostaje album od Drengura. Kładą się obaj na posłaniu dla rozprostowania kości. Zapalają po papierosie. Pal ma trochę brudne paznokcie. Timo zwraca uwagę, że zaczyna powracać do dawnych nałogów, bez pretensji do siebie.
- Zwykle w łóżku pali się po - rezolutnie stwierdza Pal, na co Timo wybucha śmiechem i klepie go po biodrze.
- Bądźmy zatem nietypowi...
- Oj, tak - wzdycha Pal...
- Może pozwól mu być tym baśniowym niedźwiedziem... Zdaje się, że wśród ludzi nie wiodło mu się...
- Skurwysyny, a dziś porządni obywatele, wiesz, kurwa?
- Taa...
- I ten Árni zasrany, który potrafił tylko odwracać wzrok... Ciągle mi się wydaje, że ktoś coś wie.
- No, bywa, że się tworzy jakieś spiskowe teorie.
- Nie wszystkie są z palca wyssane.
- Oczywiście masz rację. Trzeba mieć jednak pewne przesłanki...
- W ramach odchamiania Drengur polecił mi, jak jej tam... "Fedrę". Nie wiesz czemu?
- Przeczytaj, to się dowiesz.
- Kto to w ogóle napisał?
- Seneka. Młodszy.
- A, teraz sobie przypominam. Nie wiem czy mi się będzie chciało. O czym to?...
- Fedra ma pasierba, pięknego Hipolita i pod nieobecność męża zakochuje się w nim. Hipolit jednak lubi swoją samotność i łowy na łonie natury, kobiety zaś go nie interesują - więcej nawet - brzydzi się nimi. Drogą intryg i szantażu emocjonalnego wywieranego na jej służce stara się jednak młodzieńca pozyskać dla siebie w zmowie z Dianą, lecz ten nie daje się tak łatwo, gotów chutliwej babie wbić w organizm miecz, a nie kutasa. Miecz jednak odrzuca w niesmaku i odchodzi, wzburzony i zbrukany paskudnymi zalotami... No i klasyczna sprawa: jak kobieta pragnie, a mężczyzna mówi, żeby się odpierdoliła, no to jest to wielka obraza i rozpętuje się piekło, bo przecież obowiązkowy mężczyzna powinien zapiać zaraz z zachwytu i bez zbędnej zwłoki przystąpić do penetracji śliskiego z pożądania krocza. Skoro nie chciał, do jego ojca, Tezeusza, dotarła wieść, że próbował Hipolit zgwałcić macochę, co oczywiście nastawiło ojca przeciwko synowi, i to tak, że ów ojciec, mając u Posejdona trzy życzenia do spełnienia, zażyczył sobie, by ten jego syna zabił... Chór, który wcześniej sławił piękno Hipolita mógł teraz tylko biadać, że bogowie w ogóle nie troszczą się o ukaranie niesprawiedliwych, złych, a zezwalają na tak podłe traktowanie niewinnych... Tezeusz w końcu przejrzał na oczy i nie mógł sobie darować tego, co uczynił... Zdruzgotany zebrać mógł tylko szczątki syna, by je godnie pochować... A Fedra się zabiła, myśląc, że w ten sposób dotrze do ukochanego... Tę Tezeusz też pochował, byle gdzie, życząc jej na wieki ciężkiej ziemi... Widzisz więc: świat jest niesprawiedliwy, warto jednak baczyć, by nie być nazbyt pochopnym w działaniach, bo się tej niesprawiedliwości może narobić ponad miarę...
Noc płynie, rozjaśnia się rychło, schody zwietrzałe do nieba za oknem znów nabierają kolorów, puste, jak zawsze. Timo leży i głaszcze po głowie wtulonego weń Pala... Śpi jak przepocony anioł - myśli sobie wymiętoszony, we wczorajszym, nieświeżym dalece ubraniu. Siląc się na porównania, myśli teraz o sobie jak o cukierku w papierku, co przeżył zagubiony rok w jakiejś damskiej torebce. I patrząc na te schody, myśli sobie jeszcze o pewnym chłopaku z islandzkiej powieści: jeśli wejdę na szczyt i ustawię tam kopiec z kamieni, to się ożenię; a jak nie dam rady, ale jakimś cudem ocaleję, pójdę głosić słowo Boże... - Jak to było? Szczęśliwie dla ludzi chyba wylazł... Czasem podejmuje się działania z myślą o swej przyszłości, jednak ciągle jest w tym pragnienie, by to jakaś siła dodatkowa wpływała na nasze decyzje... Losu kuszenie...
Timo wznosi wzrok i opuszcza: - Niebo, piekło - mówi, na co Pal odpowiada cichym chrapnięciem...
CDN
.jpg)
Komentarze
Prześlij komentarz