Granie sobie
Maj, to ja tak może z tego tytułu z kwiatuszkiem i z odrobiną zieleni pośród rozpędzającej się wiosny... Ach, któraż to, która, wiosna, a z nią młodość, nieustająco powracająca, co tchu pędzi znów...
Żyjemy sobie, gramy, na nerwach często... Człowiek jako instrument, i tylko zależy czy dobrze przeczuwamy w kimś innym wirtuoza... No bo jeśli szarpidrut... Brzmimy rozmaicie, a czasem zaskakujemy samych siebie, odnajdując się w jakichś niecodziennych rejestrach...
Niejeden raz zdarza się pierwszy raz... Początków w życiu sam trochę już zaznałem... Melodyjne drgawki mijają... Czasem ktoś zabrzdąkał - wagi pozbawiona rzecz. Czasem improwizacja - w pamięci nie za bardzo do odtworzenia. A trafił się i dobrze ułożony koncert, ku pamięci... Nawet jeśli już nie brzmi, pozostałem odpowiednio nastrojony...
Struny milkną i zdają się trwać niby nietknięte. Milczą w oczekiwaniu, mając kogoś konkretnego na myśli, tylko podnieść do siebie złożoną do stóp muzykalność, spróbować... Jak najspieszniej, zanim przyjdą inni...
Ja mogę powiedzieć, że zdążył, choć w głębokich zaroślach się kryłem...
Więc taki instrumentalny wdzięczny wiersz:
Jón úr Vör
Instrument milczący
Milczącym instrumentem jestem,
u stóp złożonym
w trawie pośród kwiatów,
co o świtaniu
łzy rosy ronią na me struny,
a zmierzchem
chylą ku mnie swe korony.
Czekam tu u twych drzwi,
tak byś mógł mnie znaleźć.
Czekam na twój dotyk,
zanim zjawią się inni.
Ten dźwięk, co wydobędziesz go swoimi palcami,
żyć może będzie i brzmieć już na zawsze.
przełożył z islandzkiego Kiljan Halldórsson
***
Z tomu: Jón úr Vör, Vinarhús, Reykjavík 1972

Komentarze
Prześlij komentarz