Wkrótce Wigilia. Ta taka szczególna, rocznicowa, bo właśnie minie 20 lat od samobójczej śmierci Tomasza Beksińskiego. Chyba jakiś rok temu czytałem zapiski dziennikowe jego ojca, znanego a osobliwego artysty Zdzisława Beksińskiego, który z pewnym chłodem odnotowywał, że makabra zwana życiem układa się jednak w litościwy sposób. Świat najbliższych znikał w odpowiedniej kolejności, od najsłabszego do najsilniejszego. Po pustkę aż do jego własnej, straszliwej, absurdalnej śmierci... Chociaż starał się ją wypełniać, myślał o jakiejś innej obecności Tomka, Tomka, który tak naprawdę po prostu chciał przestać istnieć. Nawet nie chciał przekroczyć granicy między 1999 a 2000 rokiem ... Nie zachwycał go kierunek, jaki obrała ludzkość i chyba nie zniósłby dzisiejszych czasów. Ojciec jego miał dość proste rady na życie, i to jakoś go ratowało, plus sztuka, którą uprawiał. Mam wrażenie, że jakoś horror życia wyrzucał w klisze, w płótna, by zachować pogodę, w jakiś sposób jednak z dala od zgiełku,...