Sigbjørn Obstfelder. Liv
Choć wieki płyną - dwudziesty pierwszy już po pierwszej ćwiartce, odurzony - ja gdzieś tam chętnie w dziewiętnastym się plączę... Liv. Życie. Z życiem śmierć. A śmierć woła do życia... Sigbjørn Obstfelder LIV W dużym mieście są ciemne zakątki, uliczki zaciszne o osobliwych nazwach, co budzą myśli o zmierzchu życia, gdzie dzieją się rzeczy, których próżno szukać w książkach. Obecnie mieszkam przy jednej z takich uliczek. Spokojnie tu bardzo. Niekiedy przejedzie tędy mleczarz albo wóz z węglem, a czasem zjawi się chodzący od domu do domu szlifierz, wszystko tylko po to, by zaraz wokół mogła zapanować jeszcze głębsza cisza. Żadnych bogatych ani tak zwanych wytwornych ludzi tu nie ma, nikogo z tych, co pojawiają się w gazetach czy w kalendarzach. A jednak ci, których spotykam, w oczach mają wiele szlachetności. Kto to wie, może tam, w swoich mieszkaniach skrywają jakieś tajemnice: jasny pokój narożny, kanarka, kota pośród kwiatów na oknie, odziedziczony po przodkach serwis do herbaty ...