Przyciąganie XIII

 


Że gdy chcę okiem w przeszłość rzucić,

Gdy myśl stęskniona się rozmarza,

To nic już nie mam krom cmentarza,

Dokąd mi wolno śmiało wrócić.*

- Wcale celnie - mruczy Timo... - A więc bawisz się w wędrówkę wśród zapomnianych. Przywołujesz stare melodie z przeróżnych języków... (Musi je zawsze widzieć, nigdy nie może ich spamiętać...) Chciałeś, bym się natknął? A obok - jakże mu? - Corot... - Podchodzi i patrzy na podniszczoną reprodukcję malowidła. Nastrojowy na nim zmierzch pośród drzew wysokopiennych. Zmierzch również i za wielkim oknem z na długo pozostawioną poświatą i pofioletowiałymi jakoś dziwnie górami... Na obrazku raczej sielankowy klimat kończącego się dnia, może jeszcze resztka jakichś prac; obraz za oknem zaś gotów jest raczej na przyjęcie upiorów i na niepokój. Choć Timo nie czuje się nazbyt zaniepokojony. Wie, że na upiora natychmiast trzeba się rzucić. Nie obawia się, a jest może tylko lekko podekscytowany, jakby przeczuwając, że ktoś znów się pojawi.

Jakiś dawno zmarły dzień, z dawno zmarłej fantazji malarza... Że wpatrywał się w niego... Ujhazy? Chyba tak, tak mówi Pol... Człowiek, który zawsze będzie obcy, skądinąd, wykorzeniony. U korzeni, w domu matki wisiał właśnie ten obraz. Tam jednak byli już też tylko sami obcy, choć na ścianach znaleźć można było podobne reprodukcje. Widać jakaś to popularna niegdyś ozdoba saloników. Pozostało więc tylko wspomnienie o upodobaniu, w pewnym sensie już bezdomne...

- Też jestem już bezdomny, chociaż dobrym zrządzeniem losu ciągle mam jakiś dach nad głową... - Cieszy go ta prowizorka: jakieś krzesła z palet, dwa różowe flamingi, stary, poharatany niezliczonymi ostrzami kuchenny stół służący Polowi za biurko, na którym walają się jakieś rękopisy, stare kodeksy i leży całkiem nowy laptop... Myśli sobie, że dwieście lat temu przy tym stole pracował jakiś nieprzyjemny zielarz, jak ten, który padł ofiarą straszliwego mordu, z którego powodu spadły potem dwie głowy, ostatnie, jakie ucięto na tym zadaszeniu piekła, męska i damska, żeby ów finał wypadł sprawiedliwie, dla podkreślenia, że wszyscy, mimo rozmaitych różnic w swych losach, bujamy się na huśtawkach tego samego wesołego miasteczka.

Otwiera laptop, by się dowiedzieć czegoś o autorze poematu o tym chłopcu i mężczyźnie - jednym z wielu - którego fragment odczytał z bazgrołów Pola. Adam M-ski... A to jednak nie żadem Adam. Po śmierci Adama w 1911 roku dowiedziano się, że był kobietą i miał na imię Zofia. Zofia w pewnym okresie życia, w czasie wojny rosyjsko - tureckiej, nawet przebierała się za mężczyznę, u boku swego męża - oficera, co brzmi bardzo malowniczo... A tak poza tym żyła sobie w majątku na terenach dzisiejszej Białorusi, skryta przed światem, ale - dzięki talentowi do języków - szybująca w poetyckich przestworzach w towarzystwie Baudelaire'a, Byrona czy Lamartine'a, z literackim zaś światem Warszawy czy Krakowa utrzymująca kontakt jedynie za pomocą poczty, jako piszący własne oraz tłumaczący z wielkim wyczuciem i intuicją cudze wiersze mężczyzna... 

- Zatem komuś znów wyszła niezła sztuka - mówi do siebie Timo. -  Zofia jako Adam, wykastrowany Oliver jako ojciec, homoseksualny Mann jako patriarcha, któremu nawet przydarzyło się napisać Biblię w swym ironicznym spadaniu w głąb studni czasu... Nie inaczej ze mną, choć w jakże skromnym wymiarze... Muszę udawać kogoś, na kogo wyglądam, wiele lat już po wydobyciu mnie z trudami na ten świat przy użyciu próżniociągu.... Wydobyty, ale jakoś nie do końca urodzony...

Po pogrzebie miło spędzili wieczór, a żeby nie zatruwać się rozmową, na którą Timo jakoś szczególnie nie miał ochoty, Pol zdecydował się na głośną lekturę... Oznajmił, że zawsze to lubił robić: czytać, recytować... Myślał nawet kiedyś o aktorstwie, ale pod względem sprawnościowym raczej nie podołałby temu fachowi, bowiem niektóre mistyfikacje są jednak wyzwaniem dla człowieka i nie zawsze wystarczają li tylko recytatorskie umiejętności... - Od zawsze byłem jedynie starcem mogącym co najwyżej opowiedzieć rolę - rzekł. - Timo zaś musiał pozować na dorosłego, tylko tyle i aż tyle, a to udawało mu się jedynie tak migawkowo i zdawkowo, wobec czego sam był jak zjawa, podobna do tych, które czasem stawały mu przed oczyma. Szczerze ostrzegł Pola, mając poczucie, że jednak go to nie zrazi... - W każdym razie będę miał komu poczytać... - Na tych peryferiach nad peryferiami to dobre zajęcie, stwarzające przytulną bańkę, w której można się w przyjemny sposób postraszyć, bo lubimy to przecież robić... Trwając przy zdaniu, że jednak jak najbardziej trzymać się trzeba upiorów, przynajmniej gdy idzie o opowieści, wybrali się na literacką wędrówkę do jakże pobudzających wyobraźnię zakątków Pragi, jakby stworzonych wręcz dla wszelkich niesamowitości. - Bardziej może nawet wymyślnych od tych, jakie oferują tutejsze brutalne pustkowia - jak stwierdził Pol. - Wobec tego usiedli w kręgu światła i wpuścili w swe wnętrze Golema...

Prokop mu się teraz przypomina, nagle przejęty poruszonymi przez przeciąg wiszącymi paltami. Jest to zdumiewające, gdy nagle trzepoczą na wietrze zupełnie przecież martwe rzeczy. Naraz niewidzialną siłą wprawione w ruch. I przypomina sobie fruwające strzępy papieru na pustym dworcu. Wiatr wiruje, one razem z nim. Opadają na chwilę, a potem znów lecą, rozpryśnięte, i znikają za winklem. Tylko jakaś gruba gazeta nie mogła za nimi podążyć i bezradnie leżała, bez tchu i tylko z trudem łapała powietrze... I myśl, że może wszyscy jesteśmy takimi strzępami papieru i pomiata nami niewidzialny wiatr, nadaje nam kierunek, a nam się w ślepocie naszej roi, że idziemy za naszą własną wolą... Może to wszystko zagadkowy wir wiatru tylko?... Wiesz li skąd przybywa i gdzie idzie?

Czuje się jak Atanazy jakoś dziwnie odcięty od korzeni. Skąd on i kto to i owo mu wpoił?... A właściwie nie... Bo przecież nic nie potrafi i nic nie myśli... Zdanie zawsze jakieś się zjawia naprędce... Może jest i jak ta gazeta, napchana treściami, sieczką... Albo raczej jak wyrzucony i zwinięty w kulę karteluszek, bardziej pokryty bazgrołami niż jakąś czytelną treścią. Leży gdzieś z boku, trudny do poruszenia... Miast być spalonym, przez omyłkę znalazł się na bruku. Może by i nawet chciał polecieć z wiatrem, myśląc, że to jego najosobistsza wola, ale musi leżeć albo poruszać się niespiesznie, nieporęczny dla wiatru, który wieje mimo obojętnie... Tak, pewnie by i Jung powiedział, że nie do końca się urodził, jak pewna dziewczynka nękana przez demony i mitologiczne sny. Tamta jednak przynajmniej szybko umarła, jako swoiste niedopatrzenie i straszydło, na co Timo też miał w sumie szanse, ale jakaś siła kazała mu chwytać ciągle za ręce, które nieproszone się doń wyciągały. W sobie ma tylko chaos, jakby był tylko zapiskiem, recepturą na zawartość kotła czarownicy, z którego dusze poszczególne dostają po odrobinie, po jednym wypichconym demonie, co hula wypuszczony z innymi na świat, mając na oku konkretny strzępek, któremu daje swoją świadomość... Wszystko gdzieś tam naszykowane, czekające na sposobność, by przejrzeć na ludzkie oczy dla jakiegoś dziwnego kaprysu, i ciekawe nawet, czy któryś zdoła podejrzeć czarownicę, której sam wcześniej widzieć przecież nie mógł... Jedna rzeczywistość, bezlik koncepcji, ważnych i nieważnych, stale powoływana do istnienia, z niedocieczoną tajemnicą, jako barierą przed trywialnością... Jaką bzdurą jest wszak wszystko to, co nią nie jest...

Więc leży sobie teraz jak zwinięty w kulkę tajemniczy papier. Wydawać by się mogło, że wystarczy ten zwitek rozprostować i odczytać jego zawartość, ale próżny trud. Sam dla siebie jest zagadką, mogącą bełkotać tylko, bajać, opowiadając o tym, co też jej wskakuje w pole widzenia, a wszystko to jak mary senne przedzierające się w sfery, w których widziane być nie powinny... Sam jakby głównie pod wpływem był sił, co jeszcze nie posiadły ciała względnie już je straciły... 

Siedzi skulony przy ścianie ze szkła, żywy, nieurodzony, nie wie, po co... Dość tajemniczości w świecie, więc po licho on jeszcze z tym metafizycznym błockiem, z którego dziwy jakieś się wyczarowują, choć nie tędy dla nich droga... Wyssana na porodówce pomyłka, którą może dostrzeżono i skazano na śmierć, by nie wprowadzać nadmiernego i niepotrzebnego zamieszania - tymczasem pośród rozkwitłych na świecie wartości, ktoś wierzył, że walczyć trzeba o każde istnienie, nawet gdyby miało być z tego tylko wymagające nieustannej opieki warzywo... Miast warzywa pojawił się wyrzucony papier, którego nie zasiedliło nic, a jednocześnie jest w nim wszystko, co wcale nie jest powodem do zarozumialstwa... A poza tą papierową metaforą pałubą jest tylko, próżnią powitaną... Ale może jest jakiś konkret, gdzie ten ledwie trzymający się powierzchni idiotyzm ma do wykonania zadanie...

Timo uśmiecha się... - Bez pieniędzy niechybnie trafiłbym do wariatkowa... Tym bardziej, że nie chcę się bawić w sztukę...

Dwa światy. Od południa widać w narastającym mroku snop świateł - to Pol wraca z drugiej strony zatoki; był na zakupach w markecie, żeby było czym zapełnić domową lodówkę. Od północy zaś na koniku popiernicza sobie Pal. Chudzielec z niego, mimo chłodu rozchełstany, z kręcącymi się włosami, którym przydałby się już fryzjer... Timo zanurza palce w swoją niesforną czuprynę i to samo konstatuje w odniesieniu do niej... Palowi pewnie przypomni o tym Edda, która stale pilnuje brata, by się nie osuwał w zapuszczenie... Zdaje się, że ciągle też przypominać mu trzeba o świeżej bieliźnie i świeżych skarpetach... Timo sam musi tego pilnować i za każdym razem odstępuje od krawędzi... Stosunkowo nowy świat koni mechanicznych naprzeciw świata odwiecznego tutaj, z końmi żywymi... Dzisiaj to już rekreacja, ale też i zabezpieczenie na wszelki wypadek... Gdyby nagle wszystko stanęło, jest ciągle dość koni, by się na nich przemieszczać i by na inne sposoby korzystać z ich siły, koni o krwi najczystszej, co wspaniałym są, stale odnawiającym się zabytkiem, żywym wspomnieniem o średniowiecznych osadnikach...

Timo obserwuje mężczyzn. Chudy Don Kichot na małym koniku i Sancho Pansa... Pol nie jest zbyt mały i krągły, choć brzuszek mu się powoli zawiązuje i ku piersi niewieściej ma się jego sytuacja na bladej klacie... Rozmawiają. Don Kichot nie zsiada z konia. Na coś pokazuje, na coś ponad miasteczkiem, które zaczyna migotać swoimi światełkami. Naraz obraz coś przesłania... Coś jakby jego lustrzane odbicie, ale nie zapalał światła, więc nie spotęgował ciemności na zewnątrz. Nie, to nie on. Coś na zewnątrz przylgnęło do szyby, coś o ludzkim kształcie, choć trudnym do opisania. Jakaś rozmazana postać, coraz wyraźniejsza. Timo przylega do szyby i zachowuje się tak, jakby to on był odbiciem lustrzanym tamtej istoty, powtarzając jej gesty: unosi w górę swoją prawą dłoń i przykłada ją do szyby, przywiera też do niej piersią i twarzą. Tuż przed nim to coś otwiera szeroko usta, jakby w niemym krzyku. Otwarte są jak czarna czeluść. Otwiera więc swoje i taką przeraźliwie rozdziawioną gębę dociska do szyby.

Widać go trochę w wieczornej ćmie. Akurat w tym momencie siedzący w siodle Pal rzuca okiem na okno, w którym zamajaczyła mu postać Tima, jakby wzywająca pomocy i chcąca wydostać się z pułapki. W odpowiedzi na gest mężczyzny w oknie tak samo podnosi rękę, na znak, ze go dostrzega.

Timo widzi teraz tylko rozmawiających Pola i Pala i szybko odkleja się od okna przyłapany w tej idiotycznej i pewnie trochę strasznej pozie.

Pol też go zobaczył, bo zaraz jak Pal podniósł rękę, powiódł wzrokiem w jego stronę...

- Co tam się dzieje?

Pol też pomachał. - Może już się za mną stęsknił.

- To nic, ruszam już. Drengur przyniósł mi rano te króliki.

- Tak?

- Mam ich szukać.

- Tylko uczciwie.

- Trochę mnie nastraszył ten twój nowy przyjaciel...

- Rzeczywiście, trochę niesamowicie wyglądał w tym półmroku.

Koledzy żegnają się. Pol drapie jeszcze konika po czole. - Do jutra zatem.

- Do...

***

- Aleś straszliwie wyglądał w tym oknie. Po ciemku siedzisz?

- W myślowych miazmatach.

- Jak trzeba, to trzeba...

Przez zapalone światło w salonie mrok na zewnątrz zgęstniał. Timo znów unosi rękę i otwiera usta, widząc teraz swoje odbicie... - Straszliwie, istotnie...

Pol przygląda się Timowi. - Jutro trzeba będzie załatwić kilka formalności.

- Jak to słodko brzmi teraz.

- Proza życia.

- Winienem ci za to podziękować.

- Bardzo jest mi miło. Wszystko w porządku?

- Nie zaprosiłeś Pala?

- Jedzie szukać królików.

- O.

- Niech go zajmie trochę sztuka.

- To dobre, myślisz?

- Mam nadzieję.

- Ja też wpatrywałem się w obraz. Ma jakąś siłę przyciągającą. Może poprzez ten literacki kontekst... Ale w gruncie rzeczy dotarło do mnie wyraźnie, nie po raz pierwszy naturalnie, żem znikąd... Z jakichś pustych zupełnie chwil, i wkoło tylko sami nieznajomi właściwie... Żywi i umarli...

- No, my się już troszkę znamy...

- Tak - odpowiada Timo, nagle trochę roztargniony.

- Może pomożesz mi rozpakować rzeczy? Masz ochotę na łososia?

- Tak, chyba tak...

- No, lodówka jak w zamieszkałym domu będzie wreszcie...

Pol udaje, że wszystko jest w porządku, ma jednak wrażenie, że Timo lekko się w siebie zapadł. Coś wyraźnie jest nie tak, ale dla świętego spokoju nie drąży tematu... Bierze się natomiast za rybę, a także odkorkowuje butelkę kalifornijskiego wina...

Timo zaś odświeża się w łazience...

CDN

Cyt z: Adam M-ski, Jeden z wielu, W. L. Anczyc, Kraków 1890 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Jóhann Sigurjónsson. Fjalla-Eyvindur

Moc śnieguły, czyli duszpasterstwo koło lodowca

Na nieskończonej. Steinn Steinarr

Jonas Lie. Eliasz i draug

Lokasenna, czyli pyskówka na górze albo kto jest bardziej niemęski

Kreml

Bukolla. Opowiastka islandzka

Den kjøttetende hesten, czyli mięsożerny koń. Svalbardzkie historie Sundmana