Z czasów ostatnich

Tak to czernieje ta gwiazda od dziesięciu już lat. Aż tyle ich minęło od wydarzenia... Bo każda nowa płyta Bowiego była wydarzeniem, żadna nie mijała bez echa... A gdy upłynęły jeszcze dwa dni, wydarzenie nabrało nieprawdopodobnej wagi, a interpretacje całości stały się bardziej jednoznaczne... Wypadło z tego pożegnanie, zrobione w porę, ułożone na piątkę z plusem, bo na sam koniec David zdołał nagrać jedną z najlepszych płyt w swojej karierze...

Śmierć zawsze kiedyś musi przyjść, zawsze nie w porę, bo zawsze też ktoś o ten jej czas będzie miał do losu pretensje, ale ten los sprzyjał o tyle, że artysta mógł także ze swojego odejścia, odejścia jednak na własnych warunkach, zrobić niezwykłe dzieło sztuki, wysmakowane, pełne poezji i oryginalnych brzmień...

Ciągle potrafiący wynajdywać siebie na nowo... Tu i major Tom znalazł swój kres, a jednocześnie zjawiła się zagadkowa postać o oczach z guzików... Temu pomysłowi, tej wizji na koniec zapragnął jeszcze dać życie.

Bowie często zaczynał jakby od nowa. Zmieniał miejsca, style, współpracowników. Brał przy okazji świat garściami, bez skrępowania, i z tych zdobyczy lepił własne dzieła, a czasem arcydzieła... Sam mawiał, że artysta to istota dość dysfunkcyjna, łakoma, trochę jak taki węszący wszędzie zwierzak, który idzie naprzód, ale co chwilę koncentruje się na czymś innym... Uczniak z zaburzoną koncentracją wylądował w końcu w szołbiznesie - jak to opowiadał. Szybko się nudził i zaraz rozglądał się za czymś nowym. Tak było i tym razem. Więc zmieniło się wszystko, a jednak nie zmieniło się nic... W 2014 do obszernej składanki swoich przebojów Nothing Has Changed dołączył, na swą artystyczną starość orientujący się na jazzowe i nawet takie big bandowe klimaty, premierowy numer Sue (or in a Season of Crime) nagrany we współpracy z Marią Schneider, z którą jeszcze chciał pracować, niestety kalendarz kompozytorki był po brzegi wypełniony, więc wpadła na pomysł, żeby zaproponować mu współpracę z zaprzyjaźnionymi młodymi muzykami, co się okazało strzałem w dziesiątkę, a dla grających jazz chłopaków była ta współpraca jakimś niesamowitym darem od losu, bo, jak się okazało, wzięli udział w czymś absolutnie wyjątkowym i historycznym... Bowie nie chciał ze swojego dotychczasowego zespołu robić jazzmanów, choć pewnie by temu podołali, wolał, żeby jazzmani pobawili się trochę w rockmanów, uważając, że to będzie ciekawsze, że idąc z przeciwnych stron, spotkają się muzycznie w jakimś interesującym miejscu... Efekty znamy i zachwycają one do dziś, i tak pewnie będzie jeszcze długo, bo to, jak i cała reszta, się gdzieś tam ostanie, bo pewne legendy nie znikają tak całkiem... Zawsze gdzieś tam są Lennon, Elvis, Freddie... do nich dołączył dziesięć lat temu David Bowie...

Choć Bowie dość niepokojącego nabrał wyglądu, jakoś chyba nikt nie dopuszczał myśli, że może być aż tak źle... Tymczasem ta czarna gwiazda zjawiła się w przestrzeni publicznej jak taka klepsydra, tyle że z wyprzedzeniem. I tak z wiadomością o śmierci fani osłupieli na moment, by po chwili zacząć pojmować całe to finalne i jakże oryginalne przedsięwzięcie. Swoje osobiste sprawy zachował dla siebie i swoich najbliższych, wszystko to, czym karmić się lubi plotkarski świat; chociaż mnie osobiście - mimo że tak całkiem nie stronię od plotek - prywatne życie Bowiego nigdy nie interesowało, nawet patrzyłem na niego całkiem aseksualnie - ważne było dla mnie tylko, co ten niewielki wzrostem człowieczek o fascynującej twarzy, zawsze w fajnych ciuchach, przetwarza w swym twórczym, chłonnym umyśle... O sobie mówił, że jest takim zbieraczem... Był lustrem, magicznym, przetwarzającym na swój sposób rzeczywistość, a my mogliśmy zaglądać tam i słuchać, słuchać muzyki i zastanawiających słów... Przejrzała się w tym lustrze i śmierć... Ale nie ma tam jakichś medycznych procedur i żadnego raka... Obok tego trwało twórcze życie, zajęte swoim fachem... Bezsilne wobec umierania, ale silne na tyle, by z klasą rozstać się ze światem i z nami, co jeszcze na jakiś czas na nim pozostajemy...  

Sam postawił sobie wspaniały pomnik. Nie nagrobny on, tylko płytą jest wirujący, żywy na tyle, by móc odmierzać czas, ciągle i ciągle, ten, który upływa nam i który możemy sobie ozdobić dźwiękiem i refleksją...

Umarł David Bowie, lecz śmierci zagrał na nosie i nie pozwolił, byśmy się wygłupiali z pogrzebowym smutkiem... Zwrócił naszą uwagę na sztukę, a bycie uważnym, to być żywym, a nie zmartwiałym w rozpaczy... Choć tam - jak mówił Visconti - pobrzmiewają głosy chóru szkieletów... A że jest dreszcz... Takie to życie... 

Przemijamy, ale w tym przemijaniu ciągle jest coś na stałe... 

Zmienił się świat od tamtego czasu. Bardzo. Jakiś taki on szykujący się na lichy los... Tamten jakby rozchodzi się takim niknącym echem, rozpływa się szeroko, by się rozproszyć i ustąpić czemuś skrajnie odmiennemu... Tak jak ta piosenka, ulatująca echem, w które raptem wchodzi taki sobie sztuczny beacik... 

Więc David Bowie, z płyty Blackstar, Dollar Days: 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Jóhann Sigurjónsson. Fjalla-Eyvindur

Moc śnieguły, czyli duszpasterstwo koło lodowca

Na nieskończonej. Steinn Steinarr

Jonas Lie. Eliasz i draug

Lokasenna, czyli pyskówka na górze albo kto jest bardziej niemęski

Kreml

Bukolla. Opowiastka islandzka

Den kjøttetende hesten, czyli mięsożerny koń. Svalbardzkie historie Sundmana