Something happened on the day he died
Tak to dziesięć lat temu gruchnęła wieść o śmierci Davida, ledwie dwa dni po jego 69 urodzinach i po ukazaniu się płyty Blackstar... Wszystkie te mroki, symbole, niepokojące obrazy z ostatnich wideoklipów oraz to, co wplótł w wyśpiewane słowa, miały - jak się okazało - związek z jego osobistą sytuacją.
Był niesłychanie dzielny, całkiem oddany pracy, liczył, jak zawsze, na jej efekt, a ten był piorunujący i do dziś wali po łbie, i jeszcze będzie tak robił długo, długo, myślę...
To było jego spotkanie z kresem, a także z siłą, dzięki której zawalczył o sztukę, oraz z bezsilnością wobec jednak bezlitosnego wyroku. Nie dało się zrobić nic, tylko żyć do końca, po swojemu, tak jak było zawsze... Kiedyś udawało mu się ratować niemal u krawędzi, tym razem natomiast już musiał poza nią wypaść - taki los śmiertelnika, który się musi kiedyś zdekomponować, po nawet najsprawniej skomponowanym istnieniu pozostawiającym trwałe ślady - acz zdołał na niej wykonać nie lada taniec, z przygrywką jak marzenie...
Mity, symbole, rytuały; drepczemy wokół śmierci dość jednak bezsilni. Coś sobie roimy... Ale te oczy z guzików, prawdziwe zaś zasłonięte jak w ciuciubabce...
Wyjątkowy artysta, który zdołał także ze swojego umierania zrobić fenomenalną sztukę, nie przytłaczając nas swoim cierpieniem, tylko żegnając się z nami i z życiem w mroczny momentami, acz wyrafinowany sposób... Jeszcze wtedy, dziesięć lat temu, trzymaliśmy w rękach świeżutką płytę, z rozbudzoną ciekawością od czasu jego obiecującego powrotu wraz z krążkiem z 2013 roku The Next Day, na którym udowodnił, że ma o wiele więcej do zaoferowania niż tabuny młodych gwiazdek, spragniony na nowo - jak nas zapewniał - nagrywania kolejnych rzeczy, ledwie pobieżnie zaznajomiliśmy się z zawartością tej najnowszej, by chwilę potem mieć w niej starannie skomponowany artystyczny testament, który nadał rytm przeżywaniu straty... Pamiętam, jak przyszedłem z tą płytą do domu, odfoliowałem ją, otworzyłem ten kartonik z gwiazdą i z ukrytym w graficznych gwiazdkowych odpryskach jego nazwiskiem, i pamiętam pierwsze pytanie rzucone natychmiast: Jezu, czemu to takie czarne jest?... Dwa dni później już to nie było takie dziwne, tylko jakiś dreszcz człowieka przeszył...
Smutna to była wiadomość, bo też i z nią dotarło, że moje życie, ocalone, traci na dalsze lata akompaniament... Znaczy się, zostaje to, co przez lata nagrał, lecz niestety na nic nowego liczyć już nie można... A nabrał takiego ciekawego rozpędu po tej swojej drugiej młodości a potem po dekadzie cichej prywatności, w której po prostu cieszył się życiem, swoim i swojej rodziny. Brakło niestety czasu... I tym większa strata, bo głowę miał pełną pomysłów, także związanych z teatrem, którym zawsze się przecież interesował...
Mało kto wiedział o jego chorobie, więc tym bardziej wieść o jego śmierci była szokująca... Nie raz Bowie potrafił zadziwić, a nawet wprawić w osłupienie, i na koniec też mu się udało... Nie pamiętam, by któregokolwiek artystę żegnano tak powszechnie, z takim rozmachem... Spadła gwiazda w codzienne sprawy z kunsztownym impetem... Wszędzie jakieś wzruszające gesty... Na berlińskiej wieży wyświetlane cały dzień pożegnanie... Mnóstwo wzruszenia na świecie, wyznań, że David Bowie niejednemu i niejednej ocalił życie... Wszędzie właściwie wiadomość dnia i serwisy informacyjne pełne wspomnień, obrazków... Sam na świecie pojawiłem się w ciemnej dupie i ten odkryty w szczenięctwie Bowie jakoś mnie zdołał przekonać, żeby nie poddawać się, przynajmniej nie tak od razu... Wśród ocalonych są wcale ważne dziś postaci, jak choćby Boy George czy Toyah Willcox, która do dziś nie kryje łez, gdy mówi o tych rzeczach sprzed dekady...
Bez wątpienia to jedna z najbardziej wpływowych postaci XX wieku, ikona. Można w wielkim skrócie powiedzieć, że potrafił ośmielać ludzi, by mieli odwagę marzyć i żyć na własnych zasadach, więc w ten sposób jakoś odmienił świat...
Jakże to się zaraz wszystko przewaliło przez sceny. Każdy, kto wtedy coś tam akurat wołał w mikrofon, musiał zaśpiewać jakaś rzecz z repertuaru Bowiego, od Madonny po Stinga, doceniając wagę zmarłego twórcy, no i skrzyknęły się różne grupy, by i ten nowy materiał dać na żywo publiczności... Można powiedzieć, iż doszło do dużej mobilizacji na estradowym froncie...
Taki to jeszcze tryumf eleganckiego Bowiego. Na swoją nutę poruszył gardła, usta na różnych ustnikach i palce na klapkach i klawiszach, i łapki uzbroił w pałeczki, by zabębniły. Bardzo to wzruszające w swym bogactwie, w dobrej oprawie...
Tak że przy tej wspominkowej okazji przywołam tu taki tribute band z Italii, Aladdin Insane, którego występy wydały mi się interesujące. Rzymianie zrobili dobrą robotę:
Przemawiają tylko duchy pamiętane, w pamiątkach i głosem tych, co chcą pamiętać:
Blackstar:

Komentarze
Prześlij komentarz