Pięćdziesiąt lat Station to Station
Pięć lat temu wspominałem o tej płycie, gdy miała lat czterdzieści i pięć... A teraz się zaokrągliło do pięćdziesiątki. I oto człowiek dożywa co rusz do jakichś półwieczy czegoś, co powstało już za jego życia... I to będzie narastać.
Nie ma co już dodawać do tego, co naklepałem pół dekady temu... (Jakże się z wiekiem szasta okresami... Cóż za nonszalancja długowieczności... Tak piszę - długowieczności, bo na ziemiach, na których się aktualnie znajduję, jeszcze nie tak dawno temu chłop żył średnio dwadzieścia siedem lat... Z naszego punktu widzenia to malutko, ale jak się tak teraz zastanawiam, to ja, mając lat dwadzieścia siedem, znałem już właściwie wszystkie smaki życia i jego atrakcje, po których mógłbym w zasadzie wznieść oczy do nieba z pełnym politowania wyrazem, i zadać pytanie: Really?... No, troszkę może przesadziłem, bo jednak nikt mnie nie łamał kołem ani nie wyrywał paznokci, ale i tak w rozdaniu nie najlepsze karty mi przypadły w udziale, szczęśliwie w czasach jednak nie nazbyt okrutnych)...
I tak sobie dalej płynę z latami, nadmiarowymi, pośród zjawisk, które się starzeją i takich, których starzenie się omija...
Muzyka jest wiecznie młoda, i choć sama odmierza czas, jej samej to nie szkodzi... Wraca i wraca...
A płyta Station to Station odliczyła mi tego czasu mnóstwo... Gdybym miał tworzyć ranking albumów Bowiego, ten krążek ma u mnie zarezerwowany numer jeden...
Thin White Duke. Kolejna persona, która mi pod względem estetycznym niezwykle pasowała... Chudzielec... Sam nim byłem w szkolnych czasach - momentami patyczak. I jeszcze na dodatek mnóstwo miałem włosów, z których teraz - właściwie od pandemicznych czasów - praktycznie zrezygnowałem - pianka, nożyk, i dość tego... Ale w szczeniackich czasach lubiłem nosić takie à la Bowie' 76...
W połowie lat siedemdziesiątych Bowie poflirtował trochę z soulem, z powodzeniem wielkim (nawet sam król James Brown pożyczył sobie jeden riff od niego) i Station to Station była z jednej strony kontynuacją tej muzycznej orientacji z Young Americans, a z drugiej już tworzyła pomost do nowych poszukiwań oraz do nowych miejsc, już poza Ameryką, no i do odwyku, bardziej na Ziemi...
Station to Station to kalifornijska przygoda, bardzo zakokainowana, robiona na jakichś nieprawdopodobnych obrotach, bo znarkotyzowany Bowie potrafił nie spać tygodniami. Podobno niewiele z tamtego okresu zapamiętał... Było to jakieś doświadczenie bycia na krawędzi, wyniszczania siebie... Ponoć Iman mówiła, że David, wiedząc już, że śmierć jest gdzieś obok, potrafił się z tym mierzyć, mając na względzie właśnie niegdysiejsze doświadczenia, kiedy to żył, nie bardzo troszcząc się o to, czy będzie istniał nazajutrz... I osobliwe to, że w takich granicznych momentach nagrał dwie absolutnie genialne płyty, na dodatek - mimo gatunkowych różnic - bardzo podobnie skonstruowane. Bo takie są Station to Station i Blackstar...
Kontrowersyjny Bowie. W siedemdziesiątym szóstym jeszcze w klimatach rodem z Nietzschego i Crowleya, w kabałach, okultyzmach... Chłodny książę rozprawiający o faszyzmie i Hitlerze jako pierwszej rockowej gwieździe... W sumie to nie takie od rzeczy, bowiem Hitler był tym nowatorskim geniuszem, co potrafił z niebywałym talentem rozbujać nienawistnie cały naród, przy całej swojej lichej posturze... Przypominam sobie, jak Ingmar Bergman opisywał swoją wizytę w hitlerowskich Niemczech w młodzieńczych latach, w ramach jakiejś tam szkolnej wymiany - brał raz udział w politycznym występie Führera i poczuł, jak i jego ogarnęła fala idiotycznego entuzjazmu - darł się i hajlował na równi ze zgromadzonymi rzeszami... To uzmysłowiło mu, jaką siłę ma estrada, jaką siłę ma człowiek nią dysponujący do umiejętnego korzystania z chwili, by się przekonać, jak wspólnototwórcze może być zło albo i dobro, choć to pierwsze zawsze więcej ma powabu, bowiem też i - przy wymyślonym wrogu - łatwo mu przywdziać szatki dobra, wszak idzie mu przecież o obronę jakichś tam ustalonych wartości, choćby najbardziej niedorzecznych...
Można się upoić... Dla Bowiego było to trochę przerażające w pewnym momencie, ten rodzaj władzy estradowca... Mógłbym się stać pieprzonym Hitlerem... Chciał sławy i rozpętał wokół siebie wrzawę, budząc względem swojej osoby często skrajne emocje... To też dawało mu energię, by w swym twórczym życiu raz za razem wykręcać się z tego, w co się przed chwilą był wkręcił, ufając, że jak się na coś rzucają tłumy, to jest to moment, by zaraz się od tego oderwać, bo coś tu po prostu groźnie nie gra... To jest rodem jakby z Oscara Wilde'a, który uważał, ze najlepiej było wtedy, gdy nikt się z nim nie zgadzał, bo już jak się zaczynały z nim zgadzać co najmniej trzy osoby, nieodmiennie dochodził do przekonania, że się był pomylił...
Station to Station to kolejna w karierze Bowiego zapowiedź wielkiej przemiany. To arcydzieło z traumatycznego czasu, ze świata ścigających go demonów, w wizerunkowych stylizacjach inspirujących do dziś, bo choćby twórcy filmu Oppenheimer w kostiumologicznym obszarze wiele zaczerpnęli z estetyki Szczupłego Białego Księcia...
Energia, rytm, czasem patos, który w żadnym wypadku nie razi... Rozum i taniec, jak napisał ktoś kiedyś w jakiejś recenzji... I trochę wołania o pomoc, jak to sam David opowiadał...
Tu tytułowy numer live, z 1978 roku, którego można posłuchać na koncertowej płycie Stage...
David Bowie:
Komentarze
Prześlij komentarz