Nic takiego, Timo (15)



 

Meeee przeciągłe się rozległo, tak głośne, że Tima od razu poderwało z ziemi. - Jezus!... 

- Prosto w twarz. Przypadłeś jej do gustu - powiedział ubawiony sytuacją Vernick, cały uwalany, podobnie zresztą jak Timo, przez cmentarną florę.

- Co?

- Koza, kózka, tam...

Rzeczywiście - koza, która teraz, przeląkłszy się reakcji Tima, patrzyła na nich z dystansu. Jeszcze raz wydała z siebie głos, poruszyła ogonkiem i na powrót przystąpiła do raczenia się zielenią, zielenią cmentarza, bo właśnie wśród niej, u stóp nagrobnego kamienia wylądowali obaj po popijawie u Jana, wylądowali ku wielkiemu zdumieniu Tima...

- Ale to dobre miejsce na zmartwychwstanie. Sam się na ten cmentarz uparłeś zresztą...

- Czyżby? O Boże, czuję się jak najostatniejsza ściera... Upiłem się, i zgniłem... Błeee...

- A my na dachu Valhalli, witani przez miododajną kozę... Obserwowałem ją. Bardzo ją zaciekawiliśmy. Krok za krokiem zbliżała się do nas, aż w końcu podeszła i zameczała ci prosto w twarz. Figlara... - powiedział Vernick i przeszedł zaraz do recytowania eddaicznego tekstu: - Heidrun zwie się koza, co na Odina hali stoi i laerad z liści ogryza, naczynie ma jasnym miodem wypełnić, nie braknie nigdy napoju... No i jest... - Plecak przeznaczony na zakupy pobrzękiwał teraz butelkami, którymi został w samotni Jana napełniony. - Wprawdzie nie miód, ale napój jasny, o miodowej barwie. - Psyknęły kapsle...

- Dobre i to - przyznał Timo i łapczywie przyłożył butelkę do ust. - Więc ja się na to uparłem?

Vernick pokazał ręką na pobliski kościół, stary, biały, z wieżą jak zaostrzony dobrze ołówek. - Mówiłeś, że cię pasjonuje architektura sakralna. To tylko pijackie zamiłowanie, czy jest podobnie na trzeźwo?

- Na trzeźwo też.

- Rozumiem.

Kózka znowu się nieco zbliżyła. Ale nie była już taka zuchwała.

- Że też mi prosto w ryj krzyknęła. Przecież to można się porobić w gacie od czegoś takiego.

- Dobry znak, będziesz żył! Koza to samo życie.

- I tu poległem?

- Niepotrzebnie żeśmy mieszali trunki. Ale to jak z popędem - rwie hamulce, i tyle...

- Przynajmniej nam nikt kajdanek nie założy.

- A już byłeś blisko. I to na trzeźwo.

- Trochę jednak upojony.

- Oj... Ale poległeś kawałek dalej. Narzygałeś tam sporo, więc cię tu przytachałem, na ten uroczy trawiasty grobek. I trochę wykorzystałem sytuację.

Timo odruchowo zerknął na rozporek.

- No nie aż tak. Po macierzyńsku cię tuliłem i gapiłem się na świt, głaszcząc cię po głowie i roniąc łzę. Drapiesz jak papier ścierny. Szybko ci odrastają...

- Jedną łzę?

- Jedną. W tym względzie nie jestem rozrzutny. Stary jestem...

Stuknęli się butelkami.

- Rzeczywiście siedzimy na grobie... Może to głupio tak...

- Mogiłce to nie zaszkodzi.

- Synnøve Omre...- przeczytał Timo. - To dziewczę ze słonecznego wzgórza umarło na dzień przed inwazją hitlerowców... Hmm... Synnøve. Miała ledwie szesnaście lat...

Paul pokiwał głową i pociągnął kolejny łyk z butelki.

- Nawet nie wiem czy to sprawiedliwe, czy niesprawiedliwe... Ja żyję o wiele dłużej, i zawsze z niechęcią - dodał po pauzie Timo. - Więc nie powinienem żałować tej tu, tylko zazdrościć...

- Pocieszamy się przecież, że tam gdzieś lepiej. Jak u wojów w Valhalli, gdzie tylko sportowe przepychanki i miodek z cycka czarodziejskiej kozy... No, chodź do nas - powiedział Vernick do przyglądającego się im ciągle zwierzęcia...

Koza zameczała. Zameczał i Timo. Znów uczyniła to koza... Mee - meee - nawiązali prawdziwy dialog... Podeszła bliżej.

- Zwierzęta cię chyba lubią - zauważył Paul.

- No tak, psy zazwyczaj merdają ogonami, a koty wskakują mi na kolana.

Meee - Stała naprzeciwko Tima, kręcąc pyszczkiem. Patrzyła chwilę, a potem znów wróciła do posiłku.

- Dziwne, ale gdy patrzę na groby...

- To co?

- To dopiero wtedy myślę o człowieku, o tej całej jego duszy, że o czymś tam sobie myślał, marzył... Większość to naturalnie, jak powiadał Schopenhauer, fabrykaty natury, więc to wszystko bez znaczenia. Ciągle to samo przychodzi, więc chyba za bardzo nie ma co wytężać swojej wyobraźni. Na żywego patrzę inaczej. Zwracając uwagę na fizyczność, kompletnie zapominam o duchu. Gdy zjawia się duch, człowiek od razu traci atrakcyjność. Jest ledwie jakimś nosem. Nic mnie nie obchodzą pojedynczy ludzie, chyba że mają jakieś cielesne pragnienia, którym potrafię sprostać. A potem wynocha, do stada... Pewnie mógłbym biegać wokół po dyktatorsku z kijem odmierzającym niezbędny dystans - poganiałbym stado; wszyscy by się mnie bali, a ja bałbym się wszystkich. Bo jak już straszyć to wszystkich naraz. Bo pojedynczo? Dlatego tak mi się przykro zrobiło, gdy wypłoszyłem kasjera ze sklepu. Bo tak detalicznie komuś zawracać głowę... Oczywiście to wszystko z braku poczucia jakiejkolwiek większej wartości. Nie sądzę, abym mógł zadowalać ludzi w głębszym sensie... Ale martwi mnie poruszają... Aż życzyłbym im zmartwychwstania... Ciągle właściwie przemawiają do mnie zmarli, choć poprzez pamiątki, które pozostawili żyjąc... Cholera, takie moje przeznaczenie. Wedle tego właściwie przybyłem na czas...Choć chciałbym jeszcze raz mu spojrzeć w oczy. W ten błękitny strach...

Vernick położył się na plecach. Całkiem rozgościł się nad dawno wygniłym ciałem Synnøve, której los nie pozwolił być świadkiem doniosłych politycznych wydarzeń...

- Jak to pisał kiedyś Olav H. Hauge... Oto sen, o który się modlę, żeby się coś cudownego stało, żeby było tak - iżby otworzył się czas, iżby otwarło się serce, iżby otwarły się drzwi, iżby otwarła się góra, żeby wytrysnęła krynica, żeby się sen otworzył i rankiem poniosła mnie fala wcześniej mi nieznana...

Timo mocno zacisnął oczy. Z grymasem, jakby się śmiał. Przez zamknięte powieki przeciskały się łzy.

Vernick usiadł obok Tima i ujął w swe dłonie jego twarz. Timo ciągle trzymał swe źrenice za zasłoną. Przylgnął do niego czołem, do jego czoła... Timo otworzył w końcu błękitne szkliste oczy. - Byłbyś wtedy jak Peer Gynt pędzący w odmęty jeziora - powiedział Paul. - Nawet jest koza. - Zaśmiał się Timo. Rychło jednak śmiech znów przemienił się w płacz, a ten przeszedł w szloch...

Posiedzieli jeszcze trochę na grobie i wypili po dodatkowym piwie. - Za spokój duszy. - W przeprosinach za zarzyganie terenu... Stuknęli się butelkami. - Na nowo się upijemy. - Ee, to słabe, miast w głowę idzie tylko w pęcherz...

Wysikani pozbierali butelki, pożegnali się z miododajną Heidrun i ruszyli w dół, ku miasteczku.

- Opuszczamy trawiaste dachy Valhalli, bo czas nam wracać do żywych... Wstąpimy chyba do gospody, żeby Oleg nasmażył nam dobrych jajek.

Dzień był  piękny, świetlisty, z lekkimi powiewami wiatru, w których migotały na słońcu listki brzóz o dramatycznie pokrzywionych pniach. Po kwadransie doszli do szosy i pierwszych zabudowań... Przystanęli koło jednego z nich, bo Vernickowi ukłoniła się zza białego płotu jakaś kobieta zajęta pieleniem ogródka. Dłonie chroniła ubrudzonymi ziemią żółtymi gumowymi rękawicami. Miała trochę wystające zęby, a na nosie okulary w dość już niemodnych oprawach, co upodobniało ją do postaci z dziecinnej bajki, do jakiejś - dajmy na to -  nobliwej pani szczurkowej, przyjaciółki pana nutrii i pani piżmakowej... - Zaraz uwolni dłonie z rękawic i pobiegnie zrobić herbaty dla wszystkich gryzoni w okolicy... - pomyślał sobie Timo i również grzecznie się ukłonił. Razem z Vernickiem nie przedstawiali zbyt olśniewającego obrazka, bo wyglądali tak, jakby tu, pod ten płot, sturlali się właśnie po zboczu, co nie uszło uwadze urękawicznoionej, gryzoniowatej ogrodniczki.

- Mam nadzieję, że wszystko w porządku, panie Paulu.

- Jesteśmy po srogiej batalii. Ale jak pani widzi, do Valhalli nas jeszcze nie wzięli. I trochę sobie popłakaliśmy. To nawet dobrze człowiekowi robi.

- To takie przykre. I ciągle nic nie wiadomo.

- Być może, droga pani, tu się już druga wojna skończyła. 

Pani szczurkowa nie bardzo wiedziała, co Paul miał na myśli, bo też i nie znała sekrecików lalczynego domu Marie z Bakken. Na swój sposób dziś już niewinnych sekrecików. Naturalnie niewinnych w tej starczej, samotniczej odsłonie. Bo poza tym upiorów przecież nie brakowało, o całkiem krzepkich ciałach.

- A my z mężem wreszcie jedziemy do Indii - zmieniła temat pani szczurkowa.

- To wspaniale.

- Zawsze o tym marzyliśmy.

- A marzenia trzeba spełniać, póki czas i siły.

- To prawda.

- Będzie pan w telewizji niedługo - dodała po chwili.

- Maczałem w tym palce. To taka niedogodność dzisiejszych czasów... Chociaż jak się poczyta Schopenhauera o znaczeniu fizjonomii, to oczywiście wszystko jest jasne... Ja na pewno nie obejrzę...

- A ja z chęcią.

- Bronić pani tego nie mogę. Choć objawiam się w bardziej malowniczych charakteryzacjach. Jak choćby dziś... Tak oto zmartwychwstałem i prowadzę ze sobą... Bo ja wiem?... Zdecydowałeś, kim jesteś?...

- Może jeszcze nie czas na takie oświadczenia.

- No tak, tu jakaś opozycja. Jak Schildknaap, co nie miał ochoty na urzeczywistnienia... Cudownie byłoby jeździć konno, ale ani mu się śniło dosiadać jakiekolwiek zwierzę.

- Jak już się coś robi, to trzeba mieć naprawdę do tego przekonanie... Bo inaczej to piekło...

- A my tymczasem do nieba. Tego z podniebienia... Na nas czas, miła pani. Udanej podróży.

- Dziękuję.

- I proszę pozdrowić małżonka.

- Jeszcze raz dziękuję. Na pewno pozdrowię.

Zostawili już za sobą panią szczurkową i poczłapali dalej w dół...

- Mam dziką ochotę na jaja.

- Omlet z pomidorami?

- Doskonały pomysł!

- I trzeba kupić coś do lodówki, bo tam wyłącznie światło. Tylko ja już nie będę wchodził do sklepu. Trochę mi wstyd.

-  Tak, ale zakupy zrobić trzeba. Tym bardziej że wpadnie na trochę Inger. Pokażemy się z dobrej strony...

Dobrnęli wreszcie do godpody: - Oleg, Oleg, bij jaja na omlety!! - zawołał w progu Vernick...

Gospodarz przywitał ich z radością. I nie z pustymi rękami...

- Oj, ale wstyd - jęknął Timo, widząc, co Oleg niósł, wychodząc im naprzeciw...

cdn

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Jóhann Sigurjónsson. Fjalla-Eyvindur

Moc śnieguły, czyli duszpasterstwo koło lodowca

Jonas Lie. Eliasz i draug

Lokasenna, czyli pyskówka na górze albo kto jest bardziej niemęski

Kreml

Na nieskończonej. Steinn Steinarr

Breiðfjörð

Arne Garborg. Śmierć