Nic takiego, Timo (20)
Trzecia czterdzieści trzy. Rano. I oto idzie kot. Idzie od południa na północ. Niespiesznie. Z precyzją wszedł na powrót do swych zwyczajów. - A ja dotrzymałem słowa - pomyślał Timo. - Chętnie tak robimy, gdy nie wymaga to wysiłku. Bo wcale nie chce mi się spać... - Wprosił się znów do biblioteki i jednocześnie gabinetu Vernicka, gdzie ten najwyraźniej nie za bardzo lubił przesiadywać. Ale w końcu przestał pracować, a w każdym razie już daleki był w tym od regularności. Tedy tylko kot jeszcze trzymał fason. A Inger znów gdzieś jedzie. No i usilnie namawia na premierę w Bergen. Na nic nawet zdały się wymówki typu, ale co ja na siebie założę, nie chcę się już za nikogo przebierać, bo się odgraża, że na miejscu zaciągnie go do sklepu i wepchnie do przymierzalni... Byłaby zapewne w swoim żywiole, bo to w końcu ona ubierała kiedyś Ljana, wyręczając go przy okazji we wszystkim w ogóle w każdej dziedzinie praktycznego życia, dzięki czemu żył sobie jak jakiś Bach... No a ta zdyscyplinowana regularność... Przed sobą ma jeszcze jeden jej przejaw. Wspaniały, rozległy, wielostronicowy rysunkowy chichot. Stokrotki taty, przy których syn przesiaduje, orientując się, że urlop mu się wkrótce kończy... Przed chwilą wpadł na pomysł, by ów urlop sobie przedłużyć... Oto wagary... - Mam odwagę poddać się losowi... Trzeba będzie podliczyć pieniądze, by przy tym zorientować się, jakie mogą być zagwarantowane ramy czasowe... Ileż do niewiadomej? Patrzy sobie na ręce. Ciągle jeszcze czyste, typowe w tym czasie, nietknięte jakby, mało używane, doprawdy... Zerknął znów do zeszytu. Kwiatki i kwiatki... Nad sobą miał zaś Muncha z ręką kościotrupa... On się nie spieszył, bał się, że to przeciwnik jest pełen pośpiechu. Ale dlań był łaskawy... Też sobie bazgrał, stale, w każdym stanie... Z tą swoją niezrównaną pamięcią, z wieczną żywością wspomnień. Bazgrał jednak bardziej z sensem... Znowu liścik od Vernicka... Z obrazkiem. "Oto definitywny tryb osiadły. Zapewne czułbyś się znakomicie w takim sąsiedztwie. Niby człowiekiem odmieniony pejzaż, ale jakby całkiem poza nim, już po odrzuceniu wszelkich jego spraw, kiedyś zapewne bardzo ważnych, od których pewnie zależało być albo nie być wielu osób. Trochę jak to auto pod oknami u Jana, które mu jakiś czas temu żywioł ludzki solidnie podniszczył. Zatem ciągle wkrada się ludzki żywioł, ale przy takich opuszczeniach jest już wyłącznie destrukcyjny, rozkładowy, co przytrafia się każdemu znieruchomieniu... Tu widać, że sprawy poszły za daleko. Bywa, że już się wycofać nie można. Gdyby tu to nastąpiło, jednostka miałaby w swoim zasięgu już tylko dno... Tak się tu z kolegą plączemy, wokół Patreksfjörður. Wykorzystał mnie ten brodacz, koniarz we wzorzystym swetrze"...
Zaskrzypiały drzwi. - Więc nie śpisz?
- Umówiłem się z kotem.
- Z kotem? - spytał Vernick i sięgnął po karafkę z whisky. - Doprawdy, jakaś przytłaczająca ta noc.
- Już troszkę jednak mroczniejąca.
- Tak, jeszcze trochę i zacznie wracać prawdziwy mrok. A ten kot...
- Czekałem na trzecią minut czterdzieści trzy.
- A. I był?
- Tak, tak jak to zostało utrwalone w opowiadaniu, o którym wspominałeś.
- Wobec tego ja jutro też pozostanę czujny.
- Ile jestem winien z tę mąkę? Eyvind zwrócił dług z naddatkiem. Miałeś w tym udział?
- Nie musimy chyba o tym mówić.
- Zatem tak. - Timo wykrzywił twarz w grymasie podobnym do uśmiechu. - Pomyślałem, że nigdy go już nie zobaczę. I jakoś mnie smutek ogarnął.
- Nawet do takich świń można przywyknąć?
- Spieszno mu było.
- Pewnie usłyszę wkrótce, że mu coś pod żebro wbito na Grønland czy gdzieś tam... Nie wiem...
- Nie można tego wykluczyć... Patrzyłem na ten obrazek ze statkiem...
- A, to... Tak...
- To tak pasuje do zastanych tu zjawisk.
- Nie da się ukryć - westchnął Vernick. - Nalać ci?
- Chyba już z wewnętrznym przymusem powiem: tak.
- Marie już w domu.
- O... Więc i już się pewnie dowiedziała?
- Nie można było z tym czekać. No ale ona wie przecież, jak podły jest los. I w sumie tak już mieli to wszystko uzgodnione z zaświatami. Dobrze, gdy kolejność umierania odbywa się z rozsądkiem.
- Chyba rzadko tak się dzieje.
- Dlatego tym bardziej cieszy, gdy pojawia się wyłom w tej wrednej regule. Chociaż może zwykle tak jest, że zostają najsilniejsi, a tylko postronnym się zdaje, że niesprawiedliwy los pozostawił na lodzie cherlaka.
- A cherlacza siła potrafi zdumiewać i przerażać. Zastanawiam się, kiedy samym sobą się przestraszę. A jak ona się miewa?
- Kryzys minął i w miarę odzyskała siły. Ze śmiercią jest pogodzona. Pewnie szkoda, że się rozmyśliła, ale widocznie zależy jej, byśmy wiedzieli, jak niepoważną rzeczą jest życie.
- A stwierdzenie, że to wszystko po nic, jakoś nie chce nas zadowolić. Pewne prawdy chcemy od siebie oddalać, zagłuszać, zastępować malowniczymi kłamstwami.
- Jakże pięknie potrafimy składać ofiary za bzdury i najdziwaczniejsze wierzenia. Gabriel Preben wielce był oddany czystości rasy i wierze w posłannictwo germańskie. Walczył na froncie, uległ okaleczniom podczas tej globalnej bijatyki wywołanej najgroźniejszym wirusem, jakim jest zbiorowa furia. Uległ obłędowi, a ten dał mu przygodę, jak się okazało w sprawie haniebnej, złowrogo marzycielskiej. Tak czy owak krew rodzi kwiaty, choćby tę dzisiejszą technikę, która tak nam udoskonala i przedłuża życie, to ludzkie życie, które w każdej chwili, w jakimś tam straszącym wyobrażeniu ukutym na potrzebę chwili zarządzanej raptem rozbudzoną krwiożerczością jakiegoś indywiduum, może stać się elementem nadającym się już tylko do utylizacji... Wrócił jako zdrajca, sprzedawczyk, łajdak... I spotkał Marie o łajdackim według dość powszechnej opinii pochodzeniu. Bo to wszak córka najeźdźcy, któremu jednak swego czasu tak bardzo w krainie fiordów nie odmawiano boskości... Starano jej się wbić do głowy, że jest niepełnowartościowa, że nie tu jej miejsce, że w końcu musi być po prostu wariatką, bo też i owocem była wariackiego czasu, co sobie obsiewał głupie wioskowe dziewki, których nieustępliwą, jedyną naturą jest przyrozporkowość rozczulajaco zwana miłością - o, jakże się wtedy kochały, cóż to był za fajerwerk, bo dla nich wojna była najazdem elokwentnych książąt z bajki... Prawdziwy ruch oporu zerwał się tu do działania dopiero wtedy, gdy ucichły fronty w świecie - z furią rzucono się na pozostałe w kraju poniemieckie dzieci, poniżając je, okaleczając na wszelkie możliwe sposoby, gwałcąc na potęgę... Marie do dziś ma blizny i zadbano też, by uniemożliwić jej rozwój kolejnej gałązki swego genealogicznego drzewa... I tak się po latach znaleźli. Przetrwali, potępieni, ona za niewinność, on - no cóż... On - wyznawca skryty, tęskniący, choć zakłopotany ogromem zniszczeń, jakie przyniosły błękitnookie bóstwa. Widziałeś szufladkę... Twój ojciec zawsze się śmiał, że niebiosa zwykle zawodzą, bo idą w przesadę, wymagając od człowieka nadmiernego osadzenia w wąskim przedziale obyczajowym, pomiędzy koszarami a zakładem karnym. Miał być jakiś wspaniały świat, idealny, czysty, niebiańsko zdrowy, a został z tego człowiek przysięgający na drzewce, zmieniony potem w zwykłego rozbójnika, mordercę, złodzieja... No, ale pozostały jakieś usprawiedliwienia, liche argumenty... Gdyby się inaczej ułożyło, do Finnmarku jeździlibyśmy pociągiem.
- No tak, to jeden z hitlerowskich zamiarów. - Timo zaśmiał się lekko.
- Nie chciałbyś tam pognać na szynach?
- Jakoś brak tej możliwości nie spędza mi snu z powiek... Coś mi się zdaje, że Timo i ten cały Preben mieli dobrą płaszczyznę do sporów. W końcu mój dziadek współpracował wtedy z ruchem oporu...
- Tak, trwała tu wojna, o dość jednak humorystycznym przebiegu.
- Ja bym takiego Prebena nie posądzał o nadmiar poczucia humoru. W końcu walczył o tak ciężkie ideały...
- Miał ciągoty do łagodzenia skutków, ale Timo zapalczywie go powstrzymywał...
- Jak już zauważyłem, dla wielu sytuacji ten stateczek z islandzkiego fiordu jest dobrą metaforą... Zastanawiam się czy i własnego losu w tym nie widzę.
- Narobił kłopotów.
- Właściwie wcale go nie potępiam, o czym już przecież wiesz. Choć te nasze milczenia... Jeśli pożyję długo, boję się, że będą mnie coraz mocniej wzruszać... Taka zagadka nie do rozwiązania... Po co? Po co?... Tyle że się to na mnie odłożyło nienawiścią. Nie moją, naturalnie. U mnie już raczej strachy i karygodna obojętność, na którą nie ma rady.
- A takie niezwykłe bywają nawrócenia na dobroci.
- Bywają. Taki uwrażliwiony Strindberg, który i tak potrafił gotować piekło. Timo chyba poczuł ulgę, kiedy zniknęliśmy.
- Paskudnie to wygląda, ale ja się nic nie odzywałem. Zamroziliśmy chwilę. Wieczne tymczasem. Wiesz, że lubił Strindberga...
- Widział, czego uniknął. Choć zaliczył upadek, a ja płacę cenę. Już jak byłem mały, malutki, to gdy puszczałem bąka, na Tajwan ruszał huragan. - Timo podszedł do jednej z bibliotecznych szaf. - Oto i jest. - Wziął z półki znalezioną pozycję i zaczął ją kartkować. - "Tjänstekvinnans son". Syn służącej. Rodzina jako kółko bezkarnych kryminalistów wyżywających się na najsłabszych. Mimo szumnych opowiadań o patosach miłości i najpiękniejszych wartości niby to pielęgnowanych właśnie w takim zacisznym kółku przy domowym palenisku. Konieczność znalezienia kozła ofiarnego. Można to nawet polubić i znaleźć dla tego użytek w przyszłości... Boga znałem z pieśni. Bo poza tym byłem bezbożny, jak każde dziecko. Tyle że ja byłem jak dzikus albo zwierzę, w wiecznym lęku, w obawie przed złymi mocami... U mnie było to w mikroskopijnym rozmiarze, ale zawsze. Tylko stary uniknął niewdzięcznej roli... Osobliwe, jedna z moich tęsknot - czytać komuś na głos... - I Timo zaczał czytać, głośno, z uśmiechem: - "Rodzina to niedoskonałe urządzenie. To w zasadzie instytucja stworzona dla żarcia, prania i prasowania, na dodatek bardzo nieekonomiczna. To głównie szykowanie jedzenia, chodzenie na targ po zakupy, niepokojenie się o rachunki, pranie, prasowanie, krochmalenie, zmywanie. Tyle zamieszania z powodu garstki ludzi! Właściciel restauracji niewiele bardziej się trudzi, mając tyle samo na głowie, a musi przecież każdego dnia obsłużyć setki gości"... I dalej... "Niewdzięczna rola ojca w rodzinie - dostawca dóbr dla wszystkich, a jednocześnie wróg tychże. Kiedy wraca zmęczony, głodny i w podłym nastroju, zastaje tylko zmytą podłogę i paskudnie przyrządzone jadło, a jeśli odważy się odezwać, dostaje zdawkową odpowiedź. Mieszka we własnym domu jako ledwie tolerowana istota, przed którą dzieci umykają w kąt"... Tak, kiedyś tatą straszyło się nie mniej niż trollami... "Mniej był zadowolony niż żona, bo się znalazł w świecie, w którym musiał obejść się bez rzeczy, do jakich był wcześniej przyzwyczajony. I trudno było się radować, widząc wieczne niezadowolenie tych, którym podarował życie i wyżywienie"*...
- Trochę inny świat...
- Za młodu znało się swoje obowiązki, nigdy praw... Ja już słyszałem o jakichś prawach, ale jakoś nie umiałem z nich korzystać. Wydawało mi się, że to mnie jednak nie dotyczy... No, tak czy owak tato nie przymierzał się do budowania nieekonomicznych salonów. Zadowolił się dziurawą paczką... W dość jednak komfortowym domu...
- Ale też jakimś takim mało przypominającym zaplecze restauracji i tancbudy.
- Brak kobiet wiele potrafi odmienić na nieporządną korzyść...
- Mam wrażenie, że w mężczyźnie ciągle tkwi taki młodzieniaszek, któremu nie przeszkadzają niedostatki, niewygody, zaniedbania... Najprzyjemniej było nam w naszym chłopięcym trójkącie, tam, na południu... Ljan jako pierwszy miał taki swój własny kąt w Oslo, tuż przy torach... Wszystko się telepało, gdy przejeżdżał obok pociąg. Nie dekoncentrowało go to jednak. Ładne rzeczy wtedy komponował. Dla grosza trochę flirtował z piosenką... Twój tato miał smykałkę do rymowanek... Ale zawsze go brało gdzieś w milczenia i osobności... Może coś z tego będzie, dumał Ljan... Ale zawsze był trochę jak ten przybysz z krainy, w której poza nim nikt nie mieszkał, by sięgnąć po frazę z pełnego szczególnej grozy "Doktora Faustusa"... Ale nic nam wtedy nie trzeba było. Prawie wszystko wspólne. A najmilsze były letnie dni na Nesodden. Tam często upływały nasze szczeniackie wakacje i widzieliśmy stamtąd wyraźnie świat naszych jesienno - zimowych szkolnych codzienności, bezpiecznie za wodą się rozciągający... Miła dal, jakże pełna wtedy niewinności. Przyjazne oblicze miasta, bez skaz, bo oglądane z przyjemnego dystansu.
Timo odłożył książkę. Jednak po chwili rozmyślił się i postanowił zabrać ją ze sobą.
- Pójdę się chyba zdrzemnąć...
- Tak, Timo... Mój Boże... Aż mnie dreszcz przeszedł... Że też musieli ci dać do samo imię...
- Ciągle je słyszę... Chociaż zawsze wolałem i wolę, gdy rozbrzmiewa w tej rzeczywistości, w której nikt mnie nie ocenia...
- Zawsze tak było źle?
- Nawet jak się z czasem zdarzyło coś pozytywnego, i tak już nie byłem w stanie dać temu wiary... Ja już tam wiem swoje.
- Ostrożnie z bąkami - pogroził palcem Vernick.
Spojrzeli sobie z uśmiechem w oczy.
- Cieszy mnie ta troska o świat.
- Acz przyjmuję cię takiego, jakim jesteś...
- Mówiłem: prześcieradło o pieluszkowym zapaszku oraz sandały... Good morning!
- Śpij dobrze - odparł Vernick
cdn
---
*) fragmenty "Syna służącej" Augusta Strindberga w przekładzie moim.
Komentarze
Prześlij komentarz