Nic takiego, Timo (21)
Tym razem poczucie pustki nabrało szczególnie dojmującego charakteru. - Jakbym chciał schwytać za ogon jakieś uciekające zwierzę. Nie sposób go dopędzić. W dłoni ledwie garść wyrwanych kłaków... Tu już jest martwa cisza - myślał sobie Timo, układając się znów do porannego snu, który jednak nie miał zamiaru nadchodzić. Pokręcił się trochę na tym szpitalnym łóżku, a wreszcie usiadł z zamiarem przepatrzenia swoich rzeczy. Bo w końcu przecież trzeba się stąd ruszyć... Ponieważ skorzystał z pozostawionej przez ojca skromnej garderoby, zostało mu sporo jego własnych czystych rzeczy. Zatem jeden kłopot mniej. Zapakował jeszcze do plecaka dwie pary całkiem nowych dżinsów po tacie, trochę skarpet, dwie bluzy i kilka tiszertów. Robił to z uśmiechem, rozbawiony tym bogatym spadkiem... Zerknął jeszcze na Eddę leżącą przy poduszce... - Tyle zostało, ogrom prawdziwy. Ocean milczenia, księżyce, czyli reprezentujące je słowo w gotyckiej kaligrafii, łany stokrotek i baśń o złocie Fafnira... Wiedźmy próbujące na upale malin...
Kobiety, matka i córka, mielą ozorami. Po córce chodzą mrówki pożądania, gdy widzi silne uda Sigurda jadącego na szarym koniu. Gdybyż to ona była siodłem pod jego rozkrokiem. Matka jednak rechocze: - Gdzie, do czego, dziecko... Toż to tylko nieszczęście by było. Na szczęście jednak rzecz cała nierealna... Tak to więc jedzie do mądrali po wróżbę, a wcześniej mądrala, przy zupełnie innej okazji, dowiedział się od prawdziwych wieszczek, kto to go zamierza odwiedzić. Cała wszak okolica do nich się udawała po różne cudowne mikstury i jady, toteż i ze sobą przynosiła nowiny i zaraz było wiadomo, kto nowy okolice przemierza i o jakie to miejscowe atrakcje i siedziby się dopytuje. Tak więc się Gripir dowiedział, że nie kto inny, a jego siostrzeniec tu się znajduje... My oczy i uszy twoje, jak dwa kruki Odina... - Stary Timo uczynił miły gest w kierunku kobiet. No niech mają. Choć w życiu - jak się wyraził Vernick - były dla niego właściwie jak azot w powietrzu pod normalnym ciśnieniem. - Te oczy i uszy oraz nochale kolejno wypatrzyły, wysłuchały i wywęszyły bogactwo, tedy warto chłopca dobrze pokierować, a się konika objuczy... Ileż to miały chichotu, opowiadając sobie raz za razem wieczorami przy palenisku, skąd się szkatuła o świecącej słonecznym blaskiem zawartości wzięła... Hehe, Loki wie, kiedy kamieniem cisnąć, choć on jest jakby ślepy los, który chce, aby tylko coś się działo, by nijakiego zastoju nie było... - Timo rzucił się z powrotem na łóżko i fantazjował dalej... - Nadmiar przymiotów szkodzi, widzisz, my dużo wiemy, uleczyć to i owo nam się udaje, potrafimy postawić koguta i otwierać niedostępne jamy, czyniąc je gościnnymi, ale ani nie latamy, nie przemieniamy się w sowy ani w polatuchy, ani w żadne inne stworzenia czy to latające, czy to pełzające lub pływające, a tylko baby z nas zawsze i wszędzie; ty jeszcze gładka, ja zaś omszała i sękata, jak ten kij, którym się podpierać muszę. To nasza rola, to nasze miejsce i też taki Sigurd dla ciebie, sroko leśna, byłby może na jedno zapomnienie, na jedno mgnienie w otumanieniu... I o tym złocie nie ma co śnić. Twoim złotem moroszka jest, srebrem chrobotek, a tamto wszystko na pałacowe ropuchy, nie leśne straszydła... Dość, że możemy dać drogowskaz, ciesząc się prawdziwą wolnością, nie udając nikogo... - Timo usiadł znów, tym razem by naładować wreszcie padłą całkiem baterię telefonu, w pewnych przeczuciach, godnych może i wiedźm, które całkiem za sprawą swego znikłego taty właśnie odwiedził... - Ale gdyby to wariat zawczasu wiedział - podjął znowu myśl Timo - to by się nie wygłupiał. Jeden to pokurcz magiczny, Andwari, co się w szczupaka zmieniał, a drugi wrednego Regina brat, Otr, co się wydrą na ryby wybierał. I, moja droga, raz sobie dorodnego łososia wydra z wody wyłowiła i się zaczęła na brzegu jego smakiem rozkoszować, oczka aż przymykając. Wtedy Asowie się napatoczyli, wyobraź sobie. Widzą zwierza, myślą: skórka. A wydra sakramencka. Loki bez wahania wziął kamień, a ten, ciśnięty, stał się pierwszym w całej lawinie, która już przesypywać się zaczęła przez życie... A siostry przestrzegały, po babsku zalęknione, ale taka to różnica płci, co nie polega na tych tam dodatkach (hihihi, aleś mu tam, dzierlatko, zerkała, jak tu, ścieżką jadąc, na koniku siedzący przyjemnie bujał bioderkami) a polega na stosunku do szczęścia: kobiety chcą szczęścia próbować, mężczyźni zaś szczęście ryzykują. -- Jeśli im życia samego nie starcza -- zamyśliła się młoda, patrząc na świeży ślad podkowy na ścieżce. -- Widzisz, moja droga, jedni potrafią sobie być, innych wlecze coś do działania... Tu zadziała czar przepowiedni, pchnie go do czynu... To taka energia... Widziałaś te uda. To piękno tylko na młodość. Pożyje sobie dość, a nie za długo... A ty wdychaj aromat lasu, korzystaj z bogactwa prawdziwego... Patrz, ta dolina jak klejnot, a gdzie stąpniesz, tam lekarstwo na te nasze dolegliwe drobiazgi, których brak już zwać szczęściem w życiu można... -- I tak to Loki zabił Otra. -- Nie inaczej, moja ptaszynko, puszczyczku mój. -- A jednak nadajesz mi nazwy zwierzątek. -- Nie mając zamiaru w żadne cię przemieniać. Dość, że dobre masz cechy i nocy pośród tajemniczych lasów się nie lękasz. Takich jak Sigurd Odin poucza, by się nocami nie plątali, chyba że mus taki. A my wtedy właśnie najcenniejsze rzeczy znaleźć możemy, gdy zwykłych ludzi ogrania trwoga. Zwidem tedy jesteśmy, nocną marą... -- A czy Andwari to przypadkiem nie dziecko Odina? -- Oina, o literkę mniej, moje dziecko... -- Więc go nie miał kto przestrzec, by się tak łatwo nie dał podbierać... Choć i bogowie nie na wszystko zdają się mieć oko... Na co ten szczupak?... -- W życiu tak musi być, dziecino... Przecież gdy się rozejrzysz dobrze, wnet się przekonasz, że całość do zbór niedopatrzeń. A tylko są proste prawa, które na wszystko znają odpowiedź... A jeśli już musisz być jak ryba, to i rybiego losu się spodziewaj... Pchnij kamień, a potoczy się, spadnie. Po prostu. Gdzieś spaść musi. O, trafił akurat tu... A żeby było śmieszniej, zapukali Asowie do domu Hreidmara, ojca Otra, Regina i Fafnira oraz tych niespokojnych córek, co takie miały złe przeczucia. I zaraz, czekając na biesiadę, jęli przechwalać się skórą na upolowanym zwierzu... No by was piorun! No i zaraz: a to Loki zrobił, to przez niego, niech on teraz jakoś załatwi zadośćuczynienie... -- A pieniądz wszystko wynagradza. -- Tak, moja córciu. Złoto cenniejsze nad życie cudze. A jak już przepadło, dobrze będzie, gdy zapłacą. Życie takie nie na marne wtedy. Złota blask gasi tęsknoty i gniewy... Tyle go miało być, ile się w tej skórze mogło pomieścić... Asowie stali się zakładnikami, a Loki musiał zorganizować skarby na zapłacenie grzywny. Od bogini wodnych otchłani Ran wziął sieć i poszedł do wodospadu, pod którym bytował sobie Oina syn jako szczupak. No i rybę w sieć schwytać można... Takie Norna stworzyła życie, że trzeba było rybą wskakiwać w wodę. I raptem źle, bo Loki łowi, bo chce złota, co go Andwari ma, a wnet miał nie będzie, bo własne życie od cudzego cenniejsze, nad złoto nawet. Bo cóż po złocie bez życia?... W sumie dalej sobie jest szczupakiem -- I może to wcale nie takie najgorsze, bo wskakuje sobie do wody, w której ma pożywienie. -- Zapewne tak łatwiej, córeczko, i wydra też jakby we wodzie sprytniejsza, ale lepiej jednak własnej skóry się trzymać, tyle że co tu dyskutować z przeznaczeniem. Taka natura, i wolnym się czujesz, gdy robisz to, co twym własnym jest musem. O Nornach dopiero wtedy się mówi, gdy los, w jakiejkolwiek zastaje cię postaci, robi się niełaskawy. Wszędzie zło, choć nie zawsze potrzebne. I tylko poniewczasie można westchnąć: a przecież przestrzegałam. -- Siostry nie umiały być wydrami. I odradzały innym... -- Tak, moja droga... I pewnie byłoby gorzej, gdyby posłuchał sióstr i się nie przemieniał, bo byłby smutny, więc ich spokój stałby się może wręcz nie do zniesienia... Człowiek czuje, że żyje, gdy się niepokoi albo gdy się cieszy. Bo smutek to martwota. Dlatego nie waham się przed mieszaniem mikstur, które przynoszą radość i bezlik zagrożeń... -- Rzucasz kamień, matko? -- Nieustannie delektując się swoim szczęściem... Choć zawsze kogoś mogę rozgniewać i stracić głowę, taki już los. Ale nie mam przynajmniej musu, by się w cokolwiek przemieniać, o czym już gadałyśmy, moja leśna mróweczko... Ostrzegać naturalnie zawsze można, ale nigdy zakazywać... Trudno tak całkiem pojąć drugą istotę. Ale są wszyscy pośród prostych praw: chciwości i wszelkich innych pożądań... Życie to apetyt. -- Więc i te moje oczy wpatrzone tęsknie... -- Tak, tak, moja miła... I bądź pewna, że wnet ci się trafi. Pewnie nie będzie tak zdobny, jak tamten jeździec, ale wszystko będzie miał na miejscu, możesz mi wierzyć... Gdy będzie synek, damy go zaraz lisom do zjedzenia, bo żyć by mu i tak nie dali, a o córeczkę już ty sama zadbasz, tak jak ja o ciebie... -- Matulu!! -- Nie matuluj mi tu... A to złoto, o którym zaraz ten piękny usłyszy, jest przeklęte. Przez ową chciwość właśnie. Wolałabym, gdybyś go nigdy nawet opuszkiem małego palca nie tknęła. By żyć, Andwari musiał oddać Lokemu całe złoto. Tylko pierścień chciał zachować dla siebie, ale Loki na to mu nie zezwolił, wobec czego na całość, a w szczególności na ten pierścień szczupak rzucił klątwę... - Timo odczytał ją na głos: - Niech to złoto, które Gustr posiadał, śmierć dwóm braciom przyniesie oraz niezgodę dla ośmiu książąt; nikomu szczęścia ono nie przyniesie... - Loki się spisał i przyniósł bogactwa co nie miara. Tyle go było, że napakowali nim skórę, a także okryli ją całą ozdobami... A do nieszczęścia, do wszystkich nieszczęść, jakie go czekają, tego cudnoudego pięknisia, jeden wąs się przyczynił... Zachłanny Hreidmar wskazał, na widoczny jeden, jedyny wąs. Tu jeszcze widać kłaczek, czegoś brak... Brakowało naturalnie pierścienia, który Loki sobie schował na pamiątkę. Niestety musiał się z nim rozstać, by i wydrze wibrysy pozostały pod złotym okryciem. Wtedy Heridmar był usatysfakcjonowany, ale przyjemność zmącił mu Loki, opowiadając, co to za klątwa na bogactwach spoczęła... Hreidmar był zły, bo to wszystko nie ze szczerego serca... Mógł popodrzynać gardła, zanim zdołały mu cokolwiek powiedzieć... Odebrały one radość, przywiały grozę, bo oto zaraz bracia zażądali swoich części skarbu, na co ojczulek dał odpowiedź odmowną, trzęsąc się tylko nad tą kupą złota, tedy Fafnir podziurawił starego i zwiał ze wszystkim na trzęsawisko... Swoją drogą, co to takie życie? Siedzi teraz na bagnach i rozkoszuje się bogactwem na osobności, zagniewany, wściekły na wszystko, aż mu się ślina w jad przemieniła... Takie zło musi mieć jednak duże moce... Rada bym utoczyć z takiego jakieś nasionko, choćby kropelkę uryny i tej śliny flakonik... Poszalałybyśmy tu nad garami! Radośnie by ogień trzaskał pod nimi!...
Timo próbował się zdrzemnąć, ale coś nie dawało mu spokoju. Ta cisza zrobiła się nazbyt uroczysta... Wyjrzał przez okno... O, Marie wciągnęła na maszt proporzec! Dała taki wyraźny sygnał, że mimo wszystko życie trwa. Ale podjazd pod dom nabrał dziwnego wyrazu. Trudno było powiedzieć, w czym się ta inność wszystkiego zawierała, ale wyczuwał i dostrzegał, patrząc na każdy element najbliższego otoczenia domu, po prostu opuszczenie. Bezpowrotność. Zakłuło go w sercu, gdy pomyślał, że nigdy nie zjawi się już tutaj Eyvind. Był pewien, że już go nie spotka... - Zjawy się nawet nie chcą ukazywać - pomyślał... I opuszczona dziura w ścianie. Chłopiec najpierw zastrzelił swojego psa, żeby go nie zostawiać samego, a potem pojechał rozejrzeć się za miejscem dobrym do odstrzelenia siebie, z jakiegoś tam sobie znanego powodu. Ku jakiejś dziwnej satysfakcji ojca znalazł je tutaj, i to w gromadzie, którą wystraszył nieziemsko... Któregoś dnia znów stanął pod jego oknem, tym od południa, w trawie, w której się błąkał, jakby usilnie czegoś poszukując, po czym jak zwykle znikł nad urwiskiem. Miał zawsze opuszczoną głowę skrytą pod zydwestką... Kiedyś próbował unieść głowę, by spojrzeć na Tima, lecz ten nie zdołał zobaczyć jego twarzy, bo gdy już miała się ukazać, cała postać naraz się rozproszyła, jak przepędzony podmuchem wiatru dym... Nic już nie stukało, nie szarpało za łóżko, nie wypełzało spod niego... Kolejna strona do przerzucenia? Ach nie, to już okładka, która zamyka wyczerpaną treść, mało jasną. Cisza zdaje się bezlitośnie komunikować: I to tyle... Popatrzył na oparte o skrzynię malowidło Jana z alaskańską świątynią... Wzbudziło w nim melancholijny uśmiech...
Sięgnął znów po "Syna służącej"... Przebiegł wzrokiem po słowach o dorastaniu, w okrutnym dla dzieci dziewiętnastym wieku. Strach, bicie, szkoła pełna sal tortur, bezsensowne kucie, znacząca rola w oczach oprawców przewidziana dla ładnego stroju i cielesnej urody, ciemne zimowe sztokholmskie poranki... Los dziecka, jak los więźnia, zesłańca, na którego duszy bezlitośnie dokonywano gwałtu za gwałtem, za co jeszcze, na sam koniec, w raptem zaskakująco przyjaznej atmosferze oczekiwano od niego wdzięczności i wybaczenia... Młody Johan nie czuł się przygotowywany do życia tylko do piekła... - Czasy złagodniały, ale można się pokusić o przypuszczenie - pomyślał Timo - że stary też musiał zaliczyć po drodze takie przysposobienia, aż zrejterował... A Sigge? W piekle już definitywnie, w kulawym szczęściu w objęciach jednej jedynej przyjaznej duszy, której zdołał zaufać... Nie inaczej Timo myślał o sobie... Taka kara, cholera wie, za co... W końcu już śmiechu warta...
Poczytał jeszcze chwilę aż wreszcie nadszedł sen, co strącił czytaną książkę na podłogę.
***
Obudził się szarym popołudniem. W tej samej ciszy. Czuł się głodny i brudny. A cisza zaczęła już go przerażać. - Coś jest nie tak... - Wyszedł z duszą na ramieniu z pokoju. Poczuł się, jakby był w tej chwili w zupełnie nowym, całkiem obcym miejscu, zadziwiająco zimnym... Zawsze go to nachodziło, ilekroć czuł jakiś rodzaj zniechęcenia, to poczucie obcości. Coś się popsuło, więc odrzucał rzecz, przestrzeń... To nie moje, nic mnie tu nie trzyma, proszę mnie w to nie mieszać...
Vernick siedział nieruchomo w fotelu w swym gabinecie... - Życie kończy się często byle jak, byle gdzie. Ot, po prostu gaśnie... - Vernick miał na uszach słuchawki. Ale chyba jego uszy niczego już nie słyszały, mimo że słuchał muzyki dość głośno, tak że można było rozróżnić utwór... Timo wytężył słuch. To Keith Jarrett. "Dancing"... Licho tylko wiedziało, ile ta płyta już się obracała w odtwarzaczu... Timo nawet nie próbował go dotykać. Nie zamierzał w ogóle nic robić. - Nie do wiary, akurat to sobie na koniec włączył... Przyszedł tu po bajkę i nutę, którą zapamiętał z czasów, gdy przydarzyło mu się kogoś pokochać, choć była to ledwie miłość wyśmiana. Jakoś tam jednak cenna, bo i jedyna... Zerknął teraz na ścianę między oknami, tam, gdzie wisiał Munch z trupią rączką. Jakby czuł na sobie jego spojrzenie... A tam, na bocznej ścianie, nad pianinem, jego brat niezmiennie pochłonięty lekturą... Śmiertelności, cholerne śmiertelności. Taka kara... To zuchwałe występowanie skupionych cząstek przeciw ciągnącym w rozproszenia siłom drogo jest zawsze okupione: strachem, bólem, ciągłym wysiłkiem... Wyobraził sobie teraz, że Munch unosi tę rączkę kościotrupa, pozdrawiając, żegnając, może grożąc... Jedna myśl tylko: Chodu!!
A może nie umarł? Timo bezlitośnie nie zamierzał się o tym przekonywać. Porwał tylko naprędce spakowany plecak, telefon, kurtkę, portfel, Eddę, i wybiegł z domu, nie oglądając się za siebie. Szedł energicznie przez nowy teren. Niczego nie rozpoznawał, wszystko było nieznane i obojętne. Teraz.
Oby go tylko nikt nie spotkał. Nie szedł obok domu Marie, tylko przedarł się przez zarośla i na drodze pojawił się dopiero obok mrowiska, z którego jakiś czas temu wyjął kij... Wpadł naraz na pomysł, by spróbować włamać się do domu Jana, który teraz bawił na Grenlandii... - Jeśli by ktoś pytał, powiem, że rozstałem się z Vernickiem jakby nigdy nic... A co potem, to nie wiem - mruczał do siebie... Naraz też przypomniał sobie o Rainerze... Obiecał mu wysłać kartkę. Teraz akurat myśli o tym! Rainer wierzy, że Timo po prostu pojechał na wycieczkę, tak na urlop zwyczajny, wypoczynkowy, dla krajobrazów... Tak, i mija je, patrzy... Nic nie znaczą... Jedna chwila wywróciła wszystko. A teraz w nic się tu w tym domu nie wikłać, dać wszystkiemu spokój...
Znów usiadł na ławce przy małym wysypanym żwirem parkingu, tuż przy wjeździe do Bakken. Siedział tu, gdy wysiadł z autobusu, siedział tu też z matką, co go przed laty uwiozła z tej Sodomy... Zwiozła ich na dół cysterna z mlekiem. Jakieś zło świata dorosłych ludzi przetaczało się nad jego głową wtedy. Taty już nigdy więcej nie zobaczył. Nie zabiegał nigdy o kontakt, i teraz też w porę się ulotnił, by tak już zostało. Nie zmieniło się nic... Zaszumiał wiatr... Lasy śpiewają... W tym szumie jest wszystko... Po latach mógłby się tu znów zakraść, z dreszczem, zawsze winny... Napatoczył się Timo, bezsensownie, bez pożytku, którego łatwo spłoszyć... I pewnie z roboty go wywalą... Skręcił sobie papierosa. Zerknął do paczki z tytoniem. Mało. A nie chciał się nikomu pokazywać na oczy, a już na pewno nie w sklepie przy nabrzeżu. Mówi się trudno... Szum... Zostaje szum...Pomyślał, że w końcu wszyscy stajemy się jak bogowie, zamieniamy się w ciszę, czy w szumiący spokój, który wszystko przenika... Umieramy, nie ma nas, a przez to wypełniamy sobą wszystko. Przez jakiś czas jeszcze imienni, pamiętani, a reszta, ta bardziej w tyle, to już tylko poszum, z którego bierze się to wszystko, co teraz... A czy dobre to, czy złe?... Wszystko tak czy siak jak spacer po pobojowisku. W szumie łagodnym, w jaki zmienił się niegdysiejszy zgiełk i w jaki zmieni się i ten dzisiejszy...
Nie wie, czemu myśli o włamaniu... Może to jakaś przyjemność?... Rzucamy kamień, który gdzieś musi spaść... Jak to było u Gunnarssona, którego mu przypomniała Lotta?... Czy zrezygnowałbyś ze szcześcia, nawet gdy wiesz, że wyniknąć z tego może cierpienie? Kto się tak straszy? Przyszłość to zawsze niewiadoma. Złodziej, gdy kradnie, przewiduje odsiadkę, ale przecież zawsze może być tak, że mu się ona nie przydarzy...
- Los zdaje się sprzyjać... złoczyńcy - na głos pomyślał w tych okolicznościach o sobie Timo. Ale w końcu taką przypisano mu rolę, a on na miarę możliwości się z tego wywiązuje... - Każdy taki ważny, ten sam każdemu szumi wiatr, który licho wie, jaką strunę w człowieku poruszy. Tak czy owak pogra sobie chwilę ledwie, a każdy ma w niej tych parę sposobności, by sobie powiedzieć, jak wspaniałe jest życie... Jakiekolwiek by ono było...
Los zdaje się sprzyjać. Żywego ducha nie widać... Zgasił skręta i ruszył szosą w dół...
cdn
Komentarze
Prześlij komentarz