Radość jak gość nieproszony
...acz mile zawsze witany... Jak słusznie prawi Artur Schopenhauer - wchodzi ona bezceremonialnie, wślizguje się milczkiem, przy błahej, przelotnej okazji, w zwykłych okolicznościach, nigdy zaś podczas wspaniałych, rozgłośnych zdarzeń... I oby radość wpadała do nas jak najczęściej... Świat się zaczął psuć, na nowo, bo przecież psuł się od zawsze, taka to już jego specyfika... Chyba od tej pandemii jakoś tak wpadliśmy na niedobre tory, z jakimiś nagle wybuchłymi ciemnotami, z jakimś upiornym schodzeniem na psy (chociaż co te psy winne, one nie aż tak okropne, no ale jakoś tak weszły w powiedzenie określające stan upadłości)... Nagle nasza rzeczywistość ma kierowniczą gębę albo bandyty, albo troglodyty, tak w wymiarze lokalnym, jak i globalnym... Z tych ludzkich fermentów niezły fuzel się zrobił i pytanie tylko, na ile groźne są te wszystkie obyczajowe i polityczne toksyny... Niektórzy tacy podbici zza węgła, inni sami znajdują jakiś właz w dnie i go niefrasobliwie odmykają, i dają sobie...