Magda Umer (1949 - 2025)

Smutna wiadomość sprzed dwóch dni, o śmierci Magdy Umer. Liryczna, aksamitna, smutna często... Smutku było sporo w jej życiu, od początku właściwie, z czym jakoś sobie jednak radziła i odeszła odrobiwszy wszystkie swoje lekcje... Ładnie gdzieś powiedziała, że jej elektoratem są ci wszyscy smutni, którym ciągle ktoś każe się wziąć w garść... Tyle że jakże często właśnie im tej garści brakuje... Ze smutku płynie wrażliwość, a właściwie nadwrażliwość. A w tym też i niezbyt pomyślne wizje na przyszłość świata, bo nadwrażliwość zła nie umie pominąć, nie umie udawać, że wszystko w porządku...

Jej życie było ciągłym zmaganiem się z depresją, która powraca i powraca, od czasu do czasu odbierając człowiekowi siły... Sam często z trudem otwieram rano powieki, choć muszę się brać w tę nieszczęsną garść, ale bardziej ze względu na innych niż na siebie...

Niesprawiedliwe jest życie. Jedni gnają w łatwością naprzód, inni zaś garści ciągle potrzebują, napominani bezlitośnie, bezrozumnie... A ta garść ledwo co - o ile w ogóle jest - potrafi chwycić i utrzymać...

Odszedł melancholijny głos, jakże charakterystyczny, przekazując treści starannie dobrane, spod piór najlepszych, bo to i Agnieszki Osieckiej, Jeremiego Przybory czy Jana Wołka... Wszystko zawsze najwyższej próby: muzycznie, lirycznie, wokalnie...

Była nie tylko przepojoną poezją piosenkarką, która lat temu już wiele wpadła w artystyczny obieg prześlicznym "Koncertem jesiennym na dwa świerszcze i wiatr w kominie", bo była też znakomitą reżyserką widowisk i programów... Na zawsze pozostanie w mej pamięci jako twórczyni przewspaniałego koncertu poświęconego Agnieszce Osieckiej "Zielono mi", wtedy, w tym powodziowym roku 1997... Specjalnie wtedy na to zjechałem z tej swojej Północy, po - jak się okazało - niezwykłe przeżycia... Bardzo to zapadło mi w pamięć... No i jeszcze jedna rzecz, także związana z Agnieszką Osiecką, którą niedługo przed końcem posadziła dla nas przed kamerami, by powspominać, ale i pogadać o tym, co jeszcze możliwe - "Rozmowy o zmierzchu i świcie"... Do dziś wracam do tamtych rozmów, przeprowadzanych rzeczywiście i o świcie, i wieczorami, a to nad warszawską Wisłą, to w mazurskich Krzyżach, w Ogrodzie Saskim, na plaży w Sopocie czy na krakowskim Kazimierzu...

Takie duchy przeszłości, wzruszające... Do nich dołączyła i Magda Umer... Pociechy na gorszy czas... Sztuka niewiele daje... Sam powiadam, że gdy się idzie do świątyni, nawet tej od sztuki, wraca się z niej z niczym. Ale zawsze ważne jest tu i teraz. Ten moment, gdy przed oczami obraz, wspomnienie, gdy rozbrzmiewa nuta... A im więcej smutku, tym donioślejsza każda wykwitła pośród niego radość... Tak uważała Magda Umer, że ci smutni, jeśli spadnie na nich nagle szczęsna chwila, jest ona o wiele większa i wspanialsza, niż radość tych, co radośni są na co dzień...

I dla tej małej choćby te lody malinowe...   

Magda Umer. Oczy tej małej. Słowa Agnieszka Osiecka, muzyka Zygmunt Konieczny: 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Jóhann Sigurjónsson. Fjalla-Eyvindur

Moc śnieguły, czyli duszpasterstwo koło lodowca

Na nieskończonej. Steinn Steinarr

Lokasenna, czyli pyskówka na górze albo kto jest bardziej niemęski

Jonas Lie. Eliasz i draug

Einar H. Kvaran. Posucha

Bukolla. Opowiastka islandzka

Kreml