Nic takiego, Timo (4)

 


 

 Spojrzenia Irakijczyka cechowały się wyjątkową niezwykłością, jakby ich właściciel wzrokiem swym omiótł był wszystko wokół w trakcie najtęższych i najdzikszych życiowych wtajemniczeń, jednak poprzez miejsce, w jakim obserwator je napotykał, gubiły swoją uwodzicielską moc i nie dawały nadziei na jakiekolwiek objaśnienia, które mogłyby choćby sugerować najdelikatniej, że w życiu o coś ciekawszego chodzi, poza samym gołym przetrwaniem przez jakiś czas pewnego zlepka atomów, licho wie, czemu takiego a nie innego, przetrwaniem pośród pytań, na które nie ma żadnych odpowiedzi poza nędznym, mimo swego przepychu, bałamutnym pustosłowiem. No bo gdyby coś... to przecież nie byłoby tego geszefciku w kraju dalekim a obcym, by przynajmniej w spokoju dotrwać pisanego kresu, a jakaś radosna, dająca pewność przepaść... Tak, tak, bo Timo umyślił sobie, że wyjaśnienie kryć się musi w jakiejś przepaści, która ostatecznie da potwierdzenie, że nie ma nigdzie zagadki do rozwiązania, nie ma szans na zadowalające słowo... Tyle że - jeśli się na nią decydujemy - wyboru dokonać musimy po omacku. Są tacy, co odważnie idą na skróty, w piękną, szaloną dosłowność, mając ją nawet za fach, skacząc z Trolltunga, Preikestolen czy innych wariackich kamiennych półek... I kto wie, czy nie jest to najwłaściwsze, najrozsądniejsze podejście do istnienia. Wcale nie takiego kruchego, jak wielu usiłuje nam wmawiać... Tego tu jednak najwyraźniej przepaść nie przekonuje, choć ostatecznie oddalenie, na jakie się był kiedyś zdecydował, by dziś sprzedać Timowi paczkę chusteczek, też można nazwać skokiem w przepaść, pogłębiającym spojrzenie skokiem w nieznane, jednak grunt, jaki osiągnął, to tylko spokojna platforma, na której szarość nawzajem świadczy sobie odpłatnie drobne usługi, tak by wszystko mogło się kręcić i by trwało to, od czego niektórzy mogą odskakiwać malowniczo, by dać do zrozumienia, że tu na prawdę o nic nie idzie, bez dwóch zdań, że nawet trwanie nie za każdą cenę może się odbywać... Bo jednak spokojność ciągle ufa, że tylko coś drobnego przeoczyła, tedy trzyma się pazurami złapanej tratwy... Nie bez znaczenia jest też naturalnie odczuwane zadowolenie... Więc może na tym wypada poprzestać. Solidniejsze to niż jakieś poetyckie bajania, które zresztą i tak kończą się gdzieś na tęsknocie o tym, żeby było przyjemnie, tylko że już w jakichś niewyobrażalnościach.

 Jestem śmiertelny. A zatem przepaść, by być może całą rzecz litościwe skrócić. Nie ma się co tak trzymać pazurami... A oczy to dwa bajora. Męskie tylko odrobinę głębsze, więc mają wyraz, w osobliwym zjawisku natury, jakim jest uczuciowość, ot tak, by - z niewytłumaczalnych powodów - pewien obszar biologicznych wykwitów zagmatwać. Powątpiewanie nadto malujące się w spojrzeniach, to też właściwość niektórych tylko oczu, zarezerwowanych dla jednej tylko psychicznej płci, u jednego tylko rodzaju. Kobiety płci obojga i wszystkie inne stworzenia wzrok mają niezmącony - to spokojne, ufne spojrzenia wieczności - w krzepie nawet na trwanie w cierpieniu...

 Zapłacił za zakupy i szybko odwrócił wzrok od tych oczu, co zdawały się widzieć już bezlik końców świata, a jednak patrzyły jeszcze z uporem, jakby ich właściciel należał do głupców sądzących, że jeśli raz jeszcze spróbują popełnić ten sam błąd, uzyskają tym razem inny niż poprzednio rezultat.

 Ach, jacy ludzie potrafią być niezachwiani. 

 Wyszedł ze sklepu i wreszcie pozbył się śladów śliny z twarzy, ocierając ją wonną chusteczką... 

 Pod wiatą nie siedział już staruszek. Jakby zniknął, bo przecież nie jechał żaden autobus. Głowę by sobie dał uciąć. Doskonale widział przez witrynę sklepu, że nic nie podjeżdżało. (Upewnił się jeszcze co do tego, sprawdzając rozkład jazdy, który wyraźnie informował o dużej dziurze czasowej między kursami o tej porze dnia.) Zniknięciu temu towarzyszyło jednak pojawienie się kilku osób w niebieskich kombinezonach. Osobliwie miejsce - ludzie znikają nie wiadomo gdzie i nie wiadomo skąd się nagle wyłaniają... Jakiś chłopak właśnie wytargał z wody na nabrzeże pokaźnego dorsza. To wyczarowało nagle tych wszystkich mężczyzn, rozentuzjazmowanych, hałaśliwie komentujących smakowitą zdobycz. To nagle oderwało ich od jakiejś pracy, gdziekolwiek ona się odbywała... A jeszcze chwilę temu wydawało mu się, że prawie nikogo tu nie ma, poza tym głębokookim sprzedawcą, zaczarowanym - jak się teraz okazało - staruszkiem i obleśnym właścicielem śmierdzącej terenówki, który był w zapluty sposób uprzejmy zwieźć go na dół na brzeg zatoki.

 I on się chwilę pogapił na złowioną rybę. Nagle też zjawił się jeszcze jeden człowiek . Bredesen - jak się okazało. Rosły, ponętny, o brzoskwiniowej cerze, w niebieskiej służbowej koszuli... Miał osobliwy wyraz twarzy, jakby niepewnego, zawstydzonego dziecka, które, by zadać pytanie, musi stoczyć jakąś solidną wewnętrzną walkę... Cóż za piękne oczy, bladoniebieskie... Łagodne niby, proszące nieśmiało, by nie odchodzić. Wpatrywał się nimi co chwilę w Tima, a potem nagle umykał wzrokiem gdzieś w bok albo raptem zerkał w jakąś nieokreśloną dal...

- Pan jest bliskim Timo Norema?

- Jestem jego synem.

- No tak. Jest pan bardzo podobny... Czy może pan się w jakiś sposób wylegitymować?

 Timo wydobył z plecaka swoje prawo jazdy.

- Więc nie mieszka pan w kraju.

- Niemal od zawsze. 

- Coś panu dolega? - spytał, rzucając nagle na Tima uważniejszym okiem.

- Nie, nie. Budzę się z jakiegoś myślowego chaosu. To przez spojrzenie kasjera w tym sklepie... I nagła myśl o przepaści. Widzę, że ją przyszedłem obejrzeć. I być może samemu się pogrążyć. Ale nie ma obawy. Nie zamierzam sprawiać kłopotów. Po prostu wyobraziłem sobie, że robię się raptem mężny, więc się wyrywam, ryzykownie... Choć nie ma co liczyć na spektakularność.

- Nie bardzo rozumiem...

- Ja też nie.

 Bredesen oddał Timowi prawo jazdy. Stał przez chwilę, gapiąc się w spokojną toń zatoki. Ci od ryby zniknęli, zupełnie jak ten staruszek spod wiaty.

- Kontaktował się pan z ojcem?

- Nie. Od dzieciństwa nie miałem z nim żadnej styczności. Nie powiem, że szukałem po omacku. Przypuszczając, gdzie może być ktoś, kto go zna, dotarłem tu. Myślałem, że zrobię mu niespodziankę, choć teraz nie jestem pewien czy by się ucieszył, gdybym go zastał na miejscu.

- Od lat tu mieszka.

- Czy mieszkał.

- Pan nic wcześniej nie wiedział.

- Nie, dopiero dzisiaj rano dowiedziałem się, że coś się stało, coś złego chyba...

- To staramy się ustalić... Długo pan tu zostanie?

- Pan Vernick chce chyba, bym trochę tu pobył. Nie wiem.

- Zatrzymał się pan u niego?

 Timo przytaknął.

- Czyli - podjął po przerwie Bredesen - nigdy pan z nim nie rozmawiał, w żaden sposób się nie kontaktował, nie dzwonił, nie pisał żadnych listów, maili...

- Nic. On sam chyba nigdy nie próbował też do mnie dotrzeć. Vernick oznajmił mi wprost, że ojciec nigdy o mnie nie wspominał, ani słowem.

- To chyba przykre...

- Bo ja wiem. Nie znam innej rzeczywistości. Matka zbudowała mur... Jeśli o nią chodzi, to od kilku lat jej unikam. Jestem bez serca i nie chcę kłopotów.

- A ma pan do niej jakieś namiary? Każdy kontakt może mieć znaczenie.

- Naturalnie - odparł Timo i podał policjantowi numer telefonu do matki. - Chyba go nie zmieniła. W każdym razie przestała już dzwonić. Ale żyje, bo na kilka dni przed wyjazdem widziałem ją na ulicy. W porę skręciłem w jedną z bram, by się przed nią ukryć...

- Tak...

- Wie pan, że wyobraziłem sobie teraz, jak pan leci w jakimś wymyślnym kombinezonie z - bo ja wiem - Trolltind... Skacze pan?

- Blisko - uśmiechnął się Bredesen. - Trochę skaczę, ale z samolotu. I każdego roku jeżdżę na Sylt, żeby trochę polatać.

- Ach tak... Dość jednak byłem celny w swych przypuszczeniach.

- Tak... A pan też coś...

- Nie, nie. Ja wszystkiego się boję. Może nie tak bardzo jak brat mojego ojca, ale pewnie jak ojciec... Pora więc może nabrać odwagi, choć chyba trudno mówić o nowym fachu...

- Pańska matka zatem nie wie, że pan tu jest?

- Nie. Rozumiem, że chce pan spytać czy życzę sobie dyskrecji? To nie ma znaczenia.

- Jasne...

- Dobrze... Gdyby jednak pan... - zaczął po chwili Bredesen.

- Tak , tak.

- To nie będą już panu przeszkadzać.

- Piękna okolica.

- Tak, to prawda. Miłego dnia, choć to może nie zabrzmiało najfortunniej. Przykro mi...

- Mnie trochę też. Czuję się w każdym razie rozczarowany.

- Domyślam się.

- Do widzenia panu.

- Do widzenia...

 Czy się nie obudził? Jak uważa Vernick? No, może trochę śnił. Jednym okiem na jawie, drugim w jakichś snach... Tym śniącym czasem przeskakiwał do rzeczywistości, tym wpatrzonym najczęściej w rzeczywistość zerkał niekiedy w krainę snu, dla równowagi, dla wewnętrznego ładu, dla miłej płynności.

 Znów zapomniał o pocztówce dla Rainera. Ale już mu się nie chciało wracać do sklepu. - Innym razem, innym razem - pomyślał, i ruszył w kierunku domu... Pomyślał, że to dom... - Czy nie jestem nazbyt bezczelny?

 Boleśnie przekonał się, że nie ma kondycji, bo gdy znalazł się na górze, tam gdzie wczoraj wysadził go kierowca autobusu, tuż przy ławkach i stoliku dla chcących odsapnąć podróżnych, dopadła go poważna zadyszka i poczuł, jak dygoczą mu nogi... - Nie niosą mnie... A więc przepaść, ale dla tych, którym brak energii. Żyć już nie umiem. Rainer będzie niepocieszony. Okropny, bowiem po tym, jak mu raz uległ, już nie przyjeżdżał do niego na swym wózku po jakieś głębsze treści, nie tak jak wcześniej... Choć, szukając plusów, mniej stał się przez to męczący. To miło ze strony mężczyzny, że gdy skończy, chce zaraz wracać do siebie - pomyślał z uśmiechem Timo. 

 Odpoczął chwilę. Przed nim był już najłatwiejszy odcinek drogi, bo przeważnie płaski... Minął okrągły hydrofor i zatopił się w lesie. Znów przeszedł obok mrowiska, potem opustoszałego białego domku i ścieżki do domu, po którym ledwie pozostały resztki osmalonej podmurówki, opuszczone już nawet przez duchy, czego Timo mógł być pewien, biorąc pod uwagę swe wyczulone ucho, a czasem takież oko, o czym jednak wolał nie wspominać nikomu...

 Ciekawość nie kazała mu jeszcze wchodzić do willi. Poszedł za to w to miejsce, któremu przyglądał się przy śniadaniu z kuchennego okna. Zaczął kropić deszcz i trawa znów namokła, tedy zaraz zaczęło mu chlupotać w półtrampkach...

- O kurwa - zaklął, widząc, że niewinna łączka nagle przemienia się w przepaść... - Tu cię mam...

- Widziałeś go? - Timo aż podskoczył ze strachu. Ach, to Vernick, który bezszelestnie zdołał zakraść się za jego plecami nad napotkane właśnie osuwisko.

 Nie wiedział, co ma powiedzieć.

- Spokojnie. Mnie się możesz przyznać.

- Zniknął właśnie tu, gdzie to urwisko.

Vernick pokiwał głową i poklepał Tima po ramieniu.

- Nie masz lepszych butów? Całkiem ci przemokły.

- Tak najbardziej lubię.

- Mieć mokro w butach?

- Zwykle tak miałem.

- Chyba czas, żeby powoli wtajemniczyć cię...

- A ten dziennikarz? - spytał Timo, gdy już zaczęli kierować się ku domowi.

- Zmiana planów... Ach, już mi się nie chce gadać. Naciągają mnie na wspominki i dziwią się, że rozwiewam ich ponure wyobrażenia o czasach, kiedy straszył paragraf 213... Będzie nam przyjemnie w tym wolnym czasie. Inger obiecała zagrać dziś Schumanna... Śmieję się, że po to, dla żywej muzyki wytargałem ją zza czarnej, żałobnej kotary na Jacob Aalls... Chciaż chyba nie jest z tego powodu szczęśliwa... Miałeś już tę wątpliwą przyjemność poznać Eyvinda... Dopadł cię.

 Timo wzruszył ramionami.

 - Nie był miły.

- Da się znieść.

- Akurat... Zmiany, zmiany - mruknął do siebie Vernick.

*

Timo uparł się, że jeśli ma nocować, to tylko w pokoju ojca. Nie chciał tej klitki na parterze, wolał przestronną pustkę sypialni ojca, osobliwej sypialni, w której odkrył ten sam sposób bycia, jakiemu sam hołdował... Można to nazwać abnegacją, chociaż w przypadku ojcowskiego lokum, była to jej skrajna postać. Dziwnie usytuowane, na lato absurdalne, bo jedno z okien wychodziło na północ i przy ładnej pogodzie w środku nocy słońce właśnie przez nie zaglądało z całą mocą do środka. A zasłona jeszcze na dodatek miała żółty kolor. Jakby to był pokój dla jakichś umartwień i rozpamiętywań... Całkowicie pusta drewniana przestrzeń, ciągnąca się przez całą szerokość domu, z oknami na południe i na wspomnianą północ. Jak wielka paka na owoce, skrzynia... Albo może powiększona trumna. Jej wyposażenie było nad wyraz skromne: w rogu, obok południowego okna stało łóżko, jakby pozyskane w trakcie likwidacji jakiegoś starego szpitala. Zaś pod oknem północnym stała stylowa, stara skrzynia, zielona, pomalowana nadto w czerwone róże...Zawierała w sobie garderobę ojca...

- Człowiek, jak się postara - zaczął Vernick - potrafi zużyć bardzo niewiele. Spodnie i bluzy można policzyć na palcach u rąk. Takie były jego potrzeby, styl à la Steve Jobs... - Timo zajrzał do wnętrza skrzyni, w której było ledwie kilka par niebieskich dżinsów i kilka czarnych bluz, i jeszcze ze dwa, trzy białe tiszerty oraz trochę zwiniętych w kulki skarpet... - Jesteś pewny, że będzie ci tu wygodnie, w tej nieprzytulnej surowości?...  Zabierz zatem z dołu pościel.

- Mogę używać tej, która tu jest.

- Tak sądzisz?

- Jakie to zaskakujące... - Timo rozejrzał się po pustych ścianach. Na dłuższej, naprzeciw drzwi, zauważył ślad, dziurę...

- To tu się właśnie zdarzyło. To pamiątka po rewolwerowcu...

- Ten pamiętny strzał, tak?

- Jakoś to się udało oczyścić. A ten się uparł, żeby właśnie być tutaj... Swoją drogą samobójcy mają czasem ultra brutalną fantazję, złośliwą, dokuczliwą...

- Hm... - Timo starał się przypomnieć sobie tamten moment. Nie pamięta tego strzału, natomiast słyszał nieprawdopodobny jazgot, wrzaski kobiet, kwiki... Niedługo potem mleczarz zwiózł ich na dół... Jego i matkę...

- To zostawiam cię teraz. Jak sprawunki?

- Załatwione... Spotkałem Bredesena.

- Już wiedział?

- Wiedział... Ładny.

- Owszem.

- Lata nad Syltem.

- O!

- Coś nowego?

- Chyba nie rozmawialiśmy o lataniu nad Syltem... No, dobra... Jest jeszcze coś, co dopełnia tę osobliwość. Pod łóżkiem znajdziesz całą masę zeszytów.

- To ta praca twórcza?

- Wspominałem o tym. Tylko od razu uprzedzam: to nic na miarę Málfríður Einarsdóttir.

 Timo domyślił się, że nie dokona tu jakichś oszałamiających odkryć, godnych zainteresowania publiczności... Ale nie wiedział, że jednak zostanie poważnie zaskoczony.

*

 I znów cisza... Starał się odnaleźć w pościeli jakiś szczególny, charakterystyczny zapach, ale jego zmysł powonienia niczego takiego nie wykrył. Wyciągnął się na łóżku o lekko może psim zapachu. ( - Wilkołak - uśmiechnął się do swej myśli Timo. - Hamramr.) Zamknął oczy i wyobraził sobie mężczyznę, który nocował tu przez te wszystkie lata, pod dziurą w ścianie. Chwila senności. Bardzo jednak krótka, bo naraz coś, jakaś potężna siła jakby pchnęła jego nogi w górę. Kiedy się ocknął, usłyszał huk, jak gdyby uniesione przed chwilą z jednej strony łóżko raptem razem z nim runęło z powrotem na podłogę. Usiadł gwałtownie. To było takie realistyczne. Ktoś rzeczywiście uniósł łóżko, a potem zrzucił z wysokości? Zajrzał pod nie. Leżały tam stosy zeszytów w czarnej oprawie. Kusiły swoją obecnością. Ale było tam coś jeszcze. Poruszało się, kłębiło bezszelestnie. 

- Wariujemy, Timo?

 Zakaszlał. Wody!... Wstał z łóżka, żeby pójść na dół po butelkę mineralnej albo może po trochę kawy z ogromnego termosu, o którego zawartość troszczyła się Inger... Gdy wychodził z pokoju, kątem oka ujrzał, jak to coś spod łóżka czym prędzej czmychnęło w przeciwległy róg pokoju... Gryzmoł jakiś, narastający gwałtownie, jak chcący wszystko pożreć poszarpany człekokształtny cień, wypłoszył Tima na zewnątrz. Z bijącym sercem zatrzasnął drzwi i czym prędzej zbiegł w samych skarpetkach na dół...

 Ohyda, w jednej, nie dość że brudnej, była dziura, przez którą paluch zerkał sobie na świata tego doły...

cdn


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Jóhann Sigurjónsson. Fjalla-Eyvindur

Moc śnieguły, czyli duszpasterstwo koło lodowca

Jonas Lie. Eliasz i draug

Lokasenna, czyli pyskówka na górze albo kto jest bardziej niemęski

Kreml

Na nieskończonej. Steinn Steinarr

Breiðfjörð

Arne Garborg. Śmierć