Przyciąganie VIII

 




- Rien ne va plus - mówi Timo, gdy zatrzasnęły się już drzwi w samolociku, który rusza teraz w kierunku pasa startowego.

Pol się śmieje i klepie Tima po udzie. Timo jakoś to toleruje i odwraca się w stronę okna. 

Samolot ustawia się po północnej stronie pasa, by się na nim rozpędzić pod południowy podmuch. Niewielka maszyna rozpędza się i chwilę potem już leci nad wodą. Zanim obierze właściwy kierunek, zmierza ku Álftanes...

- Gdy Laxness był mały, pewien chłopczyk wypływał z dziadkiem na połów zajęcy morskich, tuż przed świtem, gdy wszyscy jeszcze spali, a na Álftanes tylko w jednym oknie małej chatki migotało słabe światełko łojówki...

- Znasz i to.

- Rzecz godna zapamiętania.

Samolot zaczyna kreślić łuk, by wejść na kurs zgodny mniej więcej z tym obranym przez Słonecznego Wędrowca.

- Sam zapamiętałem takie światełko, też to było w czasach, gdy byłem jeszcze mały i gdy wszyscy jeszcze żyli... - kontynuuje Timo.

- Opowiesz?

- Właściwie nie ma wiele do opowiadania. Te najcenniejsze rzeczy zdają się niczym. Po prostu pewnego wieczora postanowiłem, że nie będę spać. Z biegiem czasu gasły w okolicy światła, i tylko w domu naprzeciwko się świeciło w małym oknie. Różowawe światło. Rozświetlone tylko dwa okna, moje i tamtego kogoś, nie wiem nawet kogo... I tak aż do świtu, kiedy to wyszedłem na spacer rozświergotany wróblami. W narastającym blasku poranka blakło różowe okienko... A ja tylko czułem żal. Napawałem się tamtej nocy po prostu spokojem, kosmiczną ciszą, było mi zwyczajnie dobrze. I bolało mnie, że to wszystko się kończy. Lepsza była samotność, gdy niemal wszyscy spali, niż gdy wszyscy krzątali się wybudzeni... Nawet nie czyniłem żadnych postanowień względem tamtej cichej, pustej nocy. Sama się wkleiła w moją pamięć, na jednym z pierwszych miejsc, na stałe, nie do podmiany... Można by porymować, mówiąc: Mimo krwi i kości, nic prócz widmowości... I tylko przenikająca wszystko cisza, jako jedyna prawda... Słowa na nic się zdają. Muzyka coś próbuje, ale to przecież tylko nadęty bełkot, który też w swej nastrojowości w końcu zmierza do ciszy...

- Jak ładnie słońce skrzy się na falach. Rozpogadza się.

- I miasto już za nami, co lubi, jak się dużo umie.

- Najlepiej tu mieć coś z olbrzyma i trolla. Jak ten Barður, co się w Dovre wyuczył najpierw sportów rożnych i czarów, a dopiero potem przybił do tych brzegów... Ponoć umie sprawić ten jaskiniowy duch gór, że dwie dalekie dusze potrafią się zejść... Zaraz będziemy lecieć nad jego krainą... 

- Tak, tak... Chciał, żebyśmy się spotkali?

- Kto go tam wie?... Edda musi raz w roku przyjechać na Snæfellsnes, by dać głos w śpiewającej grocie... To ta, co śpiewa na pogrzebach.

- Też jakieś porozumienie z duchami... 

- Rodzinne to, choć do duchów podchodzą z innych pozycji. Jedna strona nawet całkiem instytucjonalne ma podejście, ta, która do rzeczy zaświatowych i nadnaturalnych iście miłosny ma stosunek...

- Miłosny?

- Zatem poważny. Miłość tak przecież patrzy głęboko, wnikliwie, całkiem na serio. Siostra Eddy korzysta z przychylnych kobiecie czasów i jest pastorem.

- Ojoj.

- Nie wszyscy mają łatwość w akceptacji takich zjawisk. 

- Jeśli komuś zależy na estetyce i dostojeństwie...

- Uważasz, że lepiej sprawdzają się w norach?

- Nie wiem, doprawdy...

- Może tak właśnie jest? Brałem udział w chrzcinach z nią w roli kapłana. Wszystko poprawnie, ale istotnie brakowało temu dostojeństwa, a estetyczny zgrzyt nadawał wszystkiemu charakter parodii.

- No widzisz.

- Ale to chyba nie ma znaczenia, jeśli idzie o magiczną skuteczność działań, bo wszystko zależy od tego, jak się wszyscy umówimy... Estetyka zresztą w ogóle szwankowała w tamtych okolicznościach. Potem zorganizowano małe przyjęcie z wysokosłodzonymi napojami, na którym wszyscy byli ładnie wystrojeni, tyle że bez butów, a jedynie w skarpetkach...

- Nie znoszę ludzkich stóp. Im bardziej są skryte, tym lepiej.

- A niektóre świątynie wymagają zzucia obuwia. I domy nimi bywają. Ale o czym my tu gadamy? Jakieś dziwne instytucje od fantazji i...

- Te instytucje wcale nie są takie dziwne - zauważa Timo. - I mniejsza o kwestie równouprawnienia. Są głębsze przesądy, które jednak potrzebują pewnej regulacji pośród metafizycznych dreszczy. Nawet człowiek samotny żyje w bardzo ludnym środowisku, bo jeśli nie roi się od czegoś na zewnątrz, roić się zaczyna w środku. Nadto tyle jest jeszcze luk w naszej wiedzy, że zawsze trzeba będzie jakoś te nieszczelności wypełniać. Dobrze - że się tak do "Doktora Faustusa" odwołam - jeśli to dzieje się w jakimś porządku, dobrze, gdy jest jakaś rozumna moc umiejąca sferę ciążącą ku chaosowi, cały ten umysłowy bałagan fantastycznych niesamowitości, ten ocean demonizmu sprowadzić w jakąś obiektywną dyscyplinę... I nawet w tych pogańskich niesamowitościach istnieje jakiś porządek... Te wszystkie duchy, bogowie, Barðury i inne Chrystusy to doskonały materiał na szaleństwo... Jednak niekoniecznie to musi być wariactwo - ktoś nad tym czuwa: kapłan, wioskowy mądrala czy ludowa bajka, spójna i trzymająca ducha na uwięzi pewnych tylko specjalizacji. Wszystko osuwa się w demonizm, jak zauważa Strindberg, bo my to potwory, ale przy w miarę zdrowych zmysłach, gotowi jednak pohamowywać tych, co brukają zanadto nasze wspólne wyobrażenia.

- No tak. Lepiej, gdy ten chaos kipi w pojedynczych tylko przypadkach - odpowiada Pol, pokazując wymownie palcem na Tima.

- Ale to niegroźne, bo niczego nie głoszę... Zazdroszczę nawet tym, co wierzą autorytetom podającym na tacy świat do wierzenia. We mnie wlewa się wszystko jak w szambiarkę i nic nie czuję, poza może czymś, co przypomina rażenie prądem, ma się rozumieć od czasu do czasu... - Timo przykłada do skroni dłonie o rozcapierzonych palcach, którymi macha przez chwilę: - Hatifnat...

- Taki przypomina mi prezerwatywę z przeznaczaną dla niej zawartością.

- W pewnym momencie nabrałem podobnych skojarzeń... Nic też to oryginalnego. Coraz więcej Hatifnatów na świecie. Małe trollowate zwierzątka. Może w wielkich miastach szczególnie ich dużo. W wielopiętrowych domach niemal każdy ma takiego trollowatego stworka pod podłogą, którego słyszy wieczorami, jak tam się krząta, postukuje, ale jest on w zasadzie niewidzialny i poza tym niesłyszalny. Nic ich nie obchodzi, tak jak nas, co sami jesteśmy takim Hatifnatami dla sąsiadów z góry. A jak mamy czas, pakujemy się, by gnać dookoła świata, nigdzie się na dłużej nie zatrzymując, i nie widać po nas, byśmy mieli pod naskórkiem jakieś uczucia, czy się naprawdę umiemy cieszyć, smucić, dziwić; ani źli, ani dobrzy, doładowani chemiczną burzą... Mama Muminka wątpi, czy mamy, my, Hatifnatowie, jakiekolwiek uczucia...

- A ty?

- Może jak ten pies, co się przyplątał do malarza...

- W dobrym zrządzeniu losu.

- Widocznie duch gór zesłał paskudną pogodę, by cię o pewnej konkretnej porze zatrzymać przy klawiaturze komputera, na stronce ze sprośnościami... Ale to może tylko drobne przecięcie się dróg... Lecimy teraz razem, tylko gdzie? Ty na swoje złomowisko, a ja może do horyzontu... 

- I póki co na pogrzeb... A co do horyzontu: tam wszędzie jest przecież blisko.

- No tak... Na pogrzeby krewnych nie chodziłem. Na znajomych też... Zresztą nigdy nie miałem żadnych... Mogę pójść więc na pogrzeb nieznajomego. Ale nabożeństwa nie będzie chyba odprawiać ta kobieta.

- Chyba nie.

- Miejmy nadzieję. Oczywiście nic mi do kwestii kompetencji. Ale ja im trochę współczuję, bo nie dość że generalnie wśród ludzi talentów nie za wiele, to za kogokolwiek się przebiorą albo w jakąkolwiek pozaartystyczną wejdą rolę, zawsze gubią się w smutnych w istocie, całkiem zwykle mimowolnych przerysowaniach, smutnych, gdyż bawić one mogą jedynie u dzieci.

- Mam znajomego, który powtarza, że najlepsze kobiety zawsze odkrywał wśród mężczyzn, a największe chuje zawsze były damskie...

- Pięknie wszystko z góry wygląda - mówi Timo. - I tyle wody, ale nic do picia...

- Nie da się ukryć...

***

W tym samym czasie Pal zachodzi do składowiska makulatury Bækura... Spragniony cudu mężczyzna jakoś nigdy nie dostrzegał, że ma go przecież codziennie przed oczami, bo przecież Drengur Bækur zdawał się być człowiekiem, co przybył tu z pierwszymi osadnikami i od tamtej pory ledwie może ze dwa razy w życiu się ogolił, nadto siedział od wielu już lat w zakurzonej księgarnio - graciarni, żyjąc pośród zetlałych myśli o kęsie strawy i łyku wody, bogaty biedak o ciągle jeszcze jakoś wydolnych płucach... Pal wchodzi i od razu ma wrażenie, że gardło zamienia mu się w suchą pustynię.

- I ciebie do relikwii przyciągnęło wreszcie - rozbrzmiewa spod zażółconej od papierosów dzikiej brody.

- Króliki.

- Co?

- Chodzi mi o króliki. Na takim obrazie. 

- A może ci idzie o zająca? Dürera? Mam tu gdzieś w jakimś albumie...

- Nie. Króliki.

- Tak to my się nie dogadamy. Co za króliki?

- Mam szukać.

- Macie te swoje internety, to co mi głowę zawracasz. 

- Ale ja mam uczciwie. No i nie pamiętam, o kogo to chodzi. Że niderlandzki. Letnik mi poradził. Bez podpórek mam poszukać zmiażdżonych...

- A... To ci i słusznie poradził, gamoniu.

- A co to tak do mnie niegrzecznie.

- Bo ci się kazał rozsądnie głupotką zająć. Szukać czegoś, co znaleźć można.

- Jacy wy wszyscy mądrzy.

- Ludzie mają łeb. Ostatnio nawet ustalili, badając wszelkie dokumenty, plany miejsca, ściśle Hawru, z epoki i biorąc pod uwagę azymut słońca, że oto Monet na swym słynnym obrazie sportretował w impresjonistycznym duchu wschodzące słońce dnia 13 listopada 1872 roku o godzinie 7:35... Udało się, z astronomiczną precyzją...

- No i co?

- Takie samo nic, gdy ty znajdziesz króliki.

- Jakbyście się zmówili.

- Ja ci to przyniosę.

- Tak?

- To wiesz o co chodzi? 

- Ale nie powiem, by cię nie kusiło... Jak zadanie, to zadanie. W każdym razie mądrzejsze niż to twoje łażenie po płaskowyżu... Jeszcze coś wyłazisz tam.

- A więc uważasz, że to możliwe?

- Nic nie uważam. Nie chciałbym tylko, żebyś zwariował... Wszyscy tu przestali dorastać...

- Co masz na myśli? 

- Tylko bajki coraz bardziej gówniane i w zabawki wszystko przekształcone. A bajki zwykle są złe - mówi, grożąc palcem.

- A jakbym chciał sobie poczytać?

- Byle nie gówno. Senekę proponuję.

- Tak... A, coś słyszałem...

- Idź tam na konie popatrz. I nie łaź niepotrzebnie...

- Myślałem, że ludzie szybko się przyzwyczajają, a tu im dalej w czasie, tym bardziej to razi...

- Daj ty pokój zmarłym.

- Wcale nie umarł.

- To poezja i filozofia dramatu...

- Ale...

- Już ci łeb siwieje, a mam ochotę pogonić cię jak chłystka!

- Ale króliki będą?

- Postaram się. Wieczorem dostaniesz. I trochę rzymskiej mądrości... Lupę masz?

- Dziadkową.

- Pewnie się nada... I nie włócz się, powiadam.

- Ale gdy taki mus...

- I chór u Seneki się zastanawia, czemu bogowie, co ład we wszechświecie zapewniają, nie dbają o karę dla niesprawiedliwych, i Edda stara problem ten podnosi... Ale cóż zrobisz?... Biedy jeszcze napytać sobie można...

- A ty coś chcesz mi powiedzieć?

- Nic. Ja tu siedzę tylko, zakurzony.

- Ach tak...

- Zmykaj! 

***

Po przylocie Pol i Timo jadą zaraz do gospody, by przy obiedzie omówić szczegóły dotyczące wyjazdu na pogrzeb. Pol orientuje się, że do miejsca swych niegdysiejszych wniebowstąpień dojadą z zupełnie innej strony niż się spodziewał...

- Jaka szkoda... No rzeczywiście, gdyby chcieć jechać tam od wschodu, trzeba by było zrobić wiele niepotrzebnych kilometrów. Co ja sobie ubzdurałem, że będzie tak jak wtedy?... Hm...

- Ale zawsze możemy sobie tam jakąś wycieczkę krajoznawczą zrobić - powiada Edda, kładąc na serwetkach sztućce.

- No trudno. Trzeba to zaakceptować.

- Niejedna droga prowadzi do nieba - dodaje żona Eddy, przysiadając się do gości...

- Postęp otwiera ich coraz więcej - mówi Timo, mrugając do Eddy, która mu się bardzo spodobała. 

- A Pal gdzie? - pyta Pol.

- Nosi go, jak zwykle - odpowiada Edda.

- Dużo będzie ludzi na uroczystości? - pyta Timo.

- Zdaje się, że nie - mówi Edda.

- Będziemy zatem dobrze widoczni - stwierdza Pol. - Tajemniczy nieznajomi na pogrzebie. Będzie na umarłego, że coś za życia zatajał...

- Życie się toczy i nawet przy zamkniętej szczelnie trumnie mogą zdarzyć się niespodzianki.

- Ale my tylko dla wrażeń artystycznych - mówi Pol, unosząc dłonie w geście poddania.

CDN   

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Jóhann Sigurjónsson. Fjalla-Eyvindur

Moc śnieguły, czyli duszpasterstwo koło lodowca

Na nieskończonej. Steinn Steinarr

Jonas Lie. Eliasz i draug

Lokasenna, czyli pyskówka na górze albo kto jest bardziej niemęski

Kreml

Den kjøttetende hesten, czyli mięsożerny koń. Svalbardzkie historie Sundmana

Bukolla. Opowiastka islandzka