Chwistek

 


O Chwistku to tak od lat od czasu do czasu myślałem. Głównie w związku oczywiście z Witkacym, bo postać Leona Chwistka jest z naszym czołowym katastrofistą nierozerwalnie powiązana, tylko tak się podziało, że Witkacy wreszcie zdobył sobie publiczność (choć najwięcej jej dopiero po śmierci przyszło), Chwistek natomiast gdzieś tam przepadł, a przynajmniej jego literackie dzieła... Witkacy stał się artystą głośnym i rozgłos Witkacego ciągnie za sobą Chwistka, bo ten matematyk, filozof, malarz i pisarz w twórczości tego pierwszego ciągle się pojawia, bo też i Witkacy i Chwistek ciągle wiedli ze sobą filozoficzne spory, głównie chyba o rzeczywistość, bo ten pierwszy uważał, że jest jedna, choć ujmowana na rozmaite sposoby, drugi widział jej wielość... I pierwszy był w swoim mniemaniu głęboki, tego drugiego uważając za spłyciarza... To była przyjaźń dozgonna i dozgonna nienawiść, bardziej może artystyczno - filozoficzna, niemniej na liście przyjaciół Chwistek znalazł się w końcu na miejscu oznaczającym dno... Bo Witkacy miał taką listę... I w łaskach, rzecz jasna o rozmaitym natężeniu, byli ci, co znajdowali się na owej liście ponad Chwistkiem... Kiedyś z Witkacym poróżnił się po czasach długiej przyjaźni Antoni Słonimski, który w swych Wspomnieniach warszawskich, tak pisał: Przyjaźniłem się z tym wybitnie interesującym pisarzem, malarzem i filozofem. Byłem nawet kiedyś na trzecim miejscu na jego liście przyjaciół. Witkacy miał bowiem ponumerowaną listę przyjaciół i zawiadamiał o każdorazowej zmianie. Po recenzji jego sztuki "Pragmatyści" dostałem od niego kartkę: "Zawiadamiamy Pana niniejszym, że został pan przeniesiony na naszej liście przyjaciół z miejsca numer trzy na miejsce numer czterdzieści osiem (poniżej Chwistka)". Oznaczało to już zupełne peryferie przyjaźni...

Witkacy jest, ocalał, Chwistek ocalał w Witkacym, bo tak poza nim niewiele się o nim chyba pamięta. Wpisał się Chwistek w legendy Krakowa, Zakopanego i Lwowa, miłośnicy malarstwa zapewne znają jego bardzo interesujące formistyczne prace... Matematyk, świetny nauczyciel, uwielbiany przez uczniów i studentów, otoczony ich wianuszkami w trakcie rozfilozofowanych przechadzek po Plantach, również spacerowicz z Krupówek otoczony paniami... Przyjaciel Witkacego od lat dzieciństwa, część tego interesującego zakopiańskiego kółeczka całkiem wybitnych i znaczących później postaci... Przyjaźń, która przetrwała, lecz najeżyła się kolcami, bo obaj panowie potrafili sobie wbijać doprawdy bolesne szpile...

Witkacy żył z pewnymi kompleksami, bo nie był tak doskonale w sensie formalnym jak Leon Chwistek wykształcony, z kolei Chwistek, którego w 622 upadkach Bunga Stanisław Ignacy Witkiewicz uwiecznił w postaci barona Brummela, chciał dorównywać przyjacielowi w produkcji literackiej, tyle że niewiele z niej pozostało - jedna powieść poszła z dymem, druga ostała się we fragmentach drukowanych przed wojną, a całość jej spłonęła razem z Warszawą... Tak wyszło. Bo sam Chwistek nie bardzo umiał chodzić koło swoich interesów, tak więc to rzeczy się mają po pożodze wojennej...

To co zostało Ludwik Bohdan Grzeniewski zebrał w takiej swojej próbie rekonstrukcji Leona Chwistka Pałaców Boga. Niczego nie dopisywał, ale, chcąc przywrócić polskiej literaturze ten rozsypany utwór, zebrał, co się dało i wstawił w to łaty literackie wprost z Jana Lechonia i jego Siedmiu grzechów głównych... No bo praca Chwistka to właśnie wędrówka w światy owych grzechów...

A ja tak sobie miałem powędrować po to do biblioteki, bo to takie rzadkie wydawnictwo, taki jeden wyskok (no - podwójny, w związku z dwoma jeszcze znaleziskami), ale wcześniej jeszcze tak przypadkiem całkiem niedaleko od siebie natrafiłem na antykwariat - dość nowa to placówka, pełna jednak prawdziwych perełek. W środku był zawiadujący całym tym papierowym chaosem starszy pan (ciekawe, że tak piszę, ciągle nie wierzący we własną starość - to inni się starzeją, to inni na śmierć skazani), który monologował coś do jakiejś pani. Zacząłem sobie po cichutku przeglądać zawartość przepełnionych półek. Ale pan zaraz przystąpił do mnie; tamta pani bowiem nie okazywała chęci do jakichś głębszych dyskusji, ba - miałem wrażenie, że już chciała sobie pójść, z trudem niejakim powstrzymywana jedynie przez grzeczność... Ja byłem mniej ostrożny. Pan się spytał, czy może mi coś doradzić, na co ja odparłem, że nie, że tak po prostu liczę na jakąś niespodziankę. Jednak - ponieważ zawsze lubię prawić komplementy - pochwaliłem księgozbiór: Ależ pan ma tutaj osypisko istnych skarbów, wśród nich wiele znajomych nazwisk, przyjaciół nawet, nie waham się powiedzieć... No i się zaczęło. Od Stefana Zweiga, przez rodzinę literacką Mannów, po Conrada i Andre Gide'a... To jednak ledwie wstęp był... Pasjonat trafił na uosobienie grzecznej cierpliwości, dorzucającej jedynie do całej eksperckości antykwariusza - filozofa jakieś tam swoje intelektualne grosiki... No, okazało się nadto, że znamy tych samych profesorów, więc i się anegdoty posypały... Tak - humaniści... Ja od początku wiedziałem, że niczego w życiu nie będę umiał, więc humanistyka wydała się czymś naturalnym... Naraz jakbym się znowu znalazł na jakichś ćwiczeniach, chociaż może bardziej chaotycznych, bo wynikłych po prostu z towarzyskiego pragnienia... Człowiek czasem musi się wygadać, acz nie zawsze ma komu - ludzie biegną, czasem coś kupią, zainteresowanie niezbyt duże, bo i może miejsce niezbyt fortunne, ale przede wszystkim nikt nie chce się zatrzymać na trzy godziny, tak jak ja się zatrzymałem... Może nie żeby mnie pasjonowały rozmowy o literaturze - uczestniczenie w wykładach o niej uznawałem kiedyś za dość obłąkańczy sposób na spędzanie czasu, a gadanie o samych tylko książkach jest trochę takim pustym popisem kolekcjonerskim... Ja jednak zgadzam się zawsze z tym, co mówił Jerzy Pilch, że książka jest po to, by siąść z nią po robocie i coś razem z nią przeżyć innego, ale nie po to, by ona stawała się jakimś ciężarem, jakąś konfekcją, w którą się stroimy, albo - nie daj Boże - obiektem, który jest zadaniem na egzamin z cudzej mądrości... Ważni są oczywiście recenzenci i rozmaici zachęcacze, ale już w międzyludzkich, bezpośrednich kontaktach takie spowiedzi mogą być co najmniej oszałamiające. Jednak mnie się tak zdarza, że bez żadnego szemrania daję się ludziom okradać z czasu, by mi opowiadali o swoim życiu, o swoich ulubionych rzeczach, książkach, o polityce - każdą treść można we mnie wepchnąć - nie gniewam się, jak na życzliwego spowiednika przystało... Bywa, że człowiek chce w krótkim czasie powiedzieć wszystko, tedy całkiem niedawno jakby na głowę spadła mi literacka mozaika... Kiedy tak rozmowa toczyła się o wymienionych już pisarzach, zaraz doszli a to Strindberg, a to Hamsun, Dostojewski, Przybyszewski... Raptem mi się w oczy rzucił Chwistek... - Niech pan patrzy, chyba on mnie tu przyciągnął, bo sobie to chciałem przeczytać...  - A no, Chwistek... Kolejny napęd... I kolejne przytknięcie karty do terminala... I o Chwistku miał mnóstwo wiadomości; oczywiście zaraz Witkacy, Malinowski, Miciński, Malczewski... Rozrzut coraz szerszy, bo i myśl leninowska się wplątała - też przy okazji Chwistka... A potem dalsze szybowania w umykającym czasie, wszystko: od Kalevali po Prousta, i dom wieszczów przy Krupniczej; Szymborska,Włodek, Filipowicz, Mrożek, Czycz, Bursa, Maj... A to tylko ułamek tego wszystkiego, bo jeszcze Bergman, bo Ibsen, bo Shaw, bo Mickiewicz... Jak wróciłem do domu, musiałem zażyć dwa Apapy... Przeszedłem z panem na ty i oczywiście żebym koniecznie jeszcze zajrzał... 

No i Chwistek... Ambitne zamierzenie, bo coś jakby wędrówka Dantego. Barwna, soczysta. Dante szedł w Piekło, Czyściec i Raj, Irydion Poniflet, metropolita wszechsłowiańskiej cerkwi schodzi w doły, bo Pałace Boga są wszędzie. Bo Bóg mieszka w rowach strzeleckich, w norach biedaków, w podmiejskich lepniakach, w zwykłych mieszkaniach, w lasach, w przydrożnych kapliczkach i w składach na rupiecie. Jeśli te pałace są wszędzie, to wszystkie je trzeba poznać. Przywołuje go nędzarka. W dołach grzechy podobne tym na górze, choć z innych powodów one... Grzechy w bogactwach, grzechy w nędzach. Siedem godzin, siedem grzechów. Nieczystość, pycha, chciwość, lenistwo, nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu, gniew, zazdrość. Poznać, oprzeć się. Oprzeć się im na górze, by dół odetchnął.

Witkacy nie miał wielkich złudzeń co do ludzkości... Rżną się ogłupiałe bydlęta ludzkie, aby innym bydlętom kiedyś było troszkę lepiej... A dziś, gdy nam troszkę lepiej - dodaję od siebie - wszystko zaczynamy negować. Gorszych bydląt nad ludzi nie ma w całym Wszechświecie - dodał Witkacy w Nienasyceniu. I przypieczętował to swoją rezygnacją we wrześniu 1939, na wieść, że wszedł też i Wschód... Znał go z autopsji.

Jak powiada Grzeniewski, Leon Chwistek zderzał się z Witkacym na wszystkich płaszczyznach, na gruncie filozofii, estetyki, praktyki malarskiej, ale także w ocenie własnej współczesności, w ocenie roli i miejsca intelektualisty w noc głodu, kryzysu faszyzmu. Chwistek z pasją pisał, że bydlętami są ci wszyscy, którzy - zamknięci w atmosferze zacisznej pracowni - patrzą obojętnie na nędzę i krzywdę ludzką lub odwracają się od niej ze wstrętem i obrzydzeniem. A Estreicher pisał o Chwistku, że coraz wyraźniej spoglądał na wielki eksperyment socjalizmu w Rosji jako na jedyną drogę mogącą ocalić Polskę. Jeden z nielicznych u nas widział, że z walki z faszyzmem Rosja wyjdzie zwycięsko.

Podjęto pewien eksperyment. Niby naprawa ludzkości. Przepojeni wiarą ludzie. Sprawiedliwość i postęp. Piękne hasła, budzące sympatię. Jednak  barbarzyństwo po obu stronach się szerzyło. Autor rekonstrukcji powiada, że wszystko z Pałaców Boga i fascynacji ich autora zyskało historyczną perspektywę. To było w 1979 roku. Dziś można powiedzieć, że ta perspektywa jest jeszcze głębsza... Oto jak się sroży Wschód, co tak kiedyś uwodził swym "wysiłkiem organizacyjnym". Co na górze, kradnie tak, że żyje w ociekających złotem pałacach, a nędza zapijaczona niekoniecznie szampanem gwałci sobie na dole, okrada skromne domki i sra do wanny... Wystarczy ten jeden balon grzechów, co ma swój wierzch i swój spód...

Urocze to, z głębią i troską. Ciągle poruszająca myśl, co zrobić, żeby naprawić ten świat. Co zrobić z głową, żeby za nią nie psuła się reszta organizmu... Jakież to zawsze na czasie, także teraz, gdy z jednej strony jakaś dzicz sra do wanny, a z drugiej jakiemuś pomarańczowemu wariatowi wydaje się, że jest bogiem... Wszystko przerabiane już tyle razy, a koszta coraz wyższe...

Tej troski dotyka ten ostały we fragmentach utwór, jakże złożony, pomyślany z rozmachem, o wielkiej skali tonacji powieściowych od traktatu filozoficznego, jakby na wzór mistrzów Odrodzenia, po felietonową groteskę satyryczną... Szczególnie dla mnie ujmujący w swym zakopiańskim wymiarze... Coś tam z Micińskiego, a coś jednocześnie z Strugowego Zakopanoptikonu... (oj, biedne Tatry moje kochane, którym coraz gorzej się wiedzie pod ludzkim butem urlopowym...)

Leon Chwistek, co w udany sposób łączył trzy rzeczy: młodopolski styl życia, ścisłość neopozytywistycznej filozofii i zuchwałość z swej malarskiej pasji.

Ładne wspomnienie pozostawił jeden z jego uczniów z krakowskiego gimnazjum Jana Sobieskiego: Godzinami dyskutował, przechadzając się po mieście. Przypominał perypatetyków starożytnych, gdy w słoneczny dzień szedł przez Planty w Krakowie lub posuwał się powoli Krupówkami, przystając co chwila, kiedy dyskusja była szczególnie interesująca. Wokół niego szła zawsze gromadka uczniów i przyjaciół, z zainteresowaniem słuchając jego wykładu, wygłaszanego z niecodziennym wdziękiem osobistym. Nieco ociężały w ruchach, krótkowzroczny, powolny, budził sympatię otwartą, szczerą twarzą o miłym uśmiechu.

Perypatetyk ciężkiej wagi, jak mówił Jalu Kurek.

I Witkacy: Sama postać jego jest groźna w swej bawolej wprost potędze, gdy porusza się chwiejąc się jakby z nadmiaru panującego we wnętrzu jej duchowego ciśnienia. Ale nade wszystko poczucie metafizycznej grozy budzi w widzu niesamowity łeb jego, nabity guzami mądrości nadludzkiej jakiejś, pod którego sklepionym, jak kopuła Bramantego, czołem wybałuszone na bezmiar tajemnicy oczy - gały zdają się promieniować fluidem spreparowanym z zamarzłych promieni - powiększające jeszcze już i tak wielką grozę, odczuwaną przez wszystkich, nawet najbliższych, w razie znajdowania się w dosięgu myśli (i szabli) tego prawdziwego tytana ducha i ciała.

No, i takie to wspomnienie o Chwistku, w czasach, gdy świat wydawał się trochę naprawiony, a zdaje się na nowo psuć...

Jemu, gdy gdy umierał w 1944 roku z Moskwie, wydawało się, że świat idzie ku lepszemu, szedł tymczasem w nowe zło, choć spokojniejsze, na pewien czas... 

***

Ludwik Bohdan Grzeniewski, Leona Chwistka Pałace Boga. Próba rekonstrukcji, PIW, Warszawa 1979. 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Jóhann Sigurjónsson. Fjalla-Eyvindur

Moc śnieguły, czyli duszpasterstwo koło lodowca

Na nieskończonej. Steinn Steinarr

Lokasenna, czyli pyskówka na górze albo kto jest bardziej niemęski

Jonas Lie. Eliasz i draug

Einar H. Kvaran. Posucha

Kreml

Bukolla. Opowiastka islandzka