Przyciąganie XIV

 


- Krwawisz - zauważa Pol.

- Jeszcze?

Pol urywa kawałek papieru toaletowego i przytyka go troskliwie do rubinowej kropelki tuż pod nosem Tima.

- Nie możesz sobie darować - mówi z uśmiechem Timo, któremu przed chwilą, w trakcie golenia, przypomniało się coś śmiesznego, co wpędziło go w stan chwilowej głupawki.

- Dobrze, że nie mam na stanie brzytwy, bo ten dobry humor mógłby mieć jeszcze bardziej krwawe konsekwencje.

- Ależ to mogłoby być fantastyczne. Oto w kałuży krwi leży człowiek, który zarżnął się ze śmiechu... O, myślę sobie, że winniśmy się wyprawiać na tamten świat w chwili wesołości.

Timo odrywa papierek od rany nad górną wargą... - Świeża krew, w kropelkowej dawce, w złote oprawy by się nadawała, a w tym papierku już tylko rdzą bezwartościową pozostaje... Fuj... Przypominają mi się głupie rzeczy - jakiś przeestetyzowany pustak opowiadał o swych doznaniach przy jedzeniu trznadli. Dekadencka paszcza zaciskała zęby na drobnej ptaszynce, miażdżąc jej ciałko, wszystkie kosteczki i wnętrzności, i w całkiem inne światy, których składniki aromatyczne wyszczególniła z doktorską dokładnością, przenosiło to ową paszczę, a doznania węchowo - smakowe wzbogacała jeszcze jej własna, świeża krew, co dosalała rozdrabniane przed przełknięciem stworzenie, krew uwalniana z drobnych ranek utworzonych przez odłamki kostek i dziobek. Szczyty wyrafinowania - własna krew jako przyprawa, a w gruncie rzeczy prostackie wyobrażenie o boskości, zapewne uwznioślone mlaskiem, pomrukami i gestem... A potem jeszcze świadomie posmakowany mózgotrzep, by się na wyżynach życia i jego chwilowych zaspokojeń utrzymać... 

- Człowiek wie, że żyje, gdy się rani. 

- O, krwawię! - skarży się Timo, machając na zniewieściały sposób rękami w udawanej panice. 

- Ale pospiesz się, bo Edda będzie tu lada chwila.

- Muszę się wystroić na tę jazdę ku błękitnym snom.

- Całkiem jak Gísli, zważywszy na okolicę.  

- Tak właśnie. Myślę o tym butnym strojnisiu sprzed wieków, któremu w głowie plątała się jedynie myśl o istnieniu na sposób dokuczliwy. Chcę zobaczyć okolice, w których uprzedzony o wizycie strojnej Grettir zdarł zdobne łaszki z tej wypacykowanej fanfaronady i przykładnie ją wychłostał... Bitnemu modnisiowi rura zmiękła... Ach, ludzie potrafią się srożyć, a wystarczy kij albo dłoń uważna, aby potwór zmiękł w taki czy inny sposób, w zależności od rodzaju pieszczoty. Ale o tym cicho sza!

- Domyślam się, że na myśli masz i tę chodzącą kolorowankę z więzienia...

- Wydawał się straszny, a samego siebie zaskoczył swoją namiętnością... No, ale chwilowo nie chcę wracać do tamtych okropności.

Pol głaszcze Tima po rozwichrzonej czuprynie. Timo zaciska oczy, aż roni w każdym łezkę.

- Jaka szkoda, że nie jesteśmy młodsi, na taki początek. - Mruga szybko powiekami Timo.

- Dlaczego? - dziwi się Pol. - Wtedy było tyle głupot i nierozwagi. W młodości tyle okrucieństwa.

Timo czuje naraz powiew prawdziwe mroźny.

- Coś nie tak?

- Naraz taki chłód.

- Co? Znowu jakieś nadnaturalności?

- Przemilczmy to.

- Tak będzie najlepiej - zgadza się Pol. - Może po drodze uda ci się odwiedzić fryzjera?

- Sam się z tym uporam, po powrocie. Wcześniej dam się pobawić nimi oceanowi - oznajmia Timo, potrząsając swoją sypką grzywą. - A teraz idę się ładnie ubrać.

- Dobrze, że wybraliśmy się na zakupy.

- Winniśmy wdzięczność nieboszczykowi.

- Raptem tyle okazji na odświętność.

- Śpiew to nie byle co.

- Zwłaszcza na Snæfellsnes - dodaje Pol.

- Tego się trzymajmy... Zatem beztrosko na wiatr rzucam się ze śpiewem. Nie mam przyszłości, więc żadnych lęków nie żywię.

- Jak ciężarna Sybilla, co ją zgwałcił bóg.

- Dość może już tej literatury... Ech, zdziczałe namiętności, a owoc ich przygłupi ostatni swój ślad w górach przepastnych zostawia, całkiem na ścieżce donikąd... Ale w górę!...

- Aż miałbym ochotę cię pocałować - rzecze Pol.

- Jak spotkam Pala, to mu przekażę...

Timo pospiesznie odziewa się elegancko. Jest odświeżony i pachnący, gotów na spotkanie z Eddą. Jej przeurocza, hałaśliwa, korpulentna, białoskóra żona, Tora, skarży się żartobliwie, że jej baba znalazła sobie chłopa... Już Timowi pogroziła palcem, a potem bacznie mu się przyjrzała, poprawiając sobie wskazującym palcem okulary na nosie. Zawsze gdy tak poprawia sobie te swoje bryle, marszczy jej się nos, unosi górna warga i ukazują się wtedy jej szerokie, łopatkowate siekacze. - Trochę by cię trzeba było podkarmić - zauważyła zaraz, gdy tylko ujrzała Tima w swoich gościnnych progach. Tora o twarzy białej jak mleko, na której wyraźnie odznacza się kilka pieprzyków. Jakiś czas temu pierzchła z kontynentu, by być z daleka od złych doświadczeń i by się zaszyć gdzieś pod jakąś górą. Całkiem jej to wyszło - kucharzy dla coraz liczniejszych gości. Wprawdzie - jak powiada - ilość nie przechodzi w jakość, gdy idzie o owych gości, ale za to grosik szerszym napływa strumykiem... W każdym razie ważne, że smakuje... Tak mówią, chociaż Timowi za pierwszym razem baranina rosła w ustach i nie było jej łatwo przedostać się w strefę kolejnych, głębiej występujących trawiennych enzymów. Timo jednak nigdy się nie skarży. To chodząca uprzejmość, jak ognia unikająca zwady. No, a co do tego chłopa: raczył zauważyć, że bardziej w tych okolicznościach jest jak heteroseksualna kobiecina, co pewnie zniesmaczyłoby mizoginicznego Otto Weiningera, tego zmarłego spektakularną śmiercią samobójczą nieszczęśnika, według którego na szczególną pogardę zasługuje mężczyzna, co się w kobietę przemienia.

- My zaś ponad nikczemną rolą. - Tak zawyrokowała Edda.

- I ja się nie przykładam. - Tak opisał siebie Timo. No i też po co miałby się przykładać. Kwestie seksualne lokował w sferze głębszej niezaspokajalności, wobec czego nie miało znaczenia czy coś robił, czy czegoś nie robił w tym obszarze. A w gruncie rzeczy łatwiej i bezpieczniej było nic nie robić. Swoje praktyki zresztą już odbył... Byłoby doskonale, gdyby został zabity w trakcie jednej z igraszek, to jednak nie nastąpiło, wobec czego jakby nic w ogóle nie zaszło, bo tyle to warte, co dawno już temu przetrawiony posiłek... Wprawdzie też nigdy się nie przeżarł, ale do jedzenia wraca z konieczności, z instynktownego musu o znacznie większej sile, jednak bez rozczulania się nad zawartością michy - większość jest dlań raczej niesmaczna, a w każdym razie nigdy nie znalazł niczego takiego, co wpędziłoby go na równię pochyłą katastrofalnego obżarstwa... Istnieje jednak nadzieja w postaci zadławienia... Może więc przy tej jak by nie było zmysłowej sprawie zdarzy się kiedyś pułapka śmiertelna, kto wie, nawet przy wstrętnym obiadku?...

Timo wędruje myślami do tych nieodległych jeszcze zalążków nowych przyjaźni, nowych i w zasadzie pierwszych w swym życiu, co już solidną porcją osunęło się w niebyt... Ale właściwie - skoro na dobre się nie urodził, łatwo mu się odcinać, nie przerażać latami, zwłaszcza gdy nie patrzy z uwagą do lustra, ani takoż nie przegląda się w innych, znajomych z dawien dawna o podobnej metryce... Jest w procesie, rodzi się, i tak już zostanie... Stale nowy; pełen braków, ułomności, niedorozwojów, niewykształceń czy jak to tam nazwać... Jakimś cudem chodzi, sika na stojąco... i w zasadzie to cała jego ekwilibrystyka. W głowie zaś bełt jakiś... Postanowia nie czekać na Eddę w domu, idzie więc drogą na jej spotkanie... Zgarnie go do auta w jakimś punkcie zakola, a jak nie, dojdzie do jej gospody... Powiedział jej przez telefon, że śnił na niebiesko, a ona odpowiedziała, że nie jest pewna, czy się w tej kolorystyce sen ziści, ale na pewno przemkną miedzy Eldborg i Fagraskógarfjall... Tam intruz jak na tacy... Chętnie łyknie powietrza w okolicy, gdzie dekoracyjny bufon z sagi dostał w skórę... Patrzy wokół siebie. Dziwny ten pejzaż, jakby z ludzkim rozmysłem ociosany. Tu jakby w górę wiodą ogromne schody. Łatwo tu wierzyć w olbrzymy... Człowiek sobie myśli, iż musiało tu być kiedyś gwarno... A gdy sam, to albo strach, albo nadzieja w odniesieniu do czegoś, co musi tam żyć przecież, żyć w ludzkiej postaci... Eldborg, z daleka jak wyrastająca na równinie twierdza, zbudowana z dbałością o symetrię, co jednak jest tylko zwykłym - jak to mówi Pol - wulkanicznym wychlapkiem... Także i tu wokół jakby same opuszczenia, w których czułe ucho potrafi złapać jeszcze jakieś echo olbrzymiej jakiejś przeszłości... Wczuwa się w pierwszego przybysza, oszołomionego krajobrazem innym  od wszystkiego, co widział dotychczas. Ma poczucie dziwnej nieziemskości, choć całkiem po ludzku można się tu zagospodarować... - Kto tu wcześniej mieszkał? Jakie pałace kiedyś tu rosły, czego to pozostałości, wśród których śpiewa dziś tylko wiatr i roi się od przywidzeń?...

Z tych dziecinnych nieco rozmyślań wyrwało go inne przyrodnicze zjawisko, całkiem żywe. Niebieskawo opalizująca czerń. Cóż za lśnienie! Ptasi mądrala, zabawowicz, północny sęp. Kruk przyleciał właśnie spod skalnego urwiska. Przysiadł obok zardzewiałych resztek jakiegoś samochodu i przygląda się idącemu Timowi. Patrzy z ukosa. Bystrzak. Timo przystaje. 

- Zdaje się, żeś ty Nikoła. Trochę o tobie słyszałem, czarny ptaku.

Kruk odpowiada dźwiękiem, który każe specjalistom zaliczać go do ptaków śpiewających.

- To mamy zatem ustalone. Miło mi niezmiernie.

Kruk w podskokach zbliża się do Tima. Zdaje się być ucieszony tym spotkaniem. Podobnie zresztą jak Timo. Chociaż trochę się dziwi, bo uważa siebie za człowieka złego, a do złych ludzi zwierzęta lgnąć nie powinny. Ale one, widać, wiedzą swoje...

- Ten twój Bułgar podobno tak samo czarny, jak ty. Aż się niebieszczy...

Kruk zbliża się jeszcze kawałek. Obaj już stoją na asfalcie. Chętnie by czymś ptaka poczęstował, ale kieszenie ma puste... - Śnię na niebiesko, i ty takim błękitem ku mnie pobłyskujesz... Edda zabierze mnie na wycieczkę na Snæfellsnes. Będziemy się cieszyć swoim towarzystwem i śpiewać... Mi, mi, mi - dośpiewuje ćwiczebnie do swej kwestii Timo, co kruk odbiera z zainteresowaniem i daje nieco komiczną, świergotliwą odpowiedź.

- Brawo!

Patrzą jeszcze chwilę na siebie. Naraz kruka płoszy dźwięk traktora. To, zdaje się, Bjarni. Tak, to on. Siedzi za kierownicą wiekowej maszyny i patrzy na Tima i jego skrzydlatego kolegę spode łba. Timo lekko się kłania, a tamten zaraz bierze zakręt i rusza ku swojej zagrodzie. Kruk, odlatując, kracze. Robi koło nad głową Tima, a potem rusza w kierunku miasteczka, ale nie leci skrótem ponad wodą zatoki, tylko wzdłuż jej brzegu i układającej się na nim w łuk drogi.

Zjawia się Edda. Roześmiana. Timo rzuca na tylne siedzenie swój mały plecak, a potem lokuje się z przodu, zapina pasy, i w drogę.

- Tora chyba nie całkiem z tego zadowolona?

- Zawrócił ci w głowie, powiada. No i przyznaję, owszem, owszem...

- A ja nic przecież nie robię.

- Co za szczęście! I o to chodzi... O, Pol ma chyba gości - zauważa Edda, kiedy mijają półżywą farmę, którą Timo od chwil kilku usiłuje traktować jak dom. - To chyba Árni...

Śmigają tą samą drogą, którą jechali na pogrzeb, i ku chwilom szutrowym, które Eddzie jakoś się miło kojarzą, chociaż lepiej chyba podróżować gładką drogą... Timo przypomniał sobie pewnego poetę, który kiedyś tam w wyasfaltowanych nawierzchniach widział coś niedobrego... - Jak to szło... Wśród niewymownego pejzażu, jak wśród łagodnie elegijnych kulis na czułych i cierpkich płótnach quattrocenta, na szosie o wspaniałej gładkości, jak wyszlifowana osełka, tli się asfalt: ta smoła nowoczesnego piekła... Ktoś mu rozsądnie odpowiedział, że może to nasze życie banalne jest wielce, ale czy warto by było rezygnować z żarówek na rzecz świeczek i łuczywa, z nowoczesnych sposobów łączności na rzecz sygnałów świetlnych, z naszych aeroplanów dla miotły czarownicy, a naszą neurastenię i depresję zamieniać na histerię i obłęd panów feudalnych...

- Ale przy świeczuszce miło czasem posiedzieć.

- Ale gdyby tak menu z Þorrablót przez cały rok...

- Jak wybuchnie wojna - śmieje się Edda.

***

Chwilę przed tym, jak obok domu śmignął samochód z Eddą i Timem na podjazd wtoczył się swym Jeepem Árni. Pola nieco to zaskoczyło, bowiem tamten nigdy wcześniej go nie odwiedzał i jakoś specjalnie się nie poznali - ot, mijali się w sklepie albo w knajpie, zamieniając czasem jakieś słowo... Zna naturalnie jakieś tam ploteczki i osobliwie potrafi wyobrażać sobie jego gruszkowatą żonę w intymnych, najbardziej głupkowatych sytuacjach. Árni wysiada, trzaskają drzwi, w tym samym momencie drogą w stronę lotniska mknie auto Eddy. Pol patrzy przez okno. Idzie przywitać gościa. Otwiera drzwi.

- Dopiero teraz ze stolicy?

- No, i postanowiłem zajrzeć. Jak ci się tu mieszka?

- W pewnym sensie jeszcze prowizorka, choć może zawsze już tak będzie... 

- No tak, tak, prowizorka... Ja też tak żyłem... Ale teraz koniec z tym. Alem się musiał upewnić...

- W samą porę, bo rychło dzieci wracają do szkoły...

- Diabła tam... Ale wiem, wiem... Pierdoli się tam na potęgę.

- Twoja Fina?

- Ich, ich Fina. I bardzo dobrze. I chcę ją o tym powiadomić.

Árni siada przy barze na hokerze i daje Polowi znak, jakby tamten był barmanem. Pol zrozumiał gest i zaraz sięga po butelkę. - Po sznapsie nie zaszkodzi.

- Absolutnie... Tego mi trzeba. - Wypija jednym haustem.

- No to jeszcze raz, na dobry start...

Piją.

- Nie wiem, co ci powiedzieć...

- Cóż tu mówić?

- Nie będę odgadywać, jak się czujesz, drogi Árni. Nie znam się na tym, trzymam się z dala, do kobiet zbliżam się co najwyżej na odległość kija od miotły. Ale skoro ma takie loty, no to może czegoś jej brak... Kiedyś pewien szczery katolik wyjaśnił mi sens celibatu - że chodzi o wierność pewnym postanowieniom. Że skoro domagamy się jej od małżonków, no to my, kapłani, też jej od siebie wymagajmy, a że w rozsądnej chciwości nie chcemy się dzielić instytucjonalnym majątkiem z żonami i dziećmi, tedy całkiem wyrzekamy się pewnych uciech... My mamy pałacową radość, świeccy mają radości, co więdną...  Rzecz teraz w tym, co lepiej wybrać, jaką mękę sobie zadać. Czy lepsza igraszka z samym sobą w zasobnym zaciszu, czy igraszka z samym sobą na coraz to potworniejszej żonie, w rzeczywistości, na którą samemu się trzeba składać... Tu i tu nigdzie indziej ci iść nie wolno, bo grzech! Tu masz być, gdzie ślubowałeś pozostawać... No ale oczywiście grzeszymy... Nie wszyscy umieją się powstrzymać. Tedy ksiądz gzi się a to z gosposią, a to a chłoptasiem; mąż zaś gzi się z innymi paniami albo też i z chłoptasiami, bo mu ciągle nowości, odmiany trzeba, no i też czasem przyjemności - jak to i wasz Laxness wspomina pewną życiową prawdę: żona z konieczności, kochanka z obowiązku, chłopiec dla przyjemności. A i żona też daje się chłopcom pobawić, mając też jakieś swoje ponure przyjemnostki, których mąż już nie dostarcza... A wypadałoby, zgodnie z przysięgą, trwać w szpetocie, w jaką każde życie zmienić się musi. A tu ciągle drugie młodości i niepojęte ciągoty na babską krągłość, która umie podbić męskie próżnostki... 

- A ja właśnie w celibacie.

- A kobieta też człowiek, tyle że jaskiniowy. I stale chce przypominać, że korzenie to my wspólne mamy i chętna jest by nas na jaskiniowość ponawracać. Stołeczności najwyraźniej bardziej do tego skłonne. Ja jednak rzecz znam raczej z literatury, więc co bym miał rzec... Na myśl przychodzi mi Hamsun i jego Izak, który na tory wierności w prosty sposób przywrócił Inger: złapał ją w pasie, ścisnął z całej siły, uniósł lekko nad ziemię, a potem mocno ją na niej postawił. Tyle. Już się za innym nie obejrzała... 

- Ja miałbym unieść Finę?

- Masz głowę, nie mocarne ramiona, zatem wykorzystaj to, co masz...

- Naturalnie, naturalnie, rozmówię się z nią... Ale mam ochotę sprawić jej przykrość... Nie, mój drogi farmerze zza morza, powrotu już nie ma... Ja się tylko chciałem upewnić. Jak ja nie znoszę brudu...

- Cudzego, domyślam się... Mężczyzna jest zły, gdy drugi zaczyna wydalać swe plwociny w to, co ten pierwszy traktuje jak swoją własność; kobieta zła zaś, gdy inna zagarnia uczucia mężczyzny i jego zasoby...

- Jakim to wszystko było głupstwem, jakaż to nuda nieziemska, jaki ciężar, jakby zmora wiecznie na piersi siedziała...

- To wszystko miało sens, gdy dla wszystkich życie było jak sport ekstremalny. Doskonały podział na role, grupa, i w niej ciągła walka o przetrwanie, bez swoich pokoików i bez wiecznego wymyślania siebie na nowo... Myśmy się od katastrofy odgrodzili... Jak nam znowu spojrzy w oczy, tak głęboko, no to trwalej będziemy się do siebie tulić.

- Masz tu dużo miejsca... W razie czego... 

*** 

Czas płynie, a panowie bredzą sobie przy mocnych trunkach w najlepsze... Árni z pewnością dziś już dalej nie pojedzie...

Po drugiej stronie zatoki, jak już się Pal uporał ze swoimi obowiązkami, jak pomógł też trochę Torze w kuchni i gdy wrócił ze swego spaceru, zaszył się w swoim pokoju i siedzi teraz, wpatrując się w reprodukcję Madonny kanclerza Rolina Jana van Eycka. Jest uczciwy i nie sięga po żadne elektroniczne pomoce. Gdzie te króliki? Tu nie ma żadnych królików... Drengur postarał się o ładną reprodukcję. - Patrz - powiedział mu. - Jeśli chcesz obcować z przeszłością, korzystaj ze sztuki, bo ona ciągle żyje. Nie patrz w groby, nie drap swoich ran, bo niczego to nie odmieni. Bóg dał nam oczy z przodu głowy, byśmy patrzyli przed siebie. Ale jak koniecznie chcesz patrzeć, chcesz sobie zerknąć w dawne czasy, no to masz, patrz, jakie to żywe, detali tam na lata, w zdobieniach i w całej tej drobnicy, co tam w codzienności w dalekim tle sobie trwa, w maleńkości jak ziarnko ryżu... Na dobre to chwile, na czas dla siebie, nie w upiorach... Pamiętaj ty o swoich konikach. Masz dla nich dobrą rękę... - To sobie Pal przypomina i patrzy na kanclerza, co przyjmuje u siebie niezwykłych gości: jest Panienka ze starym malutkim Jezuskiem, jest anioł o barwnych skrzydłach dźwigający pyszną koronę nad głową Panienki; kanclerz niby klęczy, ale skromności w nim nie ma za grosz... Panisko... Ale gdzie te króliki?

Zapala kolejnego papierosa i wytęża wzrok... Jednak trzeba lupy do tego...

***

Świat bywa łaskawy czasem. Całkiem niebiesko się zrobiło, gdy Edda i Timo, już wracając z występów, mijali znów Eldborg. Postanawiają urwać się na dłużej i przenocować w Borgarnes u przyjaciółki Eddy. Tamta pieje z radości przez telefon. Zapowiada się wesoły wieczór.

- Lola jest domorosłą fryzjerką. Ładnie cię ostrzyże - mówi Edda.

- Nocą?

- Noc jest najlepsza.

- Ibsenowska jakaś kwestia.

- Ale tam chyba nikt nie strzygł się nocą.

- No raczej... Zaśpiewamy?

CDN  

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Jóhann Sigurjónsson. Fjalla-Eyvindur

Moc śnieguły, czyli duszpasterstwo koło lodowca

Na nieskończonej. Steinn Steinarr

Lokasenna, czyli pyskówka na górze albo kto jest bardziej niemęski

Jonas Lie. Eliasz i draug

Einar H. Kvaran. Posucha

Kreml

Bukolla. Opowiastka islandzka