Eiríkur Örn Norðdahl. Głupota



Teraz może niech taka sobie będzie powieść islandzka... Taka sobie, bo taka sobie... Wizja przyszłości z wizją znaną już w przeszłości, bo Áki i Leníta trochę są jak Axel i Berta ze sztuki "Koledzy" Augusta Strindberga, tyle że u Strindberga to jeszcze małżeństwo, a tu już w zasadzie nie, jednak i tu, i tu to parka kolegów po fachu w relacjach toksycznych, bo zaraz wpycha się we wszystko duch konkurencji, złodziejstwo i wszelkiego rodzaju nieufności na gruncie jakichś tam zastarzałych uczuć, niewygasłych...

Tamci malują, ci z kolei piszą, w tych międzypłciowych zmaganiach. Dokuczliwi. Zazdrośni. No i jedno musi być górą, drugiemu zaś przychodzi łykać gorzką pigułkę porażki...

U Islandczyka oboje piszą powieść, każde swoją, jednak, jak się okaże, obie pod tym samym tytułem, obie na czasie, swoim, z imigrantami i międzynarodowym terroryzmem. Islandia, ciągle na tym swoim uboczu, jest jednak już całkiem zakorzeniona w globalnej wiosce.

Niestrudzony Jacek Godek w posłowiu do przełożonej przez siebie "Głupoty" daje taki zarys historii Islandii, tej najnowszej, w której w całości mieści się życie Eiríka, który przyszedł na świat w tym samym roku, w którym powstało walczące o prawa mniejszości seksualnych stowarzyszenie "Samtökin' 78". To był taki przełomowy moment. Chwilę potem, w 1980 roku, pojawiła się pierwsza na świecie kobieta zasiadająca na fotelu prezydenta, pani Vigdís Finnbogadóttir. Zaczynają dziać się fajne rzeczy, eksploduje scena muzyczna, co świetnie dokumentuje w swoim filmie Friðrik Þór Friðriksson ("Rokk í Reykjavík"), rozkwita poezja, teatr i wszelkiego rodzaju inne sztuki, z kinem na czele. Po 86 roku po raz pierwszy od końca drugiej wojny światowej Islandia przyjmuje imigrantów. A w 89 wreszcie do szklanek wlewa się piwo, którego wcześniej tam, poza jedynym Keflavikiem z Amerykanami, nie było, w odróżnieniu od win i wysokoprocentowych napojów. Było zachwycająco, pośród dumy i miłości do swoich artystów, tych dawnych i całkiem aktualnych, pod rządami pani prezydent, co wcześniej dyrektorowała teatrowi. No i pojawiła się moda na Islandię, początkowo w Wielkiej Brytanii, skąd tłumnie zaczęli przylatywać ludzie na bachanalia. Zaczęło się zmieniać po 96, kiedy pani prezydent już nie ubiegała się o kolejną kadencję i Islandczycy na to zaszczytne stanowisko wybrali sobie polityka, Ólafa Ragnara Grímssona. I zaczęło się: prywatyzowanie banków, handel kwotami połowowymi, zagraniczne inwestycje w postaci żerujących na czystej i taniej energii hut aluminium, i banki, banki, jeszcze raz banki, i finansowe fikołki, i z końcem pierwszej kadencji Ólafa Eiríkur postanawiający zostać pisarzem i w ogóle artystą. Krytycznie usposobionym, tworzącym awangardową grupę poetycką Nýhil, w której dostrzega się energię, co zaowocowała patelniowo - garnkową rewolucją z 2009 roku...

Globalizacja pełną parą... I wszelkie zagrożenia światowe. Także czyhające na naszą prywatność... Podglądactwo. Wszędzie ono, coraz bardziej totalne, już skrajne w wizji autora "Głupoty", bo monitoring dotyczy każdej sfery ludzkiego życia, łącznie ze sraczem i prysznicem. Nie inaczej jest w zachodniofiordziańskim Ísafjörður - wszędzie kamery, nawet w powietrzu, podczepione do latających nieustannie dronów.

Monitoring. Wszyscy wszystkich widzą. Nie "panoptikon", gdzie jedno ukryte oko może śledzić wszystkich pozostałych i dać władzom znać, lecz "synoptikon", gdzie wszystkie oczy w domu mogą śledzić wszystkich innych, gdziekolwiek ci by się nie znajdowali.

Pełna transparentność, gdzie prywatne życie poświecono na ołtarzu bezpieczeństwa i wartości rozrywkowych. Więc istnieje małe prawdopodobieństwo, że cię zadźgają, bowiem ciemne zakamarki zostały wyeliminowane. Ale gdybyś jakimś niefortunnym zbiegiem okoliczności został ugodzony nożem, będzie fajnie to rozsiać po mediach społecznościowych, i gdy (jeśli) się ockniesz w szpitalu, otrzymasz współczucie, podziw, lajki: "biedaku, jesteś moim bohaterem". ♡ 

O ile oczywiście ktoś zauważy... Już teraz w wielu miejscach mogą nas podpatrywać. Nie wszyscy wprawdzie jesteśmy prześwietlani tak gruntownie, jak bohaterowie "Głupoty", ale w niezliczonych miejscach przebywamy pod okiem jakichś kamer. I rzeczywiście godzimy się na to z myślą o bezpieczeństwie, i też wiemy, jak taki monitoring potrafi być pomocny przy rozmaitych śledztwach. Patrzą na nas, ale też w gruncie rzeczy nie bardzo nas widzą, dostrzegają dopiero przy jakiejś szczególnej okazji. Bo to trochę jak z podglądaniem albo podsłuchiwaniem sąsiadów. Ileż można być wścibskim? Ile trzeba zbiegów okoliczności, żeby natknąć się na cudze jakieś pieprzoty i inne takie wydalnicze intymnostki. Wszyscy jakoś tam zabawiamy się świńsko, ale w skali całego życia niewiele czasu temu poświęcamy, więc ile to wyczekiwania by było na takie momenty - no chyba że ktoś jest bardzo zdeterminowany i ma dość czasu, bo też i mało obowiązków... Tak więc nawet gdybyśmy mieli kamery w kiblach i sypialniach, mało kto by nas widział. Chyba że tak jak ta Strindbergowska parka, co sobie na złość robiła, raz po raz kopulując, wiedząc, że to drugie sobie nie odmówi zerkania... No a przy okazji ileż materiału na sensacyjki...

Nawet gdy widać wszystko, nie widać nic... To tak jak na plaży nudystów - wszyscy goli i mało kto to dostrzega. Więc chcąc być widocznym, człowiek musi o to jednak zabiegać, nawet przy tak totalnej przejrzystości, gdy już nawet na widoku się sra... Nie ma tajemnic i wszystko okazuje się bzdurą... Najpierw pojawiły się okna, coraz bardziej przejrzyste. Od lat już z nimi żyjemy. Wieczorem palimy światło i jesteśmy jak rybki w akwarium, tyle że o wiele przyjemniej patrzy się na takie prawdziwe rybki, kolorowe...

A ci ludzie, na tych wszystkich monitorach widoczni... Klikasz w telefonie i od razu widzisz, co kolega robi...Acha, pierdoli się... Co podleci, to przeleci... Robią to ciągle. Choć już lekko podstarzali, to jakoś tacy żałośnie nastolatkowi... Więc ciągle takie amatorskie porno, a każde porno jest w sumie nudne, choć oczywiście w pewnych okolicznościach może być przydatne dla pewnego rodzaju rozgłosu... No i też może gniewać, gdy wykorzystywani nie bardzo chcą być na widoku...

Piszą książki, czy właściwie je klepią, więc to bardziej klepacze, bo pisarzami to byli tam powiedzmy: Tomasz Mann, Knut Hamsun czy wspominany już August Strindberg... Taka fabryka, dobrze żeby gotowa była na przedświąteczną powódź książkową, co jest taką bożonarodzeniową tradycją islandzką...

No i ta sztuka tych wiecznych nastolatków - chciałem powiedzieć rozerotyzowanych - ale w tych ksiutach erotyzmu akurat tyle, co kot napłakał...

W poprzemysłowych przestrzeniach Ísafjörður rozgaszczają się artyści. Coś tam tworzą, licho wie, po co... Dla jakichś zdarzeń, których dużo, i na których ciągle ci sami ludzie. Pisarz też się tam plącze, wplątany pieprzotliwie... Poprzez te pieprzoty zresztą, nawet zagraniczne, na Teneryfie, żeby już całkiem było banalnie, poprzez pieprzoty na złość koledze po fachu i byłemu małżonkowi taki ludzki supełek się robi: pogniewani na siebie, choć jakoś ciągle w sobie zakochani dawni partnerzy i młodzi artyści, co by chcieli zrobić coś dla świata, a przy okazji dyplom... Inspiracja płynie z ksiażek małżonków - rywali... Jak pomóc światu? Idzie w złym kierunku, więc trzeba go zawrócić. Zaatakować go, zhakować, sterroryzować... Trzeba mu przemocą wyjąć wtyczkę z gniazdka... Miała być sztuka, wyszło bardzo niedobre nieporozumienie, śmiertelne... W nagrodzonej książce "Ahmed" Leníty rzecz spaliła na panewce, u Ákego, w nienagrodzonym "Ahmedzie", się powiodła, a że się i popieprzył niefortunnie, na podglądzie (w pewnych przypadkach jakże przydatny monitoring), wzięto go za uczestnika pracy dyplomowej artysty - terrorysty... 

Przyszłość. W której rozwiązuje się problemy takie jak dziś. Potrzeba zaistnienia. Nawet jak wszystkich widać, to się tak od razu nie istnieje... Jedni się wysilają, inni chcą iść na skróty... A chyba tym dotkliwsza nawet jest niewidoczność, gdy wszystko widać... Jestem, widać mnie, ale nikt nie chce patrzeć...

Nie ma nic gorszego niż być powieszonym bez rozgłosu... Voltaire. Takie motto do swego "Czerwonego pokoju" wybrał August Strindberg... Dobrze, żeby było widać... No i patrzcie, do cholery! 

A Ísafjörður też takie jak zawsze, jak nasze problemy; pomiędzy wspaniałymi górami, na cyplu - uroczysta okolica, w środku lata prześwietlona niezachodzącym słońcem, w zimie w niedostatkach światła... Mieszka tam autor "Głupoty", pisarz, slammer i performer, goszczący i w Polsce... Mieszka, chociaż - jak można przeczytać na skrzydełku - większość czasu spędza w szwedzkim Västerås, w mieście nad jeziorem...

Taka sobie książeczka. Nieźle napisana. Dobra do czytania. Na jeden raz...

***

Eiríkur Örn Norðdahl, Głupota, Marpress, Gdańsk 2025 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Jóhann Sigurjónsson. Fjalla-Eyvindur

Moc śnieguły, czyli duszpasterstwo koło lodowca

Na nieskończonej. Steinn Steinarr

Lokasenna, czyli pyskówka na górze albo kto jest bardziej niemęski

Jonas Lie. Eliasz i draug

Einar H. Kvaran. Posucha

Bukolla. Opowiastka islandzka

Kreml