Przyciąganie XV
- Ale dziś wieje - mówi Pol, wchodząc do salonu. - I co tam?
- Złe wieści. Żyję! - odpowiada Timo.
- Myślę, że da się coś z tym zrobić - pociesza Pol i rzuca na flaminga swoją kurtkę. - A to do ciebie, z banku, karta zapewne - dodaje i wręcza Timowi przesyłkę.
- Ach, mógłbym się odwołać do kwestii Charouska z "Golema" i rzec: Czy to nie jest uczucie wzniosłe widzieć w gospodarstwie natury ekonomiczny palec Mateczki Opatrzności, zarządzający mądrze i przezornie?
- Gdybyż to jeszcze była sakiewka, którą można by było potrząsnąć. Przygotowałeś się na ten moment... I coś nadto porabiał?
- Patrzę, jak marszczy się woda...
- Dmucha bardzo... Moja ty nieuczesana przybłędo.
- Staram się być uprzejmy.
- W każdym razie przyjaciółka z Borgarnes się nie popisała.
- Dość osobliwie powygryzała mi włosy. Ale jeszcze trochę tak pochodzę, żeby nie sprawiać przykrości Eddzie.
- Godne to pochwały...
- W złoczyńcach bywa tak wiele szlachetności. No i wprawiam się w nabożnych poezjach.
Og keyptu einn til sanns
akur pottmakarans.
Þar má fullt frelsi hafa
framandi menn að grafa.
Þar finnst ein þýðing fin,
þess gættu, sála mín,
af Guðs ásettu ráði
um það Sakarías spáði.
Líkist leirkerasmið
líknsamur drottin við
sem Jesajas fyrr sagði,
sjálfur það rétt út lagði.*
- No brawo! Wzięła się za ciebie! - zachwyca się Pol. - I za te judaszowe srebrniki kupiono Pole Garncarza, pod cmentarz, bo tylko do tego nadawały się krwią splamione pieniądze.
- Dla obcych cmentarz. Znak, że każdy jakoś będzie zaopiekowany, że Bóg nikogo nie pomija. I nawet w zdradzie Judasza widać Boski plan. Widać, iż panuje nad historią, Bóg, niby garncarz, który z gliny kształtuje nasze życia, jak nam przekazał Izajasz.
- I może nas jak ten garncarz naprawić, gdy dziurawe z nas naczynie... Przypadek sprawił, że akurat ten psalm?
- Najzupełniej. Edda chciała, żebym sam wybrał. Pocieszająca sztuka. I sprawne rymy. Miał smykałkę Hallgrímur. - Powiewa kartą płatniczą: - W cudzych jesteśmy rękach, gospodarnych... Sen miałem tej nocy wyjątkowo kiczowaty, ale na swój sposób piękny, zadziwiający w swej barwności, żywy, jakby dobra wróżba... - Uśmiecha się. - Pewien fragment wrył mi się wyraźnie w pamięć, przedarł się w świadomość... Chyba pierwszy raz w życiu przyśnił mi się lew, dziwny trochę, o sierści w kolorze écru i różowych pazurach oraz nosie, który skacze do krystalicznej wody, niczym w fontannie di Trevi. Woda spływa miejską, zdobną w posągi ulicą zamienioną w koryto rzeki. Jest głęboko, łapy kota nie dosięgają dna utworzonego z trawertynu, tylko unoszą się w przejrzystej toni... Kot płynie pod prąd. Wszystko jasne, skąpane w słońcu, nieskazitelne...
- Interesujące... A kiedy kolejne występy? Przyjemnie było ostatnio chyba?
- Tak, zawadziłem o tego całego Bárða, który nas tak w samolocie zajmował... I przedziwne formacje z Arnarstapi... Natura tworząca artystyczne instalacje. Nazwałem je sobie "Oczekiwaniem". Jakieś istoty czekały w porcie, aż, przeczekawszy się, w swym czekaniu skamieniały... Żywi - nieżywi... Zapoznałem się z listą tutejszych duchów. Najbardziej przypasowała mi zjawa, afturganga...
- Najwyraźniej jednak nie każdemu umieją się te zjawy pokazać.
- Szukają sposobów, by jednak swoją sprawę załatwić. Mają jakiś interes, coś pozostało w zawieszeniu, niewyjaśnione. Nie jest powiedziane, że się powiedzie i być może niejednej takiej zjawie przyjdzie trwać aż do chwili, kiedy wymrą wszyscy zdolni cokolwiek w jej sprawie przedsięwziąć. Bo żywych rąk jej trzeba. Sama jest bezradna, może tylko straszyć... Pechowe mogą być też upiory, tak, tak... Całkiem nierozsądnie zapytałem jednego o jego codzienność... Martwe przecież nudzić się nie potrafi... A co ma przyjść, to przyjdzie... Jej wypada tylko czekać na to, co wypadnie z worka wszelkich możliwości... Może się przytrafić coś nieprawdopodobnego... A jak nie, to przynajmniej zobaczy jak i złoczyńcy zdychają...
- Nie wiem czy mi się to podoba.
- Skoro nic nie widzisz, nie powinieneś się niepokoić... Aż się woda pieni...
- Dotkliwie, dotkliwie wieje. - Pol zaciera ręce i siada na podłodze obok Tima.
- Ale to i tak dziś zabawka. Nie brak obecnie cór świata i takichże synów, co czują się częścią tej przyrody, w wycieczkowych swych przygodach, gdzie nie jest już codziennością troska o podtrzymywanie przy życiu nikłej bańki ciepła, kiedy nie przymarza tyłek do ściany nieopatrznie wystawiony nocą spod edredonów i gdy byle ślepa kiszka to nie wyrok śmierci... Jóhann i Eyvindowi z Gór kazał mówić jak turysta z oddechowymi zaparciami, jednak Eyvind dobrze wiedział, że w tych urokach tkwi nieprzyjaciel, chociaż gościnny, chętny wziąć w tany, ku chaosowi, na rozpad.
- Tak - wzdycha Pol i przesuwa się bliżej swego rozmówcy. - I coś jeszcze poczynił?
- Beztroska wżywania się. Więc w środku dnia obejrzałem "Pannę Julię".
- Spektakl?
- Film. Całkiem przyzwoitą rzecz nakręciła Liv Ullmann.
- No, można powiedzieć, że jest w tym coś miłosnego względem jej niegdysiejszego partnera, Bergmana. Rodzaj hołdu. Prywatnie im nie wyszło, ale zawodowo to solidne małżeństwo, udane wielce, z jakże wierną żoną. Fenomenalna scenografia i ta przygrywająca życiu perkusja, jaką są te wszystkie stukające gary, chlupoty cieczy rozmaitych, tupiące obcasy... Do tego "Marzenie" Schumanna... A też i miejsce na ciszę. Skrupulatne to wszystko, znakomicie oświetlone. Niespieszne, choć gwałtowność emocji tam wielka... Dzieło pamiętającej z pewną wdzięcznością kobiety. Wzięła na warsztat tak istotnego dla Bergmana Strindberga... Chyba wszystkie jego kobiety nie mają większego żalu. On je zawsze zostawiał, ale nie zostawiał z niczym... Pomyślałem teraz o jego pogrzebie. Te jego opuszczone panie, które jeszcze żyły, naturalnie zjawiły się na uroczystości, gdzie utworzyły miłe dość, trajkoczące kółeczko. Wartościowych ludzi stać na pogodę, nieprawdaż? Tylko prostactwo i bieda domagają się, warcząc, przesadnie pojmowanej wyłączności, rozciągającej się na wszystko.
- "Panna Julia" - kontynuuje Pol. - Ludzka szarpanina w pigułce. W życiu takie rzeczy się nie dzieją, ale to wszystko przecież na potrzebę sceny zostało napisane. Strindberg wziął zmiotkę i zgarnął nią na kupę całe spektrum ludzkich emocji, pakując to w układ damsko - męski, nadto społecznie rozwarstwiony i wszystko to wrzucił na noc świętojańską do kuchni, w czajniki, pod piec, w miedziane gary. Wspaniała kuchnia, trzeba przyznać, stylowa. Przestrzeń, w której jest wszystko to, co tę naszą rozedrganą, przemóżdżoną biologię wspomaga w trwaniu. Doskonała rzecz dla aktorskich popisów.
- Ciekawe, jakie emocje u Árnego będą teraz wybuchać. Nastawiony może po tej niedawnej popijawie jeszcze bardziej bojowo? - zastanawia się znienacka Timo.
- On jej chce sprawić przykrość. Miejmy nadzieję, że to się jakoś dobrze rozejdzie po kościach.
- Ty, zdaje się, tę Finę posądzałeś o jakąś szczególną chutliwość.
- Istotnie. Coś sprawia, że człowiek w jej obecności zaczyna snuć erotyczne fantazje. Choć wcale nie jest atrakcyjna. A ja tobie się chyba nie podobam, co? - dodaje znienacka Pol, gdy Timo nieco się od niego odsuwa.
- O, przestań pieprzyć...
- No tak, tak... Mówisz przecież, że życie jest cudowne, o ile nie bierze się w nim udziału.
- Patrzę przez okno. Kamień jak i zjawa nie mają uciążliwej codzienności z jej ciągłymi niedostatkami albo groźbą wystąpienia niedostatków. Nie chciałbym tam stać na wietrze, w jego kąśliwości. Tam można tylko od czasu do czasu wystąpić, nie będąc dość twardym ani dostatecznie zwiewnym - przewiewnym...
- Byle komfort był...
- Nikomu nie zazdroszczę. Nie znam człowieka, którym chciałbym się urodzić, mimo swej nędzy ustawicznej. Nie jest najgorzej, w każdym razie. I dobrze, że nie jestem już taki młody, gdy idzie o wżywanie się w nowy świat. Inaczej musiałbym może grać w piłkę, a tak mogę ograniczyć się do śpiewania psalmów...
- Aż żal, że nie dali ci dożywocia.
- Gdy zbliżał się koniec odsiadki, było mi z tym źle. Z niewygody w jeszcze większą niewygodę... Eddzie powiedziałem, że na wszelki wypadek jestem twoim sekretarzem. Ludzi to zwykle uspokaja, gdy orientują się, że trwamy choćby w lekkim zniewoleniu.
- Mogłeś dodać coś jeszcze o mediumicznych zdolnościach. Choć lepiej chyba w tym temacie zachować dyskrecję.
- Z troski o Pala?
- No przecież nie będziemy mu robić nadziei. To niedorzeczne, mimo tych przywidzeń. Zresztą, cholera, nie ty jedyny taki się okazujesz.
- Jaki?
- Taki widzący.
- I domyślasz się, co widzę...
- Zaraz pochowam wszystkie talerzyki - śmieje się Pol.
- Widmo nie wymaga wywoławczych akcesoriów. W każdym razie nie to. Pamiętasz, nie tak dawno temu, jak rozpłaszczyłem się w dziwnej pozie na okiennej szybie... Wtedy, gdy gadałeś z Palem...
- No tak, dosyć to było dziwaczne. I lekko przerażające.
- W zasadzie odwzorowałem to, co ujrzałem po drugiej stronie szyby.
- Duch, który usiłuje wywoływać żywych? Był nawet taki wiersz kiedyś... Coś duch chce wyjaśnić w tej burzy tu ciągle trwającej przed ciszą...
- Dobrze powiedziane - zauważa Timo. - Ta burza to zlepek nieszczęść. Å så et frø. Kojarzysz to posiane ziarno ergo norweski pomnik plemnika? W Stange.
- Linda Bakke zarzekała się, że to kiełkujące ziarno... Dla zaznaczenia artystycznego właśnie rozpoczynającego się rolniczego obszaru.
- Nawet nie wiedziałem, kto to zrobił, choć - nie kryję - pierwsza myśl była taka, że to kobieta...
- Mężczyzna postawiłby penisa. Tak jak chciał August Strindberg postawić go na swoim grobie. Jako symbol udręczenia, jako coś, co targa mężczyznę w gnój życia. Stanął tam jednak krzyż, ale artysta doczekał się nagiego pomnika, wcale pokaźnego. Wszak złożył się w ofierze, obnażając się za życia niejednokrotnie - naturalnie nie tak dosłownie - by inni mogli się w nim przejrzeć, by im spadły łuski z oczu.
- Jak już o tym, to jeszcze mi do głowy przyszedł Kalervo Palsa, ten spec od ciemnej strony ludzkiej duszy. Na jednym z obrazów mężczyzna ma ogromnego fallusa, który łukowato wyrasta mu aż nad głowę, stając się jego szubienicą, bo pod żołędzią przymocowana jest pętla, która zaciska się na jego szyi...
Pol sprawdza na tablecie... - "Ratunek"... Ale co z tym plemnikiem?
- Ach tak... Pomyślałem sobie, myśląc o wspomnianej przez ciebie burzy, że jest to znakomity pomnik nieszczęścia. Początek dramatu. Tu rozstrzyga się wszystko, z tego coś ma wyniknąć, coś na śmierć. Jeden spośród milionów. Nikłe prawdopodobieństwo nieszczęsnego połączenia, tak jak nikłe prawdopodobieństwo trafienia w totka. Jednak to i to się przydarza. Rzucając garścią można pozwolić sobie na nieco beztroskie podejście do celności. I oto dzieje się rzecz najgorsza z możliwych. Najbrutalniejszy przejaw tej całej kosmicznej magii... Wszyscy prawidłowo kojarzą. To nie żaden wzrost, to rozdygotany ogon wytryśniętego w obłudnej rozkoszy nieszczęścia ciągnący się za główką, która zaraz przebije się w głąb jajowej komórki. Moment przed dramatem życia, skok na łeb w piekło, w Ziemię - jajo, w brud... Sytuacja z nędznego przypadku... Śmieszna radość, za którą to, co tworzą sobie ofiary popędu, będzie musiało zapłacić.
- Ale można do wszystkiego podejść z rolniczą myślą... Orka, sianie, rozkwit...
- A potem pociechy poetów nabożnych i straszydła rozpłaszczone na oknie w pokrętnych planach sił wyższych, karkołomnych w wyniku jednak jakiegoś niedopatrzenia Opatrzności... I ja jak straszydło... Sprowokowało mnie może przy okazji, żebyś i ty zobaczył inną twarz, kogoś, kogo przynajmniej posądzili o wyprawianie z zimną krwią innych na tamten świat... A skoro wyprawiam, bo może jakieś nieprzekupne siły wiedzą więcej, to mogę być także wywoływany...
- Która to godzina... Dziwnie jakoś się zrobiło. I późno. Może coś przekąsimy?
- U Eddy?
- Dobry pomysł. Za wiele możliwości tu zresztą nie ma... I pomyślimy może o jakichś zajęciach na najbliższy czas... Skoro już wszedłeś na ścieżkę zmagań Grettira, to może trzeba rzecz pociągnąć dalej, póki jeszcze lato...
- Niknące. Dla Grettira zbliżał się o takiej porze czas wielce niepokojący, straszny...
***
Istotnie, dmie tak, że można się położyć na wietrze. Wicher rozsypuje powygryzaną fryzurę Tima w drodze do samochodu. Także i w radiu paplają o dzikich podmuchach i o tym, że jednak wkrótce to minie, tak przynajmniej objaśnia Pol, bo co do Tima, żeby cokolwiek mógł zrozumieć, autochton musi do niego przemawiać w iście żółwim tempie.
Nie ma tłoku. Jakaś para turystów odświętnych, jakby wyjętych ze sklepowej witryny oraz dwóch posępnych chłystków w dresach... A w najdalszym kącie... Jejku, jakby jakiś kat od Lagerkvista... Ponury aż do przesady, patrzący spode łba, o wielkich oczach, niezwykłych oczach, wyłupiastych, łyskających białkami w półmroku. Zupełnie jakby emitowały własne światło, jak mleczne żarówki z namalowanymi na nich tęczówkami i źrenicami... Albo oczy jak mewie jaja, jakby powiedziała Sigrid Undset... Zaraz jak tylko zjawiają się Timo i Pol, kat z kąta niemal nie spuszcza z tego pierwszego wzroku, choć robi to raczej dyskretnie, jednak obserwowany szybko to odczuwa... Pol idzie coś zamówić, w tym czasie Timo i kat po co chwilę patrzą sobie w oczy... "Zabiłem człowieka" - to pierwsza myśl, jaka zjawia się w głowie Tima pod ciężarem spojrzeń tamtego... "Nie, przecież nie wiem, jak to było dokładnie... Nic nie wiem. Czy to ja, czy to on... Skoro nikt inny nie mógł powiedzieć, jak było naprawdę, mimo tych wszystkich oskarżeń i obelg, wziąłem to, co przemawiało na moją korzyść... A obelgi... Brałem je wszystkie z jakąś dziwną rozkoszą. Ten dreszcz, jaki wywoływała powszechna uwaga"... - Te słowa zapisuje w telefonicznym notatniku. I kontynuuje: - "Tylko matki Rainera już nie chciałbym widzieć. Nigdy, przenigdy! Była na każdej rozprawie i patrzyła na mnie, a w jej oczach malowały się jednocześnie smutek, pogarda i wstręt... Chociaż nigdy o niego nie dbała... Nie wypowiedziała ani słowa... Kurczyłem się pod ciężarem jej spojrzeń... A teraz się głupio do siebie uśmiecham, i dreszczyk mam jak zakochany... No tak właśnie... Dziwaczna ekscytacja. Zaraz pójdę do toalety, ze swoją tajemnicą"...
Patrzy w lustro nad umywalką. Łazienkowe oświetlenie jest bezlitosne i widzi w nim coś szkaradnego, co ociera wilgotną twarz papierowym ręcznikiem. - Ciągle brudny, nieskończenie brudny - mówi półgłosem.
Wraca. Kat siedzi dalej. Znowu zerka znad prawie już pustej szklanki; ledwie w niej trochę piany na resztkach bursztynowego płynu. Timo zauważa, że kat ma na twarzy ślad po zoperowanej zajęczej wardze.
Do restauracji wpada Pal, chyba prosto od koni. Flanelowy i rozczochrany... - A, skurwiel - woła zaraz od progu, widząc Tima i wracającego z tacą do stolika Pola. - Znalazłem te króliki, żebyście wiedzieli!
- Brawo! - woła Pol.
- Skurwiel. Ależ to malarz. Przygniótł je kolumną!... Ale to jest piękna rzecz...
- Te króliki? - pyta Timo.
- Nie no, całość...Co się na to napatrzyłem! Punkt po punkcie. Nigdy bym się nie spodziewał...
- No tak. I chyba się nawet sążniście rozpisywano nad symboliką detali, w które wyposażył przestrzeń genialny van Eyck. Chętnie sam bym się zbawił w takie podglądanie. Może kiedyś razem zerkniemy? Naszykuj tym razem "Małżeństwo Arnolfinich" - mówi Timo z uśmiechem.
- Zapraszam - odpowiada Pal.
- Zostaniesz z nami? - pyta Pol.
- Nie, nie... Ja tylko tak na chwilę. Musiałem się pochwalić, ale mam jeszcze trochę roboty...
- Sądziłem, że dłużej ci zejdzie - mówi Pol.
- Nie doceniłeś mnie.
- Nie opowiadaj. Twoja nieustraszoność wobec długoszpara zbudowała w mych oczach herosa. To już mi wystarcza.
- I stajenny aromat... No, opowiadałeś mi o pewnym pachnącym stajnią dżokeju. Póty był przez pana barona uwielbiany, póki ów dżokej nie zaczął interesować się malarstwem van Gogha...
- Ale to tylko literatura. Prostota ma jednak swój urok, przyznaję...
- I wiara w niemożliwości - dodaje Timo, co pod stołem spotyka się ze strony Pola z lekkim kopniakiem w jego kostkę.
- Tymczasem! - woła już u wyjścia pędzący do swych zajęć Pal.
- Ach, a już miałem proponować, byś powiózł go do Paryża.
W czasie gdy trwała wesoła wymiana zdań między kolegami, kat zdążył się ulotnić i Timo, patrząc teraz w mroczny kąt ozdobiony jakimś kołtunem z rybackich sieci, nabiera przekonania, że tamten wyłupiastooki człowiek był jedynie przywidzeniem. Ale nie, Pol też go wcześniej widział. To syn Bjarnego, sąsiada, któremu z sobie tylko znanych powodów nie w smak są plany Pola związane z polem golfowym.
Kolacja przeciąga się. Pal gdzieś znika; króliki nie zdołały na dłużej przykuć go do miejsca. Pol i Timo nie wylewali za kołnierz, więc nie ma mowy o powrocie do domu autem, choć początkowo Pol upierał się, że jest w stanie prowadzić. Timo jednak się nie zgodził, idą więc na piechotę, ufni, że dochodząc do domu, będą już trzeźwi - ani nie zawiani, ani nie przewiani, bo w czasie długiej kolacji wiatr jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki całkowicie ucichł. Panuje spokój o zmierzchu. Z łuną czerwoną ponad czarnymi górami...
- Jest tak pięknie, że aż grzechem byłoby nie iść - oznajmia Timo.
- Halo, pijaczyny! - woła do nich ktoś wesoło z okna mijanego właśnie domu. A, to Árni, który macha do nich ręką z żarzącym się papierosem.
Timo i Pol pozdrawiają go.
- I jak? - pyta wtajemniczony Pol.
- Jeszcze nie wiem - mówi, wydmuchując w rześkie wieczorne powietrze chmurę dymu zmieszanego z parą wodną. - Może będzie patetycznie?
- To już twoja rzecz.
- A wy spacerek?
- Wokół zatoki.
- To wam zejdzie.
- Na to liczymy. Dobrej nocy.
- O, myślę, że będzie bardzo dobra...
- Choć pewnie i zaskakująca, jak to zawsze przy nowościach - mówi, zwracając się do Tima Pol.
Timo przytakuje, nie zgłębiając tematu...
- A może jednak wrócimy po samochód? - pyta po kilkunastu krokach Pol. - Pojadę jak ślimak.
- Obiecujesz? Jak ślimak.
- Gruby winniczek...
Zawracają... Timo kopie Pola w tyłek... Árni chichocze, nadal stojąc w oknie.
CDN
***
*) Fragment Psalmu siedemnastego Hallgríma Péturssona.

Komentarze
Prześlij komentarz