Uliczki znam w Reykjaviku...



Nawet całkiem dobrze, choć uśmiecham się do jednej z bohaterek z jednego z opowiadań pisareczki Fríðy Ísberg, której się wiecznie myliły te wszystkie "gaty" i "stigury"... No można się trochę w tych nazwach pogubić i zdają się te różne przecznice jakoś tak przemieszczać żywotnie... A nie, to nie tu, to jeszcze dalej, następna... A dałbym sobie głowię uciąć... Ale w zasadzie tak mam we wszystkich znanych mi miejscach - jakoś ogarnięte główne ulice, z dopływami o malowniczym chaosie... Nie mam taksówkarskiej głowy.

A teraz spacer... Po Reykjaviku i po życiu... Z poetą... Właściwie wszyscy ostatecznie lądujemy tam, gdzie są rzeczy budzące jakieś niepokoje - one - chociaż byśmy zaprzeczali - przyciągają, swą grozą, śmiercionośną... Do tych brutalnych prawd biegną jednak rozmaite ścieżki. Kręte, krzyżujące się, jak na miejskiej mapie...

Najpierw lądujemy na rogu Lokastigur i Baldursgata. Bardzo to symboliczny punkt, biorąc pod uwagę patronów. Loki i Baldur. Demoniczny, niebinarny Loki i słoneczny Baldur, martwy, będący jednak jakąś nadzieją na lepszy świat, tyle że już po tym świecie. Loki, jak wiadomo, przyczynił się do śmierci Baldura. Tak się krzyżują, pod trzynastką... Ależ sobie można do tego dośpiewywać... Taki start słoneczno - demoniczny...

ANTON HELGI JÓNSSON

Na tropie podwodnych okrętów

Gdy stałem na rogu Lokastigur i Baldursgata,

naszła mnie myśl, by przespacerować się w dół,

do portu, żeby zobaczyć okręty podwodne.

 

O czymś podobnym pomyśleli i inni ludzie,

przyszło im to na myśl, choć skłonni są udawać,

że zgoła inny cel mają w tym życiu. 

 

Stałem zamyślony na rogu. Każdy, kto chce

obejrzeć sobie okręty podwodne

przy Miðbakkinn, ma przed sobą trochę dróg do wyboru.

Jedna prowadzi w dół Lokastigur. Drugą można obrać

przez Skólavörðustigur. A po trzecie można zawrócić i pójść

wzdłuż Þórsgata. Albo można też okrężną drogą. Wspiąć się

na wzgórze, tam skręcić w lewo i dalej prosto ku Skuggahverfi

lub minąć od zachodniej strony świątynię Hallgrímskirkja,

kierując się ku Mímisvegur, by zejść nią do Fjölnisvegur.

I podreptać dalej niepostrzeżenie w stronę portu.

 

No, to oczywiście ledwie kilka możliwości,

bo osoba myśląca strategicznie mogłaby pójść 

dalej, w stronę Hlíðar, stamtąd zaś podążyć na południe

wzdłuż Kringlumýrarbraut i przez Kópavogur i Vatnsendahæð

dostać się dalej do Heiðmörk, by z tego miejsca

najkrótszą drogą dotrzeć do Árbær. I potem najprościej już wędrować 

po linii północnego wybrzeża.

 

Możliwości jest bezlik, 

gdy się pomyśli o ścieżkach

poprzez miasto i poprzez życie.

 

Człowiek inny niż ja pędzi z miejsca bez namysłu.

Zmierza największym skrótem, by zobaczyć podwodne okręty.  

Powiada: Naturalnie, w życiu jest wiele możliwości,

ale to nie znaczy, że wszystkie człowiek musi wypróbować.

 

Który sposób jest najlepszy? Które myślenie jest właściwe?

 

Często przystawałem na rogu Lokastigur i Baldursgata,

i próbowałem wybrać drogę przez życie.

    przełożył z islandzkiego Kiljan Halldórsson 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Jóhann Sigurjónsson. Fjalla-Eyvindur

Moc śnieguły, czyli duszpasterstwo koło lodowca

Na nieskończonej. Steinn Steinarr

Lokasenna, czyli pyskówka na górze albo kto jest bardziej niemęski

Jonas Lie. Eliasz i draug

Einar H. Kvaran. Posucha

Kreml

Bukolla. Opowiastka islandzka