Przyciąganie XVI
- Rzeczywiście? Po pijaku? - Árni wychyla się bardziej, by zobaczyć wyraźniej, co zamierzają Pol i Timo.
Tamci istotnie gramolą się do samochodu. Potem ruszają, skokowo... Zza rogu budynku zaś wyłania się Pal. W ostatniej chwili udaje mu się uskoczyć przed wycofującym się samochodem. Wszyscy przystają. Trwa jakaś wymiana zdań. Pal ma chyba dar przekonywania, bo po chwili samochód wraca na niewielki parking przed restauracją.
- Byliby go rozjechali - zauważa Árni, pokazując na okno. W palcach dymi mu się papieros, już któryś z kolei, bo w popielniczce prawie pełno.
- Kogo? - pyta Fina, rzucająca na pościel laptop.
- Zamierzasz tu coś robić?
- Kogo chcieli rozjechać?
- Ci nowi, naszego Pala.
- Naszego Pala. Tak... A dlaczego ty tu palisz? Co to ma znaczyć?
- A ty zamierzasz tu rozlać się swoją nieczystością?
Árni ostentacyjnie puszcza kółka z dymu prosto na środek sypialni niczym jakaś nikotynowa Etna. - Każdy obiera sobie nowe zwyczaje. Zobaczymy, kto silniejszy. Przy czym zaznaczam, że nie zamierzam przykładać się do żadnych przepychanek.
Patrzy znów za okno. Na jezdnię wytacza się samochód Eddy. Pewnie sama Edda względnie Pal zamierza zawieźć pijanych na drugą stronę zatoki.
- Co ci jest?
- Widziałem cię... Ja rozumiem, bo trudno liczyć u mnie na jakieś większe zaspokojenia... Co nas kiedyś napadło?
- Co znaczy, widziałem cię?
- To znaczy, że cię szpiegowałem.
Fina siada na łóżku i opatula szczelniej szlafrokiem swe gruszkowate ciało.
- Zważ, że zmieniłem pościel. Jeśli opuścisz to pomieszczenie, wszystko co zaznaczyłaś swoim brudem, a właściwie brudem tych tam panów, powędruje za tobą. Mam nawet na tę okoliczność szczypce drewniane do prania... Babka używała ich przy wybielaniu prześcieradeł... Że też się przydatne jeszcze mogą okazać... Użyję ich, jeśli ty nie będziesz chciała tego szajsu ze sobą zabrać.
Fina unosi brwi. Na jej twarzy zaraz też rysuje się wyraz pogardy. - Nie wiem czy powinnam w ogóle...
- Nic nie powinnaś. Nie będziesz mi przecież robić wykładów o higienicznych zabezpieczeniach. Pozostaje jeszcze wymiar symboliczny. Miałem zamiar powiedzieć, że się tobą brzydzę, ale to by znaczyło, że stawiam ci jakiś zarzut, iż nie robisz nic, by się zmienić. A tu przecież nic się nie da zmienić, a jedynie ja mam kłopot, by sprostać brutalistycznym oczekiwaniom. Ja się brzydzę sobą, brzydzę się tej świni mieszkającej we mnie, która kazała mi się do ciebie zbliżać. I nie chcę mieć też nic wspólnego z tamtymi stołecznymi świniami, które znalazły w tobie dogodny dla siebie placyk zabaw. Każdy z nich ma najwyraźniej większą tolerancję dla żyjącej w nim świni... Poza tym mają lepiej, bo po wszystkim przynajmniej znika im z oczu całe to koryto obfitości...
- Żałosne.
- A tak, tak... Ciągle na jakimś łańcuchu. I uczę w szkole, do której sam kiedyś chodziłem. Razem z tobą. Obłęd. I majsterkuję z gówniarzami... Coś muszę z tym zrobić.
- Tak, z pewnością coś będziesz musiał ze sobą zrobić, biedaku - odzywa się Fina, po czym wstaje, podchodzi do tłustawego Árniego i pięścią wali go prosto w nos, a że dłoń ma opierścienioną, działa to wszystko jak złoto - platynowy kastet.
Árni zalewa się krwią. Obok niego w kremowej wykładzinie upuszczony papieros wypala właśnie dziurę. Trafiony mężczyzna chowa twarz w dłoniach, tłumiąc pisk... - Mmmmm, mmmm!
Fina zabiera laptop i wychodzi z sypialni... Árni zauważa na podłodze papierosa i odruchowo tłumi żar stopą, tyle że stopa jest bosa, co natychmiast dobitnie sobie uświadamia. - Kurwa, kurwa... O kurwa!... - Kręci się naraz chaotycznie po pokoju... - A, tu jest. Mmmmm... Boże, mój ząb, kurwa, mmmm! - popiskuje dalej przez zaciśnięte usta i spod łóżka wyjmuje przygotowane wcześniej drewniane szczypce do prania. - Mmmm, mmm... - Rozsuwa zamek od poszewki na kołdrę. Wyciera nią twarz... - Ach, czasem i ja muszę krwawić... O tak... - Chwyta szczypcami zerwaną z kołdry poszewkę i niesie ją, krwią splamioną, daleko przed siebie wyciągając dłoń. Idzie po ciemnych schodach i wygląda, jakby niósł schwytaną właśnie zjawę, co się ośmieliła zmaterializować w jego sypialni. Zjawa jednak nie ma zamiaru tak od razu się poddawać, uwalnia się więc nieco ze szczypiec i rozkłada kobiercem pod nogami rogacza, który chwilę potem, wplątawszy się weń, ląduje na kolanach. - Kurwa, no nie wierzę! - Jeszcze ta śmieszna awantura toczy mu krew z otartej nogi! - Dociera jednak, poraniony, do salonu i na jednym z foteli pozostawia ową sflaczałą wzorzystą zjawę uosabiającą żonine zapasy miłosne na wyjeździe. - Reykjavik zostawiam ci w salonie na fotelu. Jeśli będę miał ochotę wytarzać się w męskich wypocinach, zatrudnię się na przykład na kutrze! - woła w kierunku łazienki, z której przez niedomknięte drzwi sączy się światło. Potem idzie do kuchni, by zmyć z siebie tyle hańby, ile to możliwe.
- Oferma jebana - mówi do lustra gruszkowata postać, choć obelgę naturalnie kieruje w myślach do męża. Uwalnia palce z pierścionków i wrzuca wszystkie do plastikowego kubeczka stojącego w rogu umywalki. - Dobrze, że byłam uzbrojona. Intuicja, tak, tak... - Ściera z twarzy dziennie brudy. Zrzuca potem szlafrok. Patrzy w lustrze na coś, co jest przejawem form, jakie natura zwykle wstydliwe stara się jak najbardziej miniaturyzować albo spychać do morza i często nawet ukrywać w ciemnych toniach najgłębszych otchłani. Czy oni, ci wszyscy mężczyźni, zasługują rzeczywiście na jakiś szacunek? Można tylko śmiać się z matni ich popędów, nie posiadając się jednocześnie ze zdumienia w błotach samolubnych łaskot. Bo to i nawet nie ścioła pod nowe istnienia, a ledwie coś na mroczną zabawę po kąpieliskowych ablucjach i alkoholowych płukankach.
Unosi ręką lewe poczciwe acz próżne wymię, a po chwili znów oddaje je w posiadanie grawitacji. Odkręca wodę nad wanną. W tym czasie mąż zakręca kran nad zalewem w kuchni. Żona pluska się, pławiąc swe tłuszczyki w pienistej kąpieli. Mąż jako tako opatrzony pnie się po schodach do sypialni. Rzuca się po chwili na rozesłane bezładnie łóżko. - Ładny bilans: ukruszony ząb, rozcięta warga, opuchnięty nos, oparzona stopa, zdarte do krwi kolano - wyszczególnia półgłosem. - Kobiety się urządzają; mężczyźni są urządzeni, zazwyczaj na cacy.
Skąd się wzięło to milczące aż do dziś niczym cmentarzysko małżeństwo? Zupełnie jakby ktoś zgarnął ich szuflą i strącił potem ceremonialnie do wnętrza złowróżbnie czarnego kościoła pośrodku owianego wichurą wrzosowiska. Duet niechcianych... Tak jakoś wyszło - mówi się, gdy trudno cokolwiek powiedzieć. I czy dzieci coś by zmieniły? Czy tylko byłby to ciężar dla jeszcze tych doczepionych, niezaprzysiężonych, chociaż kobiety, zdaje się, w chwili stanięcia na ślubnym kobiercu nabierają przekonania, że nieborak kłapouchy zaciągnięty przed ołtarz, składając solenną małżeńską obietnicę, czyni to także w imieniu ich przyszłych dzieci, które z czasem często zmuszane są do bycia jedynymi w całym Wszechświecie istotami mającymi wielbić i wiernie czcić tonącą od niepamiętnych już czasów w jadzie podejrzaną parkę... Tak, wtedy one mogłyby się pytać, po co to wszystko... U zarania rzeczywiście skradał się jakiś kandydat czy kandydatka na przyszłą ofiarę małżeńskich zaklęć z kościoła jak ze snu o złowrogich zmartwychwstaniach, bynajmniej nie tych rozsławionych przez Pismo... Udało się jednak tylko zrobić jakąś straszliwą grudę, która po chwilowych męczarniach maci wypadła w przestrzeń miedzy kolanami tejże, po to, by w sztucznym oświetleniu zabiegowej sali zamrzeć natychmiast, całkiem jak wycięty z ciała nowotwór... Dla Árniego był to wyraźny znak, krwawe ostrzeżenie. Nie ma co się starać - mówił głośno i dobitnie - bo to pachniało dla niego jakimś kryminałem à rebours. Nie będzie kombinacji w wyduszaniu jakiegokolwiek dodatkowego życia... Zawsze mu się wydawało, że pewne cechy budowy ciała, jakieś sadełka o niezbyt właściwej lokalizacji, jakieś krągłości niepokojące na podgardlach (strach, gdy jeszcze do tego głowa jest ptasia), jakieś nazbyt wygładzone kanty, jakieś przelizane gładkości i galaretkowatości to na jarmarku życia jeden wielki stragan z katastrofalnymi a kosztownymi wadami na sprzedaż... Gdy po powrocie od fotografa zobaczył pamiątkowe monidło, patrząc na nią i na siebie, w nagłej trwodze szepnął w duchu złowrogo olśniony: - Z tego w najlepszym wypadku może być tylko debil... Przeszły go ciarki... A teraz leży z rozbitym nosem... - Ale ma cios, franca... Jak ja się w szkole pokażę? Przecież to tak zaraz nie zejdzie. I ten ząb, Panie Miłosierny... Dość żem szpetny, równie brzydko sadełkowaty... I co to za wariactwo, żeby pracować w szkole, do której kiedyś się chodziło, i to razem z nią... Skąd ten łańcuch na szyi?... Jakieś wmawiane sobie troski o wyludniającą się krainę... Tutaj też jest życie, ble, ble... I ten Lói nieszczęsny, po którym ślad zaginął... Fina już sobie mości jakieś nowe gniazdko... Ciągnie ją w głębszą politykę. Niech idzie w pizdu. Do tych swoich hipokrytów. I niech sobie obracają tę złowrogą tuszkę, tfu... Jak chce go ukąsić, zawsze mu przypomina o zaginionym młodszym bracie, chociaż kiedyś tak bardzo go pocieszała, że aż ta gruda się właśnie zrobiła... Rozpaczał i czuł się winny. Banda gówniarzy zrobiła wszystko, żeby zatruć życie drobnemu chłopcu... Już nawet nie chce go do niczego porównywać, bo wyszłaby z tego tandetna poezja, zupełnie w swej elfickości niestosowna... Lecz i tak w głowie mu się nie mieści, że Lói mógłby popełnić samobójstwo... Był delikatny, ale nie taki słaby. Ciężkie były przewiny dokuczliwych kolegów, którzy potrzebowali kozła ofiarnego, ciężka była jego przewina, że przymykał na to oczy... Zapewne zdarzył się wypadek, o nie znanym jednak przebiegu, coś niezależnego od jego sytuacji... Lói trzymał się Pala. Jego też nie darzono wielkim szacunkiem, ale tamten, stojąc też zawsze na przegranej pozycji, potrafił się jednak o kolegę upomnieć... Często razem gdzieś wędrowali... Ale Pal już od dawna go drażni. Dla niego jakby czas stanął. Sam się wprawdzie zestarzał, ale Árni dałby sobie głowę uciąć, że Pal jeszcze dziś wbiłby się w ciuchy z czasów, gdy ledwie byli takimi późnymi podrostkami... Ten stary chłopiec ciągle chodzi z jego bratem na spacery... Wiecznie go widzi w swej rozognionej pamięci... Słychać teraz samochód... Pal wysiada. Pali papierosa... Jeszcze długo będzie się w ciszy wpatrywał w ciągnącą się ku wschodowi drogę...
***
Timo wciąga na siebie wzorzysty sweter. - Jednak nie jest za ciepło.
- Na wodzie też cieplej nie będzie - zauważa Pal.
Timo wraca do samochodu po prowiant.
Na trzech kolegów czeka już łódź. Pol patrzy krytycznym okiem na wszystko, choć jednostka pływająca jest całkiem bez zarzutu. Pal dba o nią ze znawstwem. Pal ma w sumie tylko łódź i odziedziczone konie. To cały jego świat i niechętnie rusza się gdziekolwiek dalej od swojego fiordu, chyba że idzie o wyprawy z niewidzialnym, jednak te też nie stanowią jakichś wielkich peregrynacji.
- Że też ja znów wystawiam się na ryzyko spotkania jakiegoś potwora. W dodatku z lekkim jeszcze kacem. Przyrzeknij, że nie zjawi się tutaj żaden wieloryb albo coś równie przeraźliwego. Wiesz, jak jest kac po japońsku? Futsukayoi. Nauczyłem się tego z islandzkiego filmu. Zapamiętałem na mur beton.
- Aha, coś sobie przypominam... A co do potworów obiecać nie mogę, ale też prawdopodobieństwo znikome...
- Tak jak w przypadku tego słonecznego rekina... Licha to gwarancja...
- I coś o nim więcej wiesz? - pyta nagle Pal, kierując wzrok w stronę oddalającego się w stronę samochodu Tima.
- Niewiele... Ale czy to tak dużo można wiedzieć? Árni pofatygował się do mnie o świcie...
- Tak?
- Żona go pobiła.
- A to ciekawy obrót.
- Prawda? Poprosił o lokum. Kłopot z tym lekki. Już teraz mam wyrzuty sumienia, bo Timo sypia w niewykończonym pomieszczeniu, choć on sobie nic z tego nie robi... No więc i jemu mogę zaproponować niezbyt dobre warunki.
- Serio? Ale co, wygoniła go?
- Sam się wygonił.
Patrzą w stronę wracającego Tima. Zatrzymał się, by zamienić słowo z przechodzącym właśnie Danielem.
- Widzę, że ten twój Timo szybko nawiązuje kontakty.
- Zdaje się, że dogaduje się on z jego krukiem. Taka tajemnicza sprawa.
- A dla mnie wszystko tylko poupychane w bajkach. I każą mi się wpatrywać w obrazy...
- No, ale to nie takie głupie. I takie absorbujące... Będzie schadzka z Eyckiem? Skoroś taki go ciekaw... Może Veermer potem powinien wejść... Lubił zacierać po sobie ślady... Mnie się wydaje, że spodobałeś się Timowi...
- Tak? Polubił Eddę. I ona jego. Jesteśmy umówieni na wieczór.
- Lepsze to, co na papierze, na płótnie... Ponoć Timo lubi wiosłować, choć skojarzenia z tym ma dość smutne, biorąc pod uwagę jego ojca, z którym kiedyś ponoć pływał po Femunden czy gdzieś tam...
- I jak tam? - pyta powracający Timo. - Zajmiesz się tym? - dodaje, podając Polowi plecak. - Pora z poziomu wody przekonać się, jak bardzo uroczysta jest ta połać ziemi przez wulkan wypluta... Wiosła... Swoją drogą czy przeprosiłeś Pala ze ten wczorajszy pijacki wyskok z samochodem?... Niewiele trzeba, a może zdarzyć się...
- Nie, ale... No tak, to było strasznie głupie.
- Też tak myślę - zgadza się Pal.
- A wydaje ci się, że mnie znasz. Czy posądziłbyś mnie wcześniej o skłonności do jazdy po pijaku?
- Teraz już mogę to brać pod uwagę...
- A co tam Daniel? - zapytuje Tima Pol.
- Kto?
- No ten Bułgar, z którym przed chwilą gadałeś.
- To on Daniel? A może rzeczywiście... Ja tak źle zapamiętuję imiona...
- Choć mówią tu na niego Krummi, przez tego kruka - wyjaśnia Pal.
- No właśnie opowiedziałem mu pokrótce, jak bardzo frapuje mnie ten jego czarny ptak.
- I on sam frapujacy - mówi Pol.
- Co, wszyscy wzdychają?
- Czyż nie śliczny? - woła Pol. - Przypomina mi się biskup Grimkell, który w młodości cudem uszedł z życiem z ataku na Canterbury. Chirurgicznie sadystyczny Olaf, ksywa Gruby, przyszły król i święty, nawiasem mówiąc daleki krewny naszego Grettira, co się w Cienistej Dolinie przy księżycu zmierzył ze straszliwym żywym trupem, miał pewne, ów Olaf, intuicje i ocalił kleszkę - śliczniotka, co się stał potem biskupem w Nidaros i co go tym świętym Olafem Haraldssonem ogłosił pośród innych jeszcze chrystianizacyjnych zasług... Wesoły Laxness napisał, że ów Grimkell taki był śliczny, że niejeden wiking chciał go uczynić swoją kobietą, i trzeba było pewnych starań, by młodzieńca dzikusy nie pohańbiły...
- A teraz komu w drogę, temu wiosło - rzecze Timo. - I jako żywo, nie obudził się we mnie miłosny berserk na widok włochatego Bułgara.
Za to przyjemnie jest usiąść przy wiośle obok Pala. Trochę niedbałego, z równie dziwną jak u Tima fryzurą, o rękach nieco już spracowanych, szorstkich, z niezbyt czystymi paznokciami... Twarde, choć nieduże ręce, opalone, dobrze też przewiane zimnym wiatrem i pokąsane zapewne nie jeden raz przez mróz... Wyglądał w całym swoim zużyciu zadziwiająco chłopięco... Obaj mieli na sobie swetry o podobnych wzorach... Oba zrobione przez obrotną żonę Eddy... Doprawdy, że też ludzie tyle potrafią... Timo nie umie nic... No, może prawie nic, bo jednak całkiem dobrze mu idzie z wiosłowaniem. Szybko łapą rytm i z energią puszczają się na wody fiordu.
Pol niemal leży na rufie. Woli się nie wychylać na wypadek, gdyby akurat Kraken chciał wizytować fiordy.
- Aż taka cię trwoga ogarnia? - pyta Timo.
- Ale przynajmniej nie trajkocze jak baba - chwali Pola Pal. - Co się nagadał, jak podpłynął do nas długoszpar.
- No trzeba jakoś zagłuszyć niepokój...
- Złowimy sobie coś na kolację - mówi Pal.
- Na mnie nie ma co liczyć. Boję się, że podobnie jak Timo, wszędzie jestem na bezrybiu.
- Wspaniale, że pogoda tak dopisała - zauważa Pol. - Pozostaje mieć tylko nadzieję, że nie zakłóci jej żadna wyłaniająca się z wody łapa.
- A co, ty jakiś czarownik Loftur jesteś? - pyta ze śmiechem Pal.
- No rzeczywiście, nie powinienem być aż tak dalece zarozumiały. Żadnegom biskupa z grobu nie wywołał, by mnie diabli musieli teraz porywać...
- O, a właśnie, wywoływanie duchów. To coś ma wspólnego z nagłymi zgonami - wypala Pal.
- Co? - pyta Timo z rozkoszą zmagający się z napierającą na pióro wiosła wodą.
- Bo mówią, że nie powinno się wywoływać duchów... - oznajmia Pal.
- Nie powiem, żebym chciał kiedykolwiek to robić, ale co stoi na przeszkodzie takim praktykom? - odzywa się Pol.
- Bo może być tak, że ten wywoływany duch akurat nigdzie się nie błąka, tylko zasiedla już nowe ciało...
- Aż ciarki idą po plecach... Że też ludzie potrafią znajdować pociechę w czymś tak przerażającym jak metempsychoza...
- No, myślę sobie o tacie... Utonął, bo już nie chciał dalej, a tu nic z tego! Zdaje się, że Jon Fosse lubi wypuszczać ludzi w łodzi na fiord. Katolicyzm wielkodusznie nie przewiduje reinkarnacji.
- A jeśli Lói tak został pozbawiony ducha? Bo żeby tak sam...
- Gdyby choć ciało się odnalazło... Ale po takim czasie... E, lepiej popatrz czy po sznurze nie idzie do nas jakiś smakowity, srebrnołuski pokarm - rozładowuje sytuację Pol.
***
Morze okazuje przyjazne oblicze. Fala jest niewielka, wiatr z tych bardziej kojących, a na dnie łodzi trzy okazałe ryby. Przystanęli dla odpoczynku w zacisznej zatoczce. Przekąsili coś i teraz każdy dudla swój Appelsín... W leniwej chwili Timo przyłapuje aparatem ptaka w locie... - Mam ją.
- Co? - dopytuje Pol.
- Mewę.
- Pokaż. - Pol zerka na wyświetlacz. - No jest, rzeczywiście. To rybitwa... Wkrótce czas na nią...
- Przyjazne pozdrowienie. Dała się ulotność przyłapać. Jedna jedyna w tym momencie. W pięknej pogodzie. Traktuję to jako miły podarunek w tych uroczystych okolicznościach. Coś przyjemniejszego od samojebki na oczywistym tle... - mówi Timo.
- Nie wiadomo kto, nie wiadomo skąd, ot, z natury chłopiec, ze świata... - rzecze Pol.
- I nawet jeśli sam nie umie się o siebie zatroszczyć, nakarmi go przyroda poprzez przejaw lokalnej fauny ludzkiej - mówi śmiejący się w stronę złowionych ryb Timo, z nagłą śmiałością chwytający przy okazji Pala za udo, co ten przyjmuje z nieco zakłopotanym uśmiechem.
- Na tutejszą modłę można by ukuć ci nazwę: Tímóteus Alheimsson... - proponuje Pol.
Ale dość tej zabawy, zdaje się mówić przyroda i śle nad fiord ostry powiew wiatru...
- Zmykajmy - woła zaniepokojony Pol i zajmuje swe bezpieczne miejsce na rufie...
Wiatr ich pogania, pcha Pola i jego wioślarzy stanowczo w stronę miasteczka...
- Jak bracia... - zauważa Pol, gdy tak obserwuje kolegów przy wioślarskiej robocie...
CDN

Komentarze
Prześlij komentarz