Elísabet Kristín Jökulsdóttir. Chłód kwietniowego słońca
Troszkę nawiązałem wcześniej, teraz jeszcze trochę...
Védís, a pod nią kryjąca się Elísabet... O niej to taka dość koślawa opowieść, krótka... Coś mi ona przypomina, więc jakoś tam do mnie przemawia, choć niekoniecznie muszę obcować z czymś, co mi gdzieś tam przewierca dziury do mojego dawnego, lunatycznego życia... Osoba dość poetycka, średnio sobie z życiem radząca, taka jakby niezbyt zadomowiona - ot choćby w przeciwieństwie do jednego z chłopaków, który jak nie był w maszynowni na kutrze, to zastygał na kanapie przy stole pełnym lepkich szklanek (a jak takie szklanki, to też rojowisko lepkich kółek na blacie), butelek i kiepałek, z których przesypywały się pety... Można sobie nalać, i pożyć, w spokoju świętym. No, Védís musiała się podlać, żeby w ogóle był jakiś ruch - więc jakby wszystko na opak... Z zacnej rodziny, a jednak jakoś tak niezbyt zacnie wprowadzona w istnienie na Ziemi. Zawsze tłumiąca emocje, nie skarżąca się także wtedy, gdy ją prześladowali i wykluczali... Milcząca na trzeźwo, rozkręcająca się dopiero w balandze... I oddająca się czy to w barłogu, czy na gór szczycie... Tak to w krainie jest śpiących królewien, śpiących z kim popadnie... No, ale wreszcie przyszła miłość, Kjartan, przez mamę bardzo nieakceptowany, co potem pojechał odnaleźć siebie do Norwegii, całkiem jak Kjartan z sagi... Stąd ta fotka, którą ozdabiam wpis: zakamarek z przyparlamentarnego malutkiego parku, za "stuletnim murem", gdzie się ta miłość wieczorem w święto narodowe zaczęła... Nawet ich pały zwijają, gdy kradną flagi, ale chyba nie będzie draki - przecież ona córką słynnego na kraj cały artysty... Chociaż przymknęli na trochę...
Ukochany przez wszystkich tata... Bardzo jakoś obcy dla najbliższych, podtopiony zresztą w alkoholu...
Dużo zbieżności tu odkrywam z własnym życiem. Ja właściwie jakby z domu, w którym byli rodzice, ale w zasadzie ich nigdy nie miałem. Ojciec żyje nawet do dziś, ale jest kompletnie obcy. Matka - wypisz wymaluj jak ta z powieści: zero porozumienia, niczego nie dająca sobie wytłumaczyć, w zasadzie bez wad, nie podlegająca żadnej krytyce... Moja w gruncie rzeczy pozbawiona uczuć, zaszczepiająca we mnie tylko świadomość zerowej wartości oraz totalne poczucie winy... Podobnie jak bohaterka nauczyłem się mówić "tak", gdy powinienem był mówić "nie" i mówiłem "nie", gdy dobrze by było mówić "tak"... Ja w zasadzie jak wychodziłem w dorosłość, czułem się, jakbym wylazł z jakiegoś pierdla, w którym to pierdlu snułem się jak somnambulik... I teraz kwestia, jak sobie z tym poradzić. Samemu byłoby raczej trudno, jednak, chociaż ja nieodmiennie powtarzam, że sam sobie poradzę, że sam sobie załatwię, dam radę... Ale jakoś jednak życie podsuwało ludzi i rozwiązania, i dzięki temu, przy paru podpórkach nie takich bardzo narzucających się udało mi się pół wieku przeistnieć, kulawo, ale zawsze... Pewna słynna psychoterapeutka radziła gdzieś tam, że przeszłości nie da się zmienić i nie powinniśmy pielęgnować w sobie żadnych żali i pretensji, i tak po chrześcijańsku winniśmy przebaczać... I ja się generalnie z tym zgadzam, chociaż nie z tym przebaczaniem, bo jednak przebaczanie jet wyższą półką, ponad akceptacją, do której zdolność trzeba mieć, by znieść rzeczy od nas niezależne, na jakie wpływu mieć nie możemy, także na przeszłość, co przecież już nie istnieje... Musi zdarzyć się potrzeba uzyskania przebaczenia, a ta może pojawić się jedynie przy zrozumieniu swoich błędów, których już nie da się naprawić... O to trzeba poprosić... No, gdyby tak żyła moja mama i poszedłbym do niej ze słowem "przebaczam", to przecież by mnie wytytłała w pomyjach! Przebaczać jej? Co niby?!... A tak poza tym ta kwestia rodziców istniejących, nieistniejących... Jedni mają wspaniałych, trzeźwych i uważnych, pełnych szacunku, ja zaś miałem niedobrych, nietrzeźwych (a właściwie nietrzeźwego ojca), nieuważnych, przemocowych, nie szanujących siebie nawzajem i mnie przy okazji. No i tyle - traktuję to po prostu jak żywioł, jak wicher, co mi zerwał dach znad głowy... Co można wtedy robić? Wszystko, co uzasadnione: płakać, złorzeczyć, wściekać się, załamywać ręce... A potem, jeśli sił naturalnie starczy, wypada postawić sobie nad głową coś nowego... Pytanie czy takie konieczne są te mamy i ci tatusiowie... Biologia ich sparzyła, zaiskrzyło - taki niefart - no i poszło kolejne życie na taśmociągu... W dawnej Islandii na przykład dzieciaka posyłało się często do innych ludzi i chłopak miał potem i ojca biologicznego, i doszywanego, któremu często więcej w życiu zawdzięczał, temu bardziej dobrowolnemu tacie... Tak że jakoś straty ojca bym nie dramatyzował za bardzo... Ja nigdy go nie miałem tak naprawdę i mówi się trudno... (ledwie zapijaczone widmo zasiedlające przeszłość)... Jean Paul Sartre w "Słowach" to nawet wyraził radość z tego powodu, że jego ojciec umarł zaraz po jego narodzinach... Nic złego się nie wydarzyło. Przynajmniej o jednego mniej, co na łeb by mógł wleźć albo sponiewierać. A wcześniej podobną myśl wyrażał wesoło Oscar Wilde, że najlepszą rzeczą dla dziecka, jaką ojciec może zrobić, to natychmiast zniknąć z jego życia... Lepiej być w życiu kimś innym niż tato i mama... No i jeszcze Halldór Laxness i jego Álfgrímur z Brekkukot - na cóż żale po rodzicach, skoro miał tak cudownych przyszywanych dziadków...
Straty, miłość, egzaltacja, balanga...
Książka niezbyt strawna. O przeżyciach pewnej damy. Nagradzana, rozchwytana, tam, w Islandii, gdzie jej waga większa, może nawet z powodów lekko plotkarskich, bo to głos z nie byle jakiej rodziny, co też i w powieści jest odnotowane, bo z niej wywodzą się i pastorzy, i politycy, naukowcy no i pisarze... Wiadomo, bliższa koszula ciału: uszyta i z tych symbolicznych rojeń pośród reykjavickich miejsc i ich nazw, z którymi, dla lepszego odbioru, dobrze by było się głębiej zaznajomić, no i z tkanek tej familii... Ojcem autorki był Jökull Jakobsson, zmarły nagle w 1978 roku dramaturg o niezmiernej popularności w całym kraju, znanym nie tylko ze stołecznych teatralnych desek, ale także z radia, dla którego napisał wiele słuchowisk i w którym też występował, mając swój program - jego postać z mikrofonem była niegdyś stałym elementem reykjavickich ulic, na których zagadywał ludzi, często starszych, ciekawy ich opinii o bieżących sprawach; a siostrą Jökula i ciotką Elísabet była Svava Jakobsdóttir (zm. w 2004 r.) - też znakomita literatka, politycznie i społecznie szalenie zaangażowana, troszeńkę znana i u nas (pamiętam jej spektakl "Ostatnia próba" z 1987 roku)... Nie jedyne to lokalne znakomitości, tworzące rodzinę, w której jednak i ból, i odrzucenie, i koszmarne poczucie winy akurat nie w tych, co winnymi się czuć powinni...
To, co kochamy, miewa marne podszewki...
Spodobała mi się możność powrotu do tego dawniejszego Reykjaviku, w tych ciągłych powojennych kulturowych rozkołysaniach, w tej odmieniającej się bardzo Islandii... Jest tam trochę i tej Islandii wiejskiej, bliższej dawnościom, jakby poza czasem, a tak to ruch panuje w Reykjaviku, ruch zresztą coraz bardziej wariacki... Dość interesujący jest ten chorobowy wybuch i ten maniacki bieg pośród znaków na stołecznych ulicach... Dla mnie to takie przypomnienie czasów, gdy pomieszkiwałem w reykjavickiej suterenie, blisko opisywanych lat, lat ze stacjonarnymi telefonami, lat przedinternetowych, w których płaciło się wymiętoszonymi banknotami... Dom, w którym się gnieździłem, miał śpiewającą rynnę oraz gromadkę migoczących lokatorów i bywały w nim czasem istotnie grube imprezy... Tak że znany mi klimat, któremu jednak tylko sporadycznie się poddawałem... No i te wszystkie kąty, po których tu biega wariatka... Ja biegałem wtedy z radością, troszkę zakochany, szczęśliwy, że daleko od przeszłości... Mama miała żal, że ani razu nie zadzwoniłem. A ja nie...
Bardziej o sobie tu, bo też i ta Védís taka trochę z naskórka poznana... Coś sobie myśli, ale ja nie bardzo wiem, co... Trochę tu zmagań z przeszłością na tle zapijaczonej wesołości miasta, kreatywnego, i z elfami, teatralnymi... Krzywe jakieś to takie, źle się to czyta...
Pierwsze, co sobie pomyślałem, siląc się na jakieś porównania, to człowiek pokryty tatuażami... Od dłuższego już czasu panuje ta okropna moda na te skórne obrazki... Nie wiem skąd ta namiętność, co to ma obwieszczać: że stać mnie na zbytki, że mi się uzbierała opowieść do przekazania, ale że w słowach nie bardzo wychodzi, więc z szablonów tworzę sobie i zamawiam do zrobienia - to tu, to tam - historyjkę obrazkową?... Zwykle "głębia" przekazu jest tak wielka, że nie sposób z tego wykłutego chaosu coś sensownego wyłuskać... Jakiś bełkot istotny dla samego właściciela... Można więc tylko powiedzieć: - No dobra, Janusz, niech i tak będzie... Co poradzić...
Srożą się potwory na skórach, boginki, twarze niemowląt...
Takie sobie życia...
***
Elísabet Kristín Jökulsdóttir, Chłód kwietniowego słońca, GlowBook, Sieradz 2024

Nazwałeś tę powieść koślawą i niezbyt strawną. I ja się z Tobą zgadzam, też tak ją odebrałam i nie rozumiem, skąd tyle pozytywnych recenzji. Książka chwalona jest między innymi za piękny, poetycki język, a mnie ten język wydał się egzaltowany i w wielu miejscach nieporadny. Pierwsza część książki była chaotyczna i płytka, druga egzaltowana i dopiero trzecia – opis wpadania w chorobę psychiczną – jako tako mnie zaciekawiła. :)
OdpowiedzUsuńTak, najciekawsza zdecydowanie jest trzecia część... Ale i tak nie ratuje to całości, a w każdym razie ja bym nagrody za ten utwór nie dawał:)
OdpowiedzUsuń