Tarjei Vesaas. Ptaki
Książki w obcych względem oryginału językach mogą odżywać, bo ta, co nakreślona w ojczystym języku autora pozostaje taka jaka jest raz na zawsze. Można ewentualnie, jeśli potrzeba, coś tam uwspółcześnić, skorygować nieco pisownię, generalnie jednak nie wypadałoby pisać jej na nowo. Z tłumaczeniami już jest inaczej i można opowiadać, że coś się zestarzało i warto by było zrobić rzecz taką czy inną ponownie. Jedni uważają, że to ma sens, inni wzruszają ramionami. Nie wiem czy Ptaki trzeba było na nowo przekładać. Nie mam zdania. Może wystarczyło dokonać kolejnego wznowienia przekładu Beaty Hłasko. Książka jednak zyskała nowe spolszczenie i dobrze się stało, że po iluś tam latach znowu zjawiła pośród nie tak dawnych nowości, w odnowionej Serii Dzieł Pisarzy Skandynawskich...
Ptaki znamy dobrze. Ptaki jako Żywot Mateusza weszły też do historii polskiego kina za sprawą Witolda Leszczyńskiego i stworzyły istotny element tejże... A odradzano Leszczyńskiemu, a po co to trwonić pieniądze na historię o jakimś półgłówku norweskim, mówili, jednak Wanda Jakubowska miała nosa i z entuzjazmem do pomysłu podeszła, popierając zamiary początkującego reżysera... Vesaas na ekranizację się zgodził, chociaż potem miał chwilowe wątpliwości, kiedy to zobaczył Franciszka Pieczkę mającego grać Mateusza, bo właściwie Pieczka był raczej ze snu Mateusza o sobie samym niż takim Mateuszem, jakiego wyczarował w myślach autor powieści. Ale wątpliwości zaraz się rozwiały, bo w tym dobrze zbudowanym mężczyźnie rwącym rękawy napiętymi bicepsami objawiły się jednocześnie niebywała kruchość i wrażliwość. Przyjął więc Tarjei Vesaas film z pełnym zachwytu uznaniem i przy okazji zakochał się w naszych Mazurach, gdzie obraz - studencki jeszcze - Leszczyńskiego był kręcony...
Poruszająca to rzecz, piękna, chociaż budząca też pewną rezerwę... Vesaas dość umiejętnie wchodził w dusze wrażliwców, bo sam też taki był. Patrzymy razem z nim jak dziecko wikła się w świat dorosłych, jak potrafią tworzyć się zbiorowe psychozy, jak wygląda pierwsze spotkanie ze śmiercią itd, itd... A tu jest takie nieszczęście właściwie, bo jest do dramat ludzi na marginesie społeczności, która sama też taka na uboczu jest, gdzieś tam w norweskich lasach. Oto Hege, już powoli siwiejąca kobieta i jej brat, niedojda, który nie jest w stanie samodzielnie egzystować... Dzisiejsi specjaliści znaleźliby na pewno nazwę dla tej przypadłości... Mattis, ów niedojda, który gdzieś tam po głowie Vesaasa krążył już wcześniej, czego śladem jest opowiadanie Niedojda właśnie, dołączone zresztą do nowego wydania omawianej tu powieści, także na nowo przetłumaczone (wcześniejszy jego przekład pod tytułem Głupi ukazał się w 1988 roku w zbiorze opowiadań Vesaasa Koń z Hogget) to człowiek dorosły, choć jak dziecko, w snach, które nie mają szans na spełnienie, to człowiek, który pełniejszy kontakt nawiązuje z naturą niż z ludzkością. Mówi ona do niego bez przerwy, choć w gruncie rzeczy jest przecież obojętna. Dwa uschnięte drzewa nie mają przyszłości. Mattis - i - Hege się nazywają. Tkwią w pozostawionym przez zmarłych rodziców domu. Hege z narzuconym jej przez los ciężarem. Ktoś by powiedział - głupkiem, który pomieszane ma w głowie, ktoś inny mógłby powiedzieć - z jakimś zalążkiem poety, jednak bez szans na jakikolwiek rozwój.
Mattis do niczego się nie nadaje. Ma dwie lewe ręce, z niczym nie nadąża, nie jest w stanie na siebie zarobić, o stronę materialną musi dbać siostra. Jeśli ma coś robić, zaraz myśli mu się kłębią, zaraz wszystko wokół odciąga go od zadanego zajęcia. Zwykle ogarnia go chaos... A sam Vesaas, co o Mattisie powiedział, że to taki autoportret z pewnymi zastrzeżeniami, dodał, że chciałby, aby na niego patrzono jak na poetę, który ma na wyciągnięcie ręki nieznaną krainę, do której nigdy nie dociera... To ledwie drobiny szczęścia, czasem trafne jakieś słowo napotkane w głowie i wypowiedziane z dumą.
Dla takiego człowieka jak Mattis byłoby najlepiej, gdyby nic się nie zmieniało. Przychodzi mi na myśl teraz Pentti Haanpää, który nieco podobną historię opowiedział o dwóch braciach, z których jeden, młodszy, dostał pomieszania zmysłów i stał się pewnym ciężarem dla starszego. Wariat - jak powiada fiński pisarz - jest martwy, chociaż nie pochowany, wiec snuje się jak takie niepokojące widmo. Ale jak to widmo ma swoją przestrzeń, to ono może tak trwać codziennie na tych samych ścieżkach. Jak istota z opowieści o duchach, tkwi przywiązany do miejsca, które nieodmiennie jest obiektem fascynacji, które nigdy nie jest w stanie się znudzić. Właściwie to aż się nie chce spać, bo jak tu spać, kiedy na jasnym nocnym niebie właśnie ciągną słonki w swych miłosnych przelotach... taki martwy jest w zasadzie niestrudzony.
Tyle że wszystko włośnie szło ku zmianom. Czas je zawsze niesie. Zarówno Hege jak i Mattis mocno już są dorośli. Hege jest udręczona, jest dzielna, czuje ciężar życia, Mattis ma póki co lekkie życie, bo tego ludzkiego życia nie pojmuje za bardzo. Wie jednak tyle, że gdzieś bliżej jest do końca i wielkiej niewiadomej...
Ta straszna zmora dusząca wszystkich tych, co opiekują się jakąś bezradnością przewrażliwioną... Co się stanie, gdy mnie braknie... I zmora tej nadwrażliwości, która ma świadomość jednak, że wszystko może się odmienić, że może pozostać bez oparcia...
Nagle nad domem pojawiły się słonki. Nigdy wcześniej akurat tam nie fruwały, ale pewnej wiosny się zjawiły. Niezwykle doniosłe zdarzenie. Tu jakby poetyckość książki ma taki swój najwyższy punkt. Mattis uważa wręcz, że nawiązał ze słonką jakiś szczególny kontakt, nawet w pewien sposób ze sobą korespondują, w jakże więc odległej rzeczywistości żyje ten człowiek, zupełnie niepojętej dla zwykłego śmiertelnika... Nie potrafi jednak utrzymać tajemnicy za zębami i chwali się tą słonką, którą mu młody brutalny myśliwy ukatrupia... To chyba najbardziej przejmujący moment - to zdziwienie i milczące cierpienie tej nadwrażliwej duszy... która sama jakoś tak zaczyna czuć się jak ktoś do odstrzału...
Mattis boi się też strasznie burzy i przed gromami chowa się zawsze do wychodka. Straszna burza też daje znak, podobie jak dał go ludzki żywioł strzelający do słonki. Jedno z uschniętych drzew zostało przez piorun zwalone. Pytanie, które to? Mattis, Hege?
Są pewne rzeczy, które łączą mnie z Mattisem. Bardzo emocjonalny stosunek do przyrody i zamiłowanie do wioseł. Także podobnie jak on nie nadaję się do większości prac polowych (nie jestem w stanie niczego wyplewić w rozsądnym czasie; w koszyczkach i wiaderkach nigdy mi nie przybywa - w moich rękach takie przedmioty w czarodziejski sposób zyskują przepastność, bezdenność wręcz; każdy akwen zaś, najbardziej nawet zarybiony, dla mnie jest ostatecznym bezrybiem...) z jednym wyjątkiem - lubię kosić kosą, co jednak w dzisiejszych czasach jest już tylko malowniczym przeżytkiem. Koszenie jednak jest takim szybkim pochłanianiem przestrzeni. Płynie się przez łąkę i zostaje za tobą taki trwały kilwater... Wszystko przy energicznej pracy rąk. Więc podobnie z wiosłami. We łbie przestaje wtedy szumieć, a ty idziesz jak po sznurku. Ale gdyby tak coś kopać albo zbierać - nie mam pojęcia, jak ludzie to robią, że wyłaniają się z lasów z koszami pełnymi grzybów albo z pól z koszami pełnymi truskawek czy innej większej jeszcze drobnicy... Ja przy takich pracach mam jak Mattis - gonitwa myśli tylko i żadnego skupienia na tym, co mogłoby dostarczyć jakiś grosz...
Ale wiosła uwielbiam... Od czasu, jak nad Balatonem zakochałem się w najpiękniejszym chłopcu na świecie... Ile to już lat. Od tamtej pory kocham też łódki. Nie ma przyjemniejszego zajęcia nad wiosłowanie... Nie zdarza mi się to teraz zbyt często, ale gdy tylko jest okazja, lubię się na całe długie godziny wypuszczać na taflę wody. I nawet chętnie się przy tej okazji straszę, bo ja się dość mocno boję wody... To jest trochę jak z górami, na które się gramolę z duszą na ramieniu, bo też się piekielnie ich boję. Lękam się, a lezę...
Tak więc Mattisowi najlepiej idzie wiosłowanie. I nawet w trakcie wiosłowania dość mocno nadgniłą łódką przeżywa jakąś namiastkę miłości, kiedy to z opresji ratują go dwie urodziwe panny... Przemykają oczywiście jak sen, jak echo ze świata, który dla niego jest niemal całkowicie niedostępny... Wymyśla sobie, że jest przewoźnikiem, ma więc pracę, choć tylko na niby przecież. Będzie przewoził ludzi przez jezioro. Chętnych oczywiście nie ma na odludziu, ale jednak pewnego dnia ktoś nawołuje... Jørgen... I tak to sam sobie przewiózł nieszczęście. Drwal szukający roboty znalazł lokum u Hege i Mattisa...
I dla Hege przyszła odmiana. Coś wreszcie dostała od życia. A Mattis poczuł się zagrożony. Nie był już jedyny dla swej samotnej siostry... Więc jakby kończył się świat...
Mattis, tak związany z przyrodą, pozwolił jej zdecydować... Postara się w cichy jesienny dzień utrzymać na koślawo wyciosanych wiosłach i dopłynąć do brzegu, tylko na nich, nie mając gruntu pod nogami i nie umiejąc pływać, ani dosłownie, ani w przenośni... Wystarczyło uderzyć mocniej piętą w dno łodzi na środku jeziora... Pogoda swoim spokojem zwabiła go wreszcie na wodę, samotnego przewoźnika, by jednak w kluczowym momencie posłać na jezioro wiatr...
Sam sobie wyobrażam, że to najlepszy sposób...
Nie jest może Vesaas moim najukochańszym pisarzem, ale nie sposób odmówić piękna tej smutnej historii, poetyckości samemu pisarzowi... Tylko że mam pewien kłopot z takimi bohaterami, bo jakoś to zło nie daje się zatuszować poezją, nazbyt jest ono duże - ta bezradność, która może na swój sposób szczególny jest spostrzegawcza, może malownicze są te relacje z przyrodą... Ale jest to okrutne, ten paskudny świat, który tutaj tak dobitnie reprezentuje chłopak, co strzela do słonki, o którą wcześniej naiwnego Mattisa wypytuje. Szczególnie bolesne jest to bezmyślne krzywdzenie bezradności, a przy okazji niszczenie przyrody, która też wobec nas dosyć bezradna... No i ta dola człowieka, który dźwiga ciężar, z jakim nie zawsze potrafi się z należytą ostrożnością obchodzić. Ile trzeba cierpliwości, której często przecież brak... A poświęcenie też nie jest dobre... Tak jak nie umiem romantyzować cierpienia; tak też nie znajduję pola dla radosnych filozofii wśród meneli i bezdomnych (te jakieś kretyńskie "meneliki") - żadnych tam Sokratesów przy ciepłowniczych rurach nie ma; tak też i nie umiem poetyzować za bardzo takich "niedojdów", którzy nie że są jakoś tam malowniczo niezdarni, ale za dużo jest w nich braków, które z kolei po prostu uniemożliwiają samodzielne życie i skazują człowieka na nieustanną krawędź, choć oni sami nie zawsze mają tego świadomość... Tam nie ma poezji... Tak jak w strachach malowanych po psychiatrykach przez dotkniętych chorobą... To inny, osobny wymiar... Choć owszem, poeta tam się może zabłąkać...
Jeśli jest w tym jakieś piękno, to jednak kusi, by zgłaszać zastrzeżenia... To takie piękno pożaru albo spadającej lawiny...
Ten swoisty urok nie pozostawia człowieka obojętnym ani spokojnym... Tłumaczka w przedmowie przywołuje słowa małżonki autora, Halldis Moren Vesaas, która zawsze żywo reagowała na postacie kobiece w jego twórczości: Według mnie Hege jest także główną bohaterką w książce. Z serca życzy się jej - jak sam pisarz to uczynił - późnego szczęścia z Jørgenem i ma się nadzieję, że nie pojmie ona związku z utonięciem Mattisa - bo jeśli go pojmie, to raczej niewiele szczęścia czeka ją w przyszłości...
Nic dodać, nic ująć...
Niepiękne to piękno...
A teraz jeszcze słonki. Pisarz lubił je obserwować. On zresztą lubił się po prostu gapić. I wśród słonek dojrzewała opowieść o Mattisie Niedojdzie... Sam miał trochę więcej szczęścia w swych zagapieniach, bo nie wyrósł jak te drzewka na bagnach, dla których co najwyżej licha przyszłość, co jednak skłaniają człowieka do rozmaitych przemyśleń albo - lepiej może powiedzieć - mogą do nich skłonić pewne natury...
No i niech ciągną w zalotach słonki...
Tarjei Vesaas, Ptaki, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 2024

Komentarze
Prześlij komentarz