Orkan
Burzliwie, burzliwie ze wszech miar. W ludziach dużo złej pogody, co widać i słychać, ciągle... Razem z Obstfelderem mógłbym powiedzieć, że się czuję rozbitkiem na niewłaściwym globie... Dużo zdarzeń skandalicznych wokół. A to się dymi; a to nagle jakieś paskudne, niewdzięczne gesty i wynikające z tego fochy, co się kolejnym fochem odbijają; do tego jeszcze codzienne dokuczliwości i kłopoty, jakie ma każdy, co dla innych jest dobrym zrządzeniem losu, wszystko jedno na jakim froncie życia... Paskudne jest życie, choć ktoś mógłby upominać się o jego uroki, powiadając na przykład, że zjadł właśnie dobrą wąparsję w sosie z onanizowanego nosorożca, podaną przez kelnera z widoczną erekcją, lecz to nie o to chodzi, o te cząstkowe zadowoleńka... Naturalnie ich jest mrowie, tyle że ostatecznie drogo to wszystko wychodzi, nawet jeśli jest na taką czy inną kieszeń...
Obstfeldera raził ludzki świat, cywilizacja, miasto... Cywilizacyjna żywiołowość raczej go niepokoiła, chronił się więc czasem w naturze, nie mniej żywiołowej, nieuniknionej... Chociaż może być niszczycielska, jej "zło" łatwiej przychodzi zaakceptować, bo nie jest niczym złośliwie wykombinowanym, wydumanym na jakichś złowrogich, niby to rozumnych naradach... Źle jest, gdy się rozumność zbrata z siłami przyrody, gdy ta rozumność chce uczynić z nich służkę dla swych niecnych planów wynikłych z łakomstwa...
Dusza goła, cierpiąca, ale też chcąca wyrwać się z rygorów, poszybować, wstrząsnąć się metafizyczną drgawką w czystym przeżywaniu siebie jako cząstki tej wielkiej, tajemniczej Natury. Oto więc ten rozbitek krótkowieczny, co nigdzie za bardzo nie umiał zagrzać miejsca, wyrosły z młodzieńczych listopadów jeno, w wykrzyknikach ekstatycznych, w wichrze... Bratnia dusza, z wiersza z 1893 roku, co lubi wiatr... Jakże ja też go lubię... Lubię, jak mnie siecze deszczem, jak mi sypie w twarz śniegiem, jak mi wydech wpycha z powrotem do ust... Porywa w prawdziwie miłosne tany. Szarpie za włosy, za ubrania, wnikać zuchwale chce wszędzie... Bywa, że rozwali dom... Ale kochanie się w przyrodzie, to kochanie się w kimś groźnym i nieprzewidywalnym, w kimś hojnym, pod każdym względem szczodrym, w dobrym i złym, z naszego punktu widzenia rzecz jasna, bo ona sama oporów moralnych nie ma wcale... Daje radość, daje rozpacz... Ale inaczej niż ludzka fauna (ona wprawdzie może się uczyć, ale nie zawsze chce - więcej - zwykle nie chce...)
Wichura oczyszczająca, wyzwalająca, uskrzydlająca, porywająca, dająca poczucie bycia duchem wszechogarniającym. Ziemią jesteś i niebem naraz. Na chwilę chociaż w tobie łączy się to, co dawno temu, mocą boskich wybryków zostało rozdzielone... Jakby to wołał nagi paralotniarz czy inny skoczek jakiś...
SIGBJØRN OBSTFELDER
ORKAN
Huraganie, burzo, orkanie!
Chcę się nagi kapać w twoim pędzie!
Hej! Patrz na me ramiona białe!
Włosy moje rozwiane, hej!
Baw się nimi, orkanie!
Wichrze!
Rozłóż mej duszy skrzydła szeroko!
Niechaj świat obejmą cały!
Tam w środku mnie już drży Uranos*!
Orkanie! Orkanie!
Nagi jestem oto!
Tak jak ty w ziemską zieleń rzucam się rozkołysaną!
Ku przestworzom wyciągam radośnie ramiona!
Ziemskim przestworzom!
Hej!
Nuże!
Bawmy się!
Ruńmy prosto w morze!
Chodźcie, wirujące liście!
Chodźcie, kruki, rekiny, bałwany!
Chodźcie, szalejące chmury!
W tan, w tan!
Ja i wy!
przełożył z norweskiego Kiljan Halldórsson
***
*) Uranos, czyli uosobienie nieba.
***
Ilustracja: Edvard Munch, Bølgen, 1921

Komentarze
Prześlij komentarz