Przyciąganie XXI
- No i to te ściany zamykające dolinę miały być świadkami tego morderczego starcia człowieka z upiorem - opowiada Pol. - Dziwaczny trochę najmita, co świętować nie chciał, sympatyzujący z pogańskim światem, bo to w Szwecji chowany był typ, został niejako pokarany, a pogruchotane jego ciało stało się siedliskiem nowej, błąkającej się po okolicy złej siły... Można powiedzieć - z deszczu pod rynnę - bo nieszczęsne gospodarstwo z Cienistej Doliny okazało się tym bardziej nawiedzone. I wtedy ten uczynny, acz niefortunny Grettir zaoferował przerażonemu gospodarzowi, Þorkelowi, swoją pomoc. W opowieści sytuacje się powtarzają, trochę jak w sitcomie, tyle że tu grozą wieje... Sceneria zimowa, upiór czy inny przeciwnik z którym trzeba stoczyć walkę... A okres bożonarodzeniowy zdawał się mieć szczególne właściwości aktywizujące straszydła. Grettir, jak już wiemy, miał doświadczenie z żywymi trupami. Czekał więc nocą. Upiór nie zawiódł, zaczął hałasować, dosiadać chałupy... Doszło do potwornej walki - demolki, w scenerii niezwykle klimatycznej w swym dramatyzmie. Oto bowiem rozstępują się brudne chmury i wyłania się zza nich czysta srebrna tarcza księżyca, którego blask odbija się w okropnych oczach drauga. Grettir pokonał Glámra, lecz zanim tamten padł pokonany, zdołał jeszcze wyrzec słowa klątwy. Odtąd Grettirowi nie miało brakować siły, ale miał on mieć jej tyle tylko, by wieść parszywe życie wygnańca, by zawsze uciekać, by mocować się z upiorami i by bać się już zawsze ciemności...
- W sumie nie brak takich ludzi, obrzuconych najwyraźniej podobną klątwą - zauważa Timo. - Potrafią utrzymywać się na powierzchni, mają wiele umiejętności, ale w żaden sposób nie poprawia to ich losu. Pozostają skazani na wieczne biedy, cokolwiek by uczynili.
- Za nim istotnie ciągnął się pech. Był ciekawie skoligacony, bo jego dalekim krewnym był sam król Olaf Haraldsson, u boku którego chciał robić jakąś karierę w Norwegii, jednak wpakował się tam w kłopoty, które uczyniły zeń wiecznego banitę. Nic u króla nie wskórał, żadnych tam prób żelaza mających dowieść jego niewinności jeśli idzie o ten niefortunny pożar, jakim zaowocowała jego uczynna podróż po ogień, nie było, bo i tak by gadali, że po kumotersku sprawa została załatwiona malowanym jedynie na czerwono metalem... No i Harald, jak i wszyscy inni w tamtych czasach, był człowiekiem przesądnym. Tam, gdzie pojawiał się Grettir, były jakieś kłopoty, tarcia, starcia, gwałtowności, był więc kimś, kto przynosi pecha i niepokój... I, nie kusząc losu, pechowca posyłało się precz, by swą obecnością nie psuł życia innym... Stał się wygnańcem, także i w Islandii, ze względu na tamte śmiertelne wypadki w Norwegii... Można było go sobie upolować. Szczęśliwie mógł długo przetrwać, bo nie wszyscy znali jego wizerunek, nie było jeszcze listów gończych z fotografiami... Acz wieść się niosła no i tu i ówdzie gospodarze odczuwali jego obecność, bo żeby żyć, wyrzucony poza nawias, musiał być złodziejem... I tak wędrował od jednej nory do drugiej, trochę tu i ówdzie wspomagany przez życzliwe duchy... Szedł w Interior, hen, gdzie lodowce czy Orle Jezioro, w zakamarki, których kiedyś bardzo się bano... Całymi setkami lat nie zaglądało się tam, gdzie pomieszkiwał, jak mówiono, ten czy inny wywołaniec z tamtych czasów wolnej wspólnoty... W każdym razie nikt przyzwoity... Do archeologicznych zamiłowań było jeszcze trochę czasu...
- A dziś wszędzie turyści... Także i tu... - mówi Timo, patrząc na jakąś plecakową parkę idącą wzdłuż rzeki. - Ileż w nich odświętności. Widać, że wszystko, co mają na sobie, kupili specjalnie na tę podróż.
- Twoja dżinsowa kurteczka zarzucona na tę kraciastą flanelę rzeczywiście razi przy tym nieprzyzwoitością. I jeszcze te cichobiegi. Żebyś tylko w swej nonszalancji nogi gdzieś nie skręcił... - mówi ze śmiechem Pol.
- Tak, okolica pobudza wyobraźnię, Gould też miał dreszczyk, choć w duchy nie wierzył.
- Cokolwiek sobie pomyślimy, wierzący i niewierzący mogą być spokojni - zapewnia Pol - bo Grettir Glámra unieszkodliwił na amen. Łeb ucięty, wszystko spalone i wyniesione hen, tam, w straszliwe głębie lądu, na którym ludzkość rozsądnie przycupnęła ledwie na jego obrzeżach...
- Za plecami groźny oddech.
- Z nieludzkiej krainy...
- I tak z tej sagi niezła wyszła opowieść o samotności, izolacji, o wykluczeniu i strachu... Życie jak niebezpieczna pustynia.
- Bardzo przejmująca... Sierpień na dobre już, noc w nim coraz śmielej do nas zagląda. Dla Grettira był to czas zapowiadający najgorsze - ciemność, patrzącą nań trupim spojrzeniem. Okropnie ten osiłek bał się mroku. Żył doprawdy jak w filmie grozy, co losem jest zresztą wielu ludzi.
- Wieczny stres, wieczna udręka...
- Kawałek stąd, w innych już czasach, bo głównie w dziewiętnastym wieku, i trochę w osiemnastym, żył inny pechowiec, tym razem syn nędzy, tak jak i nasza ścięta Agnes z lichym startem... Bólu - Hjalmar na niego mówili. Wytrwały samouk, fenomenalny poeta i rzeźbiarz... Zajrzymy do niego, zachowało się trochę jego kunsztownych prac - mówi Pol. - Zdolny, mający fajne umiejętności, a ciągle miał pod górkę, konfliktowy był zresztą, kąśliwy... Całe życie, z tym swoim niezwykłym humorem szczypiącym, klepał skrajną biedę.
- Ta wycieczka zdaje się rozrastać...
- Nie, wzbogacam tylko program. Drogą skojarzeń.
Pol i Timo zamierzają obejrzeć sobie wieczór i noc spędzić na kwaterze w pobliżu cienistej doliny upiora. W tym czasie Árni pobrzękuje butelkami w barku. Na nic przyrzeczenia. Co miał posprzątać, posprzątał, a teraz, by znieść samotny moment, postanowił go podtopić w alkoholu, bo już nie miał pomysłu na to, jak odwrócić uwagę od swej sytuacji... - Jestem bezdomny - stwierdził tylko. Próbował coś czytać, szperał po regałach z książkami, myśląc, że znajdzie może tego Bergmana z tym kimś ozdobionym Kaczorem Donaldem, ale znalazł tyko trochę jego scenariuszy... - To nie to - mruknął i odbezpieczył flaszkę... Popija teraz bezpośrednio z niej, co wygląda dość desperacko... Popija i stoi w wielkim oknie... - Gluggaveður. - Islandzki ma dobre słowo na pewien rodzaj pogody - pogoda okienna, która tylko w jego ramach wydaje się atrakcyjna, lepiej jednak nie wychodzić, by się w ten obrazek zanurzyć... Nie, na zewnątrz jest całkiem przyzwoicie. Trwa cisza, wieczorna, trochę tylko zaczęło wiać; słońce ukryte już dawno za górami, po drugiej stronie zatoki zaś mrugają światła miasteczka. A jednak nic nie zachęca do spaceru. Ten smutny, podpity spokój naraz zakłóca niesamowity huk. Árni aż się kuli, wydając jednocześnie jakiś niezwykły, niemal dziewczęcy kwik. Nie wiedzieć czemu, pierwsza myśl w jego głowie wyczarowała spadającą krowę, bo naraz przypomniała mu się jakaś głupia legenda o krowie wyrzuconej z ruskiego samolotu, która, upadając, zatopić miała japoński kuter rybacki. Dziwniejsze to jest jednak nawet od spadającej z nieba krowy, bo cokolwiek znalazło się na dachu domu - duże zwierzę albo kawałek góry - nie wywołało swym gwałtownym upadkiem żadnego wstrząsu. A jednak ma poczucie, że coś siadło na dachu. Jakby nawet w jakiś nieokreślony sposób czuje przytłaczający ciężar tego czegoś... Iść sprawdzić? Co? A może to Griðungur wybrał się na swój opiekuńczy, acz najwyraźniej mało ostrożny spacer? Odstawia delikatnie flaszkę na zawalone papierami biurko Pola - przez chwilę uśmiecha się do niej odkrywczo i grozi jej paluszkiem: - O ty, kurwo!... Skrada się następnie w stronę wyjścia... Uchyla drzwi i delikatnie wysuwa głowę na zewnątrz. Czuje na twarzy lekkie uderzenie rześkiego powietrza. Co tam siedzi? Musi wyjść, by się o tym przekonać. Nieodmiennie trwa w nim poczucie, że coś tkwi nad jego głową... Chowa głowę w ramionach, jednak zdobywa się na odwagę, by obrócić się na pięcie i spojrzeć w przykurczu w górę, choć z gardłem w pełnej gotowości do wydania z siebie kolejnej dawki przeraźliwego kwiku... Oddycha z ulgą, bo niczego tam nie dostrzega i opuszcza go też to przytłaczające poczucie obecności czegoś o nadnaturalnych rozmiarach i takichże zdolnościach.
Niemal w tym samym czasie i na Tima spada ciężar, prosto na czoło. To łapa śpiącego obok Pola. Zrobił co swoje, a potem zapadł w zwierzęcy sen. Teraz chrapie lekko i macha gałęziami, jak krzaki za oknem, bo naraz na dolinę uderzył mocny podmuch wiatru, aż coś zatrzeszczało przy oknie. Co to za pomysł z tym spaniem w jednym łóżku? Czy to jakaś jaskiniowa pozostałość? Z czasów, gdy wiecznie się trzeba było trwożliwie kulić i tulić, bo niekoniecznie było się na szczycie pokarmowego łańcucha, a i z ogrzewaniem zawsze był kłopot. Pol najwyraźniej ma rozbudowane te osobliwe skłonności do pewnego rodzaju niewygód, które szumnie zwie się bliskością. Zresztą - jaka tam niewygoda dla niego. Rozwalił się, zagarnął przestrzeń i na dodatek chrapanie nonszlancko zaczyna się nasilać.
Pol chrapie w krainie drauga prosto w ucho Tima. Nad głową Árniego zaś coś właśnie jakby zakrakało ostrzegawczo... O to to, babka znad Szerokiego Fiordu opowiadała niestworzone historie, aż jego rodzice zaczęli ją w końcu upominać po kolejnych spędzanych tam wakacjach i świętach, by się starała pohamowywać w swych narracjach, bo w końcu ich dzieci popadną w jakąś psychozę... - I kto miał rację? - pyta się wiatru. - No i co? - pytała babka, po tym, jak los zabrał im wszystkim Lóiego, takim tonem, jakby zupełnie nie oczekiwała odpowiedzi, przekonana dokładnie o tym, jakie straszydło dokonało tego przykrego uprowadzenia... Árni natomiast wie jedno, że po tym, jak zaginął Lói, w nagle upadającym domu tak powykrzywiano rzeczywistość, że to on nabrał w tej sprawie największego poczucia winy, które zawsze potem było łatwo rozbudzić... Coś znowu kracze... O nie, dość już podejmowania prób, by się konfrontować z przedstawicielami ukrytych światów, więc, nie podnosząc już głowy, czmycha co prędzej do domu i przywiera plecami do zatrzaśniętych za sobą drzwi... Wyjątkowo nieprzyjemny odgłos - myśli... A na domiar złego cisza pustego domu zaczyna mu mocno świszczeć w uszach... Zatyka je wreszcie rękami i otwiera usta, całkiem jak ta postać ze słynnej pracy Muncha, co absolutnie nie chce niczego słyszeć... Rozpaczliwie zamyka się na wszelkie wtajemniczenia... I kto wie, może to i dobry odruch...
***
Kolejny dzień wycieczki miodowej wita Tima i Pola ołowianym niebem. W farmerskiej kuchni siadają przy długim stole i raczą się śniadaniem... Timo pakuje w siebie twaróg, ale szybko przechodzi mu apetyt, bo ma wrażenie, że właśnie przed chwilą przełknął coś o aromacie wymiocin. W pierwszym odruchu ma ochotę do wszystkiego dołączyć także swoje własne, powstrzymuje się jednak i zapija niesmak szklanką lodowatego mleka... Pol natomiast radzi sobie ze wszystkim doskonale, no ale skoro bez grymasu podołał rekinowi i skoro nie potrzebuje bezdechu, by nurkować pod kołdrę, tedy nie ma się co dziwić... A za oknem trzy konie, trzy gniadosze, skubią sobie trawę...
- Gould jednak bardziej namacalnie zapoznawał się z terenem. Na takich konikach - mówi z pełnymi ustami Timo. Gospodyni pyta ich o dalsze plany. - Skagi - mówi Pol... - Na koniku byłoby to pewnie kilka ładnych godzin, ale my będziemy tam gdzieś tak za półtorej... Pogapimy się na bazaltowe kolumny i na morze - dodaje, kierując swe słowa do Tima. - A potem znów znajdziemy się na ścieżce życia tego najsłynniejszego wywołańca...
Timo myśli przez chwilę o szczęściu. Jest przecież tylko teraz, a teraz, mimo chwilowych niesmaków, jest tak dobrze... To właśnie znowu wraca... Jak najbardziej uświadamiać sobie chwile... Nad nim też jakby jakaś klątwa, a jednak... Dało się przeżyć, choć zawsze tyle było strachu, poczucia, że przecież kolejnych minut nie będzie się dało przetrwać... Grettir, tak a nie inaczej potraktowany przez los, musiał zdobyć się na pewną bezczelność... Wykluczony też chce żyć. Żadna zła siła nie może być pewna, że złamie w kimś wolę życia, choć cudza chęć przetrwania może być dla złego opłacalna, jeśli uda jej się wtrącić cudze życie w poddaństwo... Bywają też i osobliwe równowagi, zależności złego od słabszego, który coś jednak wie... Obaj zdają sobie sprawę, że tkwią na cienkim lodzie, i gdy ktoś wykona nieodpowiedni krok, na wszystkich sprowadzi zgubę...
- Coś tak się zamyślił? - pyta Tima Pol.
- A, Árni mi przebiegł przez głowę... Pomyślałem o lekkim napięciu, gdy wracaliśmy od dentysty... Ktoś coś wie...
- Że co?
- Nic, jakaś przesada się zrobiła. Ledwie przyjechałem, a już mój związek z miasteczkiem nabiera zastanawiającej głębi... Może lepiej tego nie ruszać.
- I ja zacząłem czuć już coś w rodzaju przywiązania...
- Wytrwali ludzie...
- Kto?
- Grettir - śmieje się Timo. - No i ten poeta, którego wspominałeś.
- Bólu - Hjalmar... Wytrwały w swej beznadziejnej walce z głupotą, uprzedzeniami, niechęciami, z biedą... Można powiedzieć, że w swym upartym samouctwie dobiegł do eksperckości, jeśli idzie o literaturę. I zawładnął językiem ten ludowy poeta jak mało kto. Walczył z lokalnym przejawem dziewiętnastego wieku, który Matthías Jochumsson nazwał bezlitosną epoką żałosnej podłości.
- Jochumsson. Ten od hymnu?
- Nie inny. Stworzył go w Edynburgu, przy London Street 15.
- Skrupulatnie odnotowane.
- Upamiętnione tablicą.
- Człowiek uczy się całe życie.
***
Ruszają ku północy. Schodzi im trochę, bo tu i ówdzie się zatrzymują. Nigdzie im w końcu nie spieszno.
W innym miejscu Árni ma kaca. Ale musi się zebrać, bo trzeba mu zajrzeć do szkoły, a po drodze zamierza jeszcze wstąpić do Drenga, w nadziei, że uda mu się zorientować w kwestii tego Kaczora Donalda... Łeb mu pęka. Myśli, że byłoby w porządku też udać się do monopolowego, ale, póki co, mało ma siły na dalszą eskapadę... Pol zapewne będzie zły... Choć też pewnie nie da niczego po sobie poznać, to znaczy będzie się starał, by niczego nie okazywać... - Jak mus, człowiek nie waha się być intruzem. Anektuje miejsce, i tyle - chwali przed lustrem swój wymuszony tupet...
Kat od Lagerkvista. Tak go sobie skojarzył Timo, obserwowany przezeń spode łba w restauracji. Jeden z synów Bjarnego. Mija się teraz z Palem w drzwiach księgarskiej składnicy. Regularnie tu się ów kat zjawia, ale zwykle niczego tu nie kupuje. Spode łba i na Pala patrzy, rzucając jakieś mrukliwe pozdrowienie. Przygaszony łobuz, on, i ten jego brat... Tamtego drugiego trapi od pewnego czasu jakaś choroba, a Pal sobie myśli, iż dobrze mu tak... Po co on tu tak zachodzi?... Otwiera drzwi, a wiszący nad nimi dzwonek ten fakt sygnalizuje. Drengur dzikobrody Bækur chowa szybko do kieszeni umorusanych starych dżinsów zwitek papierków. Jakby kitrał jakąś lewą kasę.
- Dzień dobry.
- Po obrazki znowu?
- Może.
- Już po jeździe?
- Się wcale nie odbyła. Jeden z turystów zasłabł. Dość solidnie, bo z lotniska zabrał go do stolicy helikopter. Co krzyków, co lamentów było, paniki...
- Tylko patrzeć, jak i mnie licho porwie...
- O, powiadają, żeś na własne oczy widział ścięcie Jóna Arasona, więc trudno nawet przejmować się takimi zapowiedziami...
- Hehe, to już chyba dość się nażyłem...
- Jakie te rozdania bywają różne... Jednym mocna karta w garść, innym liche blotki.
- Że też tak cię na sztukę zbiera teraz... To ten nowy, co?
- Podchwycił coś może.
- I co tam?
- Na melancholię patrzyłem, nadmorską... Tego całego Muncha... Ale jak byś mi jeszcze coś doradził.
- Może coś z niemieckiego romantyzmu... To takie piękne, nastrojowe rzeczy... Będziesz się o to troszczył? - Drengur rzuca nagle pytanie, pokazując sękatą dłonią na całą tę nieprawdopodobną makulaturę, wśród której zamieszkał tu pustelniczo.
- Pewnie nie będę miał wyjścia. Chyba by było dobrze to jakoś uporządkować.
- Dla mnie wszystko tu w porządku.
- Nie wątpię - odpowiada Pal.
- I oto jest... - uderza ręką w foliał wygrzebany spod jednego ze stosów książek. - Otwiera na obrazie przedstawiającym mnicha na brzegu morza. Stoi ów mnich zamyślony, tyłem do widza, mały pośród ogromnego krajobrazu, prostego, tworzącego trzy pasy: ląd, morze, chmurne niebo... - Tkwi wobec tajemnicy - oznajmia. - Caspar David Friedrich...
- Tak jak i my, co? - rzuca Pal.
Drengur z hukiem zamyka księgę. - Życzę nastrojowych chwil - mówi i podaje ją Palowi. - Zatrzymaj ją... Nie docieczesz, co sobie ów mnich może myśleć - dodaje po chwili. - Ale też to i nie takie ważne. Nie roztrząsaj tego, co widzą inni. Sam patrz w morze. A jeśli w przeszłość, to, powtórzę to, tu ją masz - stuka w twardą okładkę - z niezmiennymi pytaniami. A z tym, co żyje, patrz naprzód, to mając za ozdobę i podnietę do nowych przeżyć...
Rozmowę zakłóca naraz Árni, którego nadejście anonsuje dzwonek...
- Ruch dzisiaj w interesie - mówi Pal i bierze pod pachę ciężką książkę.
- Douczamy się? - rzuca pytaniem w kierunku Pala Árni.
- Wnikliwiej patrzeć.
- A, rozumiem...
Pal nie zamierza już dłużej przebywać w zakurzonej atmosferze antykwariatu i szybko się żegna... Na odchodnym słyszy tylko, jak Árni ożywionym głosem rzuca hasło: Bergman!
- Ingmar czy Hjalmar?
- Ingmar, Ingmar. Coś mgliście mi się przypomniało i muszę sobie to i owo odświeżyć... Masz może jego autobiografię?
- Magiczną latarnię, tak? - Drengur grzebie niespiesznie w swoich zbiorach, a Árni ma poczucie, podobnie zresztą jak inni tu zaglądający, że znajduje się we wnętrzu prawdziwej osobliwości, frapującej o wiele bardziej niż wystawa morskich potworów. - Mam, w trzech językach.
- Tego można się było spodziewać.
- Po szwedzku, po niemiecku i po czesku.
- Po czesku?
- Reflektujesz?
- Właściwie nie wiem, czemu pytam...Najrozsądniej będzie wziąć po szwedzku.
- Miłej lektury. To dla ciebie.
- Ile się należy?
Drengur macha ręką. Ale że Árni już zbyt wiele dostał za darmo, nie daje się porwać gestowi i w nagłym pośpiechu rzuca na ladę trzy zmięte banknoty tysiąckoronowe, i szybko wybiega z zapylonego i przesiąkniętego tytoniową wonią lokalu, by zaraz wbiec do restauracji Eddy... Żeby tylko kibel nie był zajęty. Nagła sprawa, pewnie wywołana kacem... Kabina, klamra paska, szelest opuszczanych gaci, hałas, jak echo uderzenia tego czegoś, co wczorajszej nocy tajemniczo spadło na dach domu... Zadudniło i nastaje wielka ulga, rozkosz załatwienia nagle nawarstwionej potrzeby... Spokojny już zaczyna kartkować kupioną właśnie książkę...
Nad Skagi pochmurno. Sycą się krajobrazami. Timo i Pol, co się stopniowo poślubiają... Zanim obejrzą bazaltową kolumnadę przystają, bo Timo chce wieczności... W tej samej chwili, gdy Pal patrzy na mnicha nad morzem wśród makulatury u Drenga, Timo podobne ma przed sobą proste pasy... Misternie rzeźbione góry i żłobione doliny nazbyt potrafią zawracać głowę, absorbują swoimi kształtami, wzrok ciągle kierują ku życiu, ale z dala od jego tajemnic... - A tu prosty, ułożony w grube linie podział: ziemia, po której przez chwilę dane jest nam pochodzić, w mniej lub bardziej udany i owocny sposób; dalej morze, co mówi: przygoda, a największą z przygód śmierć; no i niebo, coś całkiem od ziemi odmiennego, rojowisko tęsknot i strachów, nieziemskich też...
Podobnie jak poprzedni półwysep, ten też objeżdżają naokoło, na prośbę Tima, mimo że Pol nęcił krótszą nieco i wygodniejszą drogą przez jego wnętrze oferujące dodatkowo ciekawe krajobrazy. Timo jednak chciał mieć blisko siebie wieczność, a ściślej bramy do tejże, Pol więc uległ, uważając przy tym, że nie ma tego złego, bo w drodze do Reykir otworzy im się pięknie widok na ostatnią twierdzę Grettira, wyspę niedostępną, na którą wspiąć się można z morza tylko po drabinie...
- Oto i ona, Drangey - woła Pol. - Naturalnie to jedna z historii o zamienionych w kamień przez słoneczne promienie trollach. Drangey to krowa trolli, które razem z nią przeprawiali się przez morze. Dotąd zabrnęli i dalej ani rusz, bo dopadł ich poranek słoneczny. Przed krową, od południa idzie ona, zaś od północy, za krową, szedł jej życiowy partner, tyle że jego już nie ma, bo załatwiła go erozja i woda pochłonęła marne resztki pana trolla... Grzbiet tej krowy zajął kiedyś Grettir, razem z bratem i jeszcze jednym gościem, leniwym i niespecjalnie rozgarniętym...
- A na wyspie pasły się owieczki. Gospodarze, co je tam mieli, nie byli szczęśliwi, bo Grettir odmówił im dostępu do tej twierdzy i dzicy lokatorzy tejże wszystkie zwierzęta im wyżarli... Nieprawdaż?
- Z wyjątkiem jednego baranka, który się stał domową maskotką...
- Zawsze koś ma szczęście, ktoś wygrywa w totka.
Na trochę znika im z oczu ocean, bo muszą objechać niewielki górski masyw, by dotrzeć do ciepłych źródeł, które przed wiekami stały się i krzepiącym kąpieliskiem dla Grettira... Choć był taki niefortunny, to jednak był z niego nie lada sportowiec: świetny w bijatykach na miecze, doskonały w zapasach, no i pływak też z niego był wybitny... Pełną gębą mistrz surwiwalu... Na Drangey zgasł pewnego dnia ogień. I po ogień wpadł do Reykir. Była to kolejna tego typu jego wyprawa zresztą - pierwsza nadała mocy jego przekleństwu z Cienistej Doliny, której konsekwencją była konieczność ucieczki na niedostępną wyspę wyrastającą z wód fiordu Skagi... No, wcale niezły kawałek przepłynął. Skostniały dopadł do basenu z ciepłą wodą, by się w nim rozgrzać...
- I to moment, w którym dowiadujemy się pewnego szczegółu... - zauważa Pol, kierując się już na północ, ku ciepłym wodom ochrzczonym mianem Grettira. - Wiktoriański Gould naturalnie pomija ten moment, a przecież jaki on pełen jest tego, co odwieczne i charakterystyczne dla płci szkaradnej, którą zajmuje jedynie to, co się w ostateczności oprzeć nie potrafi grawitacji... Rozgrzany już i śmiertelnie zmordowany Grettir dociera do zabudowań gospodarstwa i kładzie się spać... W nocy spadają zeń skóry, którymi się był nakrył przed snem i rankiem dziewki służebne zastają go całkiem gołego na ławie... I jakież jest ich zdumienie, zawód wręcz, bo oto ten potężny mężczyzna ma takiego małego... Kalectwo istne... Każda by chciała przecież rozmiarów pornograficznych... I nawet ich przekleństwa idą w tym kierunku... W pewnej innej opowieści mściwa pani wzgardzona przeklęła chłopca tak, że w pobudzeniu rósł mu do tego stopnia ogromny kutas, iż było go zbyt wiele nawet dla najbardziej pojemnych łon.
- Tak, znam tę scenę... Przypominam sobie teraz coś podobnego, co widziałem jeszcze w czasie odsiadki. Koledzy oglądający telewizję raczej nie gustowali w ambitnych programach i chętnie patrzyli na jakieś chamskie reality shows... I taka sytuacja, żywcem jakby z tej sagi... Chłopak śpi po imprezie na kanapie w salonie, koc z niego spadł, na to wszystko wchodzą jakieś przepite kurwiszonki i, dostrzegłszy śpiącego golasa, z badawczą troską pochylają się nad skądinąd zjawiskowym chłopcem... - Ale on ma malutkiego... No faktycznie... No wiesz co?... - Stały tam jak dwie zadziwione znaleziskiem kury, całkiem skupione na tym jednym detalu... Świat się walił...
- Ale na przykład Grecy cenili te mniejsze... - mówi Pol.
- Pocieszał się tym Strindberg... Ale co o tym sądziły Greczynki?
***
- I do tego musiało dojść. Wspólne prysznice, sprezentowane gacie na dupie, prawie nagie przebieżki...
- No wiem, mówiłeś, że nie masz żadnej kultury, więc nie ciągnie cię do sytuacji, w których trzeba zdejmować spodnie.
- No, a jak dorastałem, ciągle mnie do tego zmuszano, szantażem, bo miałem do jakiejś kultury należeć... Ale niech będzie. Dopiąłeś swego. Śpię z tobą, taplam się w baseniku z ciepłą wodą z krową trolli w morzu za plecami, a przede mną, gołym, w samych majtkach tylko, no bo sytuacja publiczna jednak, bezbronnym mimo to piętrzą się ku niebu góry surowe... Oto w tę krajobrazową sytuację, w plener przenoszę łazienkowy klimat, by uniezwyklić banalne cielesne doznania...
- No co, kąpielowe pogaduchy...
- Rzecz stara jak świat, tak samo jak podpatrywanie, kto jakiego ma... Tedy dzieje się...
- Wielka kąpielowa kultura...
- Taka raczej odnowiona... Gould zwracał na nią uwagę, ale jako na coś, co było w jego czasach zapomniane, bo gdy tu podróżował, spotykał ludzi sympatycznych, acz nie bardzo domytych...
- Ale miło przecież jest.
- Tak, bezpośredniość tych gór przede mną, w samych gaciach, sprawia, że moje uczucia są iście transcendentalne.
- Nie możesz sobie darować - śmieje się Pol.
- Ale wdzięczny jestem, że nie muszę w tym momencie ani niczego popijać, ani niczego jeść... Nie mam w sobie dostatecznej powagi... Ale proszę, moknijmy...
- Wiem, że wolisz łazić, więc sobie potem pochodzimy... I pogadamy może o poezji...
- Grettir chyba też umiał coś powierszować...
- No...
- Ale lipa... Jak ze wszystkim...
- A ty?
- Też.
- I co?
- No lipa... - odpowiada Timo i zanurza się w wodzie po szyję.
CDN

Komentarze
Prześlij komentarz