Przyciąganie XX
Gdzieś tam Timo i Pol pewnie się posilają i moszczą sobie chwilowe gniazdko na postój, nieustającą paplaninę, a potem na sen, w tym czasie zaś Árni, już bez fartuszka z Kaczorem Donaldem, posłuszny propozycji żony pakuje się do jej auta, by udać się na kolację...
- Objadłem ich tutaj sromotnie, teraz objem ciebie. Ty płacisz.
- Tak, zrobię to z przyjemnością.
- A tam też tak... - nie kończy, tylko gryzie się w język. Spokojnie, myśli sobie, choć ma taką wielką ochotę wyłącznie szczypać i gryźć...
- Mój Boże, naprawdę uszkodziłam ci uzębienie.
- Do tego doszło - mówi, zapinając pasy bezpieczeństwa.
Fina rusza z kopyta, jakby spieszyła komuś na ratunek.
- Co za zryw. Jakieś jednak nerwy gniotą? - Nasłuchuje. - Coś z wahaczem chyba...
- Co?
- No jakieś takie stukanie... Ale ja już się nie troszczę, wcale a wcale - dodaje, unosząc w górę ręce.
- Się obejdzie.
- Dobrze, że tak mówisz.
Migiem są na miejscu, czyli w restauracji Eddy. Nie ma tłoku. Usługuje dziś Pal. Zaskoczony nawet że widzi ich razem, bo właściwie Fina nigdy tutaj nie zaglądała, sadząc najwyraźniej, że żeby jadać po restauracjach, trzeba gdzieś dalej ruszyć się z domu.
- Z przykrością muszę powiadomić, że z karty dziś już sporo wypadło.
Fina nie widzi problemu, a Árni prosi o coś koncyliacyjnego. Pal nie bardzo rozumie, o co mu chodzi.
- Co byłoby według ciebie najbardziej ugodowe - stara się objaśnić swą potrzebę Árni.
- Ale co? Że jedzenie? To pewnie baranina nie - zastanawia się Pal.
- No, nie brzmi to dobrze... Ale jajeczko na przykład - wpada na pomysł Árni. - Budzi jakąś nadzieję, a sadzone patrzy słonecznym oczkiem. Składniki w każdej knajpie na to znajdziesz, nawet gdy już wszystkie wyszukane pierdoły z menu zostały wyżarte... Ugotujcie mi trochę kartofli, nie szczędźcie mi zieleniny ni masła, w które niechże zostaną wbite trzy dorodne jaja kurze... A na deser skyr z jagodami...
Pal kiwa głową: - To się da zrobić. A dla ciebie, Fino?
- Sama nie wiem...
- Tora zrobiła dziś szkocką zupę z łupacza. Jeszcze trochę jest.
- O widzisz. A pamiętasz, jak byliśmy w Edynburgu?
- Co za znaki!... Tylko jeszcze nie było neoklasycystycznego palca Hume'a do potarcia. Stąd to nieszczęście... Ileż w kuchni może być podpowiedzi. Tylko pomyśleć...
- No wiesz, to tak, jakby sądzić, że wszystkie dzieci przed Mozartem były głupie.
- Może tak było. Po nim zmądrzały, acz niewielkie zaszły zmiany. Jedz zatem swoją zupę.
- No, i dopcham skyrem.
- Jak sobie chcesz...
Milczą aż do momentu, gdy na stole pojawiają się zamówione potrawy.
- No i proszę, jak miło. Że też nam to jakoś nie wpadało do głowy - zastanawia się głośno Fina.
- Najgorsze miejsce to dom, najniebezpieczniejsze. Wiedzą to dzieci, wiedzą dorośli... Co z tego, że stworzyliśmy miejsce dla Anny... I gdzie to się skończyło? W jakimś żwirze?
- Mniej więcej... Kończyła życie, będąc w złej kondycji.
- Próżne gadanie, że kiedyś tego nie było.
- A po tym jedzonku chyba wrócisz, co?
- Może po skarpetki... Nie wraca się do domu, w którym dostało się po mordzie.
- Sytuacja była dość wyjątkowa.
- Ale nie będziemy się w to zagłębiać. Erotyczne sytuacje zostawmy na boku - mówi Árni, wymachując widelcem. - Może jak bym był kobietą, też miałbym potrzebę patetycznego nurzania się w nieczystościach; mnie samego zaś znowu nie pasjonuje rola zadaniowego dozownika tychże... Ale myślę, że jednak nie powinnaś rezygnować ze swych ambicji, tylko odmienić na dobre swoje życie, także jego higienę. Ja chętnie będę cię wspierać, już jako przyjaciel, który nie musi być spod wspólnego dachu...
- Ale jest dom z pięterkiem przecież. Ja z Reykjavikiem zostanę na parterze.
- Ale mi się udało, co?
- Jakoś tak inaczej. Pomysłowo, z tymi szczypcami do bielizny. Chichotałam przez pół nocy potem... Ale naprawdę jest mi głupio z powodu tego zęba.
Gadają o bzdurach, jedzą, wydłubują ze skyru jagody w chwilowych zamyśleniach. Potem razem wracają do domu, z którego zamierzają zrezygnować... Árni rzeczywiście tylko po skarpety i kilka innych drobiazgów, bo jednak planuje wprosić się na więcej do pedałów, po zamorski dystans, jak się raczył był wyrazić...
***
Tima nocleg w namiocie raczej nie zachwycił. Zrobiło się strasznie zimno, a to sprowadziło niewygody, bo legli w chłodzie jak łyżeczki w futerale. - Niech ci będzie - chuchnął w wieczorny ziąb, pozwalając Polowi na figle w śpiwór spakowane... - Rano będzie tu pachniało jak w przetwórni rybnej - ostrzega jeszcze, co jednak okazuje się całkiem dogodną atmosferą dla aktywnej strony.
Po byle jakiej nocy byle jaki posiłek. Jeszcze zakupy w miasteczkowym markecie. A potem zawracają, by zagłębić się w dolinę. Trzymają się jej wschodniej ściany, bo Pol obiecuje spektakularne osuwiska. Timo istotnie bardzo się zachwyca, kiedy zatrzymują się u pochyłych stert kamieni nad którymi górują skalne ściany. Wyboista droga ciągnie się dosłownie u ich stóp...
- Oto niespieszność - mówi Timo. - Lepiej patrzy się na to niż na jakieś stare katedry, w których pieczołowicie walczy się z czasem, by dzisiejsze oczy spotykały coś, co spotykały oczy zgasłe już przed wiekami... Tu czas sobie działa i już się dużo usypało w tej gruboziarnistej klepsydrze, choć wszystko tak niepostrzeżenie... Wszędzie patrzymy na rozpad, ale przy skalnych ogromach całość wydaje się taka trwała... Tak jest tu przecież od zawsze, tak sobie można pomyśleć w tym okamgnieniu, jakim jest ludzkie życie... Więc powiadasz, że to ostatnie pejzaże oglądane przez ową straconą Agnes?
- I jedyne, jeśli pominie się ten tragiczny epizod nad oceanem z fokami.
- Ach tak.
- Stąd była... Tak się napatoczyła, nieślubna, i nawet nie wiadomo, czy rzeczywiście jej ojcu było Magnús... Może został wrobiony, by nie było na czcigodnego gospodarza - Jóna, zdaje się - który na boku brał sobie, co chciał... Podrzutek, bo matka zostawiła dzieci i poszła w długą.
- To było i rodzeństwo?
- Przyrodni brat i siostra, która szybko zmarła.
- Wtedy śmierć lepiej kosiła...
- Ale nie wszystkich. Jednych omijała, skazując ich na poniewierkę... W tym przypadku na obszarze jednej doliny. A dawna przystań stała się i jej ostatnią, choć już u innych ludzi... Zawisł nad tym jakiś taki moralny niepokój. Nie miała możliwości obrony. Nie pogodziła się z całą sytuacją i mało była przekonana co do boskich wyroków i boskiej miłości... I ten niepokój ożywił jej postać raz w klimatycznym filmie, potem zaś w książce pewnej Australijki... Kobieca rzecz, wiec i mocno fizjologiczna - nadużycie i użycie złudne, bo dla namiętnego odkrycia w postaci szemranego zielarza ledwie to było zabawą, a nie żadnym zwieńczeniem... Co innego Friðrik, ten drugi skazany, młodzik, który skruszał pod kleszą namową i szedł pod topór z nabożną pieśnią... Nauczył się Hallgrímowych psalmów, tych samych, do nauki których całkiem skutecznie przekonała cię Edda.
- Chcę, żeby była ze mnie zadowolona - mówi Timo.
- Bardzo mnie to cieszy.
Timo rozgląda się po nieco podmokłej okolicy... - Właściwie w sam raz na życie.
- W sumie ewolucyjnie do tego właśnie jesteśmy przystosowani. Dobrnęliśmy do osiadłości, do żyznej doliny i niewielkiej grupy, na garść znanych rysów twarzy, by pamięci nie przeciążać... I trochę kobiet do rozesłania tu i ówdzie się miało na zbyciu... Takie łączniczki dające jakąś rękojmię dobrosąsiedzkich relacji...
- Dziś znajomości miewamy rozwleczone po całym świecie...
- Coraz bardziej powierzchowne, z nie lada chaosem w podziemiach...
Jakby jakiś wielki stwór trójpalczastą łapą zadrapał mocno teren. Sięgnął w Interior i przeciągnął pazurami, z każdą chwilą przesuwając je ku sobie, by wreszcie, złączywszy je razem, wyżłobić tę główną dolinę z podziwianymi przez Tima stertami kamieni, które zresztą przypomniały mu dawne czasy, kiedy na porządku dziennym było ogrzewanie mieszkań węglem. Z jakimś ciepłem w sercu przypominał sobie kamienicę, w której mieszkali rodzice jego matki - przy niej każdej jesieni u piwnicznych okienek piętrzyły się takie skalne rumowiska, wprawdzie o nieco innej barwie, ale - gdyby był mrówką jakąś - przechadzając się wtedy po bruku, miałby przed oczami podobne pejzaże.
Zapuszczają się po trochu w ślady pazurów, tak jak i Gould, który tam, w innej epoce, korzystając z wynajętego konika, chciał poczuć dreszcz, przebywając w miejscach, gdzie toczyło się życie przeklętego Grettira, którego przeznaczeniem okazały się kłopoty, bo jego charakter należał do tych z rodzaju trudnych, acz żal byłoby nazywać go człowiekiem złym... Słuchają szumu wody przy kaskadach i siklawach, czując na plecach spojrzenia duchów, może dawnych banitów, co niepokoili okolicznych gospodarzy... Gould stara się racjonalizować rozmaite niesamowitości z sagi... Kto wie, pewnie ten dziwny Glámr padł ofiarą jakichś wygłodniałych rzezimieszków, stając się potem dobrym materiałem na żywego trupa...
- Te pośmiertne losy człowieka to istny galimatias. Jedni gdzieś przepadają, inni idą na długotrwały bankiet, a inni jeszcze siedzą żywym trupem i pilnują skarbów - zauważa Pol.
- W sumie nie brak i dziś takich żywych trupów upajających się swoim bogactwem. Sam chyba noszę w sobie zadatek na coś takiego. Zabrzmi to bezczelnie, ale dzięki tobie mam poczucie, że stać mnie na wiele. Sam ten fakt mnie zadowala, bo tak naprawdę niczego nie potrzebuję. W tym jestem podobny do swojego ojca. On niewiele nadużył. Głównie rąbał drzewo pisarzowi. Ja ci mogę jakoś ogarnąć to złomowisko, na którym fanaberia kazała ci zamieszkać. Oczywiście byłoby najlepiej, gdybyś nie oczekiwał żadnych spektakularnych rezultatów... Ale i tak chyba trzeba będzie coś z tym zrobić, skoro masz w planach pole golfowe. Chyba że to ma tworzyć jakiś specyficzny klimat.
- Okaże się... - mówi Pol. - A teraz przed nami Forsæludalur. Cienista Dolina. Ten ślad po środkowym pazurze. Kraina strachów. Tu przypieczętowany został los. A w każdym razie opowiadaczowi potrzebne było uosobienie pecha, złego losu skądinąd istotnie dobrego, uczynnego człowieka. Miejsce słynnej walki Grettira z draugiem... Miał już doświadczenie, z Norwegii, bijąc się z takim stróżem skarbca... Tutejszy był bardziej może niesamowity, acz dziadowski... Chociaż sagi znają jeszcze bardziej śmiałych bitników, trzeba przyznać...
Siadają nad rzeką przy niewielkim wodospadzie. Pol z plecaka wyjmuje prowiant, tym razem w złowrogiej postaci. Na kamiennej półce stawia zieloną piersiówkę, w ręce zaś trzyma pudełeczko o dość ostrzegawczej barwie z przekąską, którą istotnie lepiej spożywać na świeżym powietrzu. - Jeszcze chlebek - mruczy. - Na wszelki wypadek.
- Powiedz, że to jakaś słonina.
- Chciałbyś. - Daje znak Timowi, by ten otworzył usta i przyjął podany na wykałaczce kawałek pokarmu. - Oto głodowa zaprzeszłość, co sięgała po niejadalność, by uczynić ją jadalną. Nie niuchaj tego, tylko od razu bierz w paszczę.
- Zatem potworność przyjętego kąska. Ten trup całkiem jest martwy i to już od jakiegoś czasu, ale niech ożyje w tobie aromat czegoś martwego. Martwe a żywe, z czym miotał się tutaj tysiąc lat temu Grettir. Musiało też nieźle dawać... - przemawia Pol. Potem sam bierze kawałek.
Timo roni łzy i targają nim odruchy wymiotne. Udaje mu się jednak przełknąć rekina i zaraz przepłukuje usta wódką.
- I jak? - Pol pochłania już trzecią kostkę i także zapija ją alkoholem. Obaj pociągają z tej samej butelki.
- Poczułem się jak stary pisuar - oznajmia Timo.
- Chcesz jeszcze?
- A ty nie zapomniałeś, że prowadzisz?
- Przenocujemy tutaj... Trzeba zjeść, bo się popsuje.
- To już chyba jest popsute.
- Pomyśl, gdybyś był głodny... - mówi Pol.
- Gadasz jak jeden z moich dziadków. W czasie wojny przeżył straszy głód i raptem znaleziona nadgniła cebula okazała się nie lada pysznością.
- No widzisz.
- Opowiadał mi o tym, gdy jako dziecko grymasiłem przy jedzeniu... Swoją drogą jak na to wpadli, żeby tę trującą rybę niejako wypełnioną środkiem przeciw zamarzaniu zamienić w posiłek? To musiało pociągnąć za sobą trochę ofiar...
- Ktoś może, zmorzony głodem, wykopał porzucone truchło z nadzieją, że dla niego akurat nie okaże się trucizną... Ryzyk - fizyk... Zwykle chyba takie tajemnice mają swoje rozwiązanie w przypadku... No ale właśnie, skoro tak tkwimy tu przy posiłku doprowadzonym do krańców ludzkiej tolerancji, to całkiem na miejscu jest ten mocarz, o jakim już mówiłem, że z większymi siłami się mierzył niż Grettir. Otóż we Flóamanna saga występuje niejaki Þorgils, który staje się chrześcijaninem i to od zarania dość zapiekłym, bo nie straszne mu są gniewy samego Þóra. Pogański bóg gniewa się, niszczy mu gospodarstwo, wszelkimi sposobami stara się go odwieść od nowej wiary, śni mu się po nocach, aż wreszcie, jak chcieli wierzyć ludzie, doszło między nimi nawet do starcia... Rzecz zupełnie niesłychana - człowiek pogromcą Þóra, tego, co od wieków rozprawiał się młotem z olbrzymami, aż się skrzyło niebo od błyskawic!... Było to blisko czasów, kiedy Eryk Rudy zapoczątkował skandynawską obecność na Grenlandii. Ruszył tam też i nasz bohater ze swoją załogą i żoną brzemienną, Þórey. Podróż nie była łatwa, a właściwie okazała się przerażającą, aż się załoga zaczęła domagać, by ich przywódca raczył zwrócić się z prośbą o pomoc do tak zuchwale porzuconego wcześniej Þóra. Chrześcijanin zapiekły jednak nie chciał o tym słyszeć, ba, nawet wywalił za burtę krowę, którą kiedyś, za pogańskich jeszcze czasów, oddał był pod opiekę porzuconemu bóstwu. I to zadało się nawet pomocne. Na chwilę. Nowy bóg okazał się bowiem dość roztargniony i wywalił wszystkich na brzeg, ale daleko od siedliska Eryka... Jest zimno, niegościnnie. Þórey powija syna i prosi męża, by ten zorientował się czy jest w okolicy ktoś, kto mógłby im pomóc. Mąż rusza; wraca z niczym. Do niczego. Bo to co jeszcze mieli zostało skradzione przez zbiegłą licho wie gdzie załogę, jego żona leży martwa, a synek Þórfinnr, usiłuje się posilić, ssąc wystygłą już niestety pierś... I oto saga opowiada o sile wiary tak źle przez los potraktowanego mężczyzny. Nie ma czym nakarmić dziecka, ale desperacko przystawia go do swej piersi. Nacina sutek, by chociaż dać krwi. Ale oto cud męskiej laktacji! Krew po jakimś czasie zamienia się w mleko!... Wykarmił dziecko cudowne, od razu mądre i elokwentne... Niestety biedny Þorgils po jakimś czasie musiał przeżyć i śmierć tego tak cudownie ocalonego synka, kiedy to powrócili na Islandię... Trzeba było go pochować i tylko podstępem udało się ojca oderwać od martwego ciała syna, bo ten za nic w świecie nie chciał się z nim rozstać... Oto opowieść przekazuje nam, jak to mężczyzna pojął wyjątkową więź, jaka istnieje między matką i dzieckiem, a wyjaśnienie ma fizjologiczne...
- Z cycka wysnuta...
- Taki wstęp do cukierkowego macierzyństwa.
- A to co zrobione święte już, nie do wynoszenia dla liska, gdyby coś jednak nie pasowało... - rzecze Timo kaznodziejskim tonem, kiwając przy tym ostrzegawczo wskazującym palcem.
- Tak - mówi Pol. - Ale nie da się zaprzeczyć, że potomstwo ciąży na sumieniu. Mamie Grettira nie było łatwo. Powiła trzech synów, by patrzeć, że to istnienia rzucone złemu losowi na pożarcie... No, ale ta męska matka jeszcze pożyła, jeszcze urosła nowa rodowa gałąź, a z niej owoc w postaci samego świętego Þorláka.
- Wspaniały rodowód, jeśli w gromadzie przodków sam pogromca Þóra - oznajmia ze śmiechem Timo.
Jakimś cudem przeraźliwe ohydny dar morza znika, głównie w gardle Pola, a i w butelce zielonej ledwie kilka kropel na dnie...
- Bohatersko pokonana potworność - wyrokuje Timo. - To pudełeczko chyba trzeba szczelnie zapakować, zanim je gdzieś wyrzucimy... Coś potwornego. Ale z drugiej strony dobra rzecz, bo przypomina, że życie to syf... Że się w coś gorszego nawet możemy stoczyć... I nie będzie to tylko taka okropna zabawka dla ciekawskich, ale codzienność...
***
Wędrują na lekkim rauszu w głąb doliny, w której cieniach - jak to wspomnieliśmy - chciał kiedyś przeżyć dreszczyk zakochany w Grettirze Gould, co z tej miłości nauczył się nawet jego mowy... Ściany jej coraz bardziej się zacieśniają wzdłuż rzeki, a w głowie ożywają historie o duchach, potworach i banitach... Łaskotki grozy oferowane przez pejzaż...
W tym czasie Árni szarogęsi się w nieswoim domu, szczerzy się do lustra i przygląda się ułamanej jedynce... - Kurwa, no... - Dzwoni do dentysty, by ustalić nowy termin... Potem bierze się za szorowanie łazienki. Robi wszystko na błysk, zdobny w fartuszek z Kaczorem Donaldem... - Co jest? - myśli sobie... - Ten Kaczor Donald... - Coś mu świta w głowie... Ingmar Bergman i jakiś jego znajomy, chyba aktor, homoseksualista... Trzeba będzie pogrzebać... Tak sobie umarł czy sobie pomógł?... W każdym razie znaleziono go martwego w piżamie z Kaczorem Donaldem... Tego znajomego... - Gapi się do lustra. Pozuje przez chwilę ze szczotką do kibla, po czym czyni gest, jakby podrzynał nią sobie gardło...
Po drugiej stronie zatoki zaś Pal siedzi za barem i gapi się w ekran laptopa. Studiuje na nim "Melancholię" Muncha... - Jappe - szepcze. Za jego plecami w kuchni Tora tłucze się jakimś garem i głośno trajkocze do Eddy. A na sali tylko dwójka turystów raczy się kanapkami i bezalkoholowym piwem... Jak już sobie podjedzą, pojedzie z nimi na konną przejażdżkę... Ruszą kawałek na południe... Tak planuje... Może wreszcie pojawi się Lói?
CDN

Komentarze
Prześlij komentarz