Hans Børli. Moje serce
Pogoda, póki co, nie odpuszcza, wypada więc spuścić na to jasne rolety i rzecz całą przeczekać...
Las... Lasy niestety płoną w tym osuwającym się w chaos świecie... Smuci to...
Niemniej uciekam w las, mniej jak szkodnik, poetycko zaś... Do drwala po raz już któryś tam idę... Børli - dla niego las był domem, schronieniem i miejscem pracy, karmił go las i był dlań inspiracją, kopalnią metafor... Lubię takich ludzi, trudniących się fizyczną robotą, twardych, gotujących z sykiem kawę rozżarzonym patykiem, golących się pod chmurką przy okrawku lustra opartym o jakiś leśny pieniek... Zdarzały mi się takie surowe przygody, takie szorstkie towarzystwo... Często tacy ludzie mają w sobie ciekawe światełko... A u Hansa Børli szczególnie mocno ono świeciło, przejawiając się we wrażliwości, ciekawości, w zmyśle obserwacji; jego samego nie oślepiało, tylko pozwalało odnajdywać ścieżki pośród życiowych tajemnic... Losy jednego człowieka i całego świata... On, jeden ludzki drobiazg w takim, nie innym czasie, także w niektórych momentach niespokojnym, groźnym; i las, z całym swym bogactwem... Opisując go i siebie w nim, znajdował dla zjawisk pogłębione znaczenia, zawsze - jak już zaznaczyłem - poruszając się pośród wspaniałych materiałów na przenośnie... Poza lasem podobny świat, choć może nie tak uroczyście piękny w formach i prostocie, niemniej podobny świat zależności, świat narodzin i śmierci, snów szalonych, grozy i bezlitosnego pożerania się nawzajem. I - jeśli chęć taka - ten, kto nie z lasu, w poezji tej się odnaleźć może... Wymagający świat, piękny świat, budzący radość i raniący... A im bardziej kto wrażliwy, tym bardziej wszystko na zachwyty ma dane, skrojone jednak również i na głębsze odczuwanie - i bólu, i tęsknot... Szerszy tu wachlarz doznań...
Bardzo zajmujący Børli, który po twardej robocie sięgał szorstką dłonią drwala po kawałek papieru i coś do pisania. Drobne przedmioty, którym daleko do pił i siekier, tworzyły naraz słowa, które sklejały się w wyobraźni w wiersze czy prozy, czasami, bo wiele z myśli, jak zapewniał poeta, beztrosko sobie ulatywało w czasie wędrówek, bez żalu, pozostawiając jakieś tam tylko mgliste wspomnienia, uczucia, dla siebie jedynie, we własnej tajemnicy... Po życiu zostaje w sumie garść drobiazgów w głowie, a jeśli coś więcej, to i tak najcenniejsze są te detale wpisane w pamięć, momenty codzienności - jakieś ognisko, szum wiatru kiedyś tam... Spokój dobrych chwil, uważnie przeżytego tu i teraz bez wielkich zdarzeń - trochę jak u Hamsuna...
Większość myśli i rożnych nagłych olśnień sobie gdzieś poszło w las, ale niektóre rzeczy pochwycił i posłał pod czarną drukarską farbę... Całkiem spory dorobek pozostał, który rósł od połowy lat czterdziestych minionego wieku aż po tegoż lata osiemdziesiąte...
Niedługo, bo 26 sierpnia minie 37 rocznica jego śmierci... Wiersz, który tu teraz zostawię, ukazał się już pośmiertnie; odnaleziony został w pozostawionych przez pisarza dokumentach... Potomek znakomitego gawędziarza, ostatniego - jak powiadają - z wielkich, Ole Gundersena Børli, którego talent pchnął Hansa do realizacji swych marzeń o twórczym życiu... I taki poetycki autoportret pozostawił, pisząc o swoim sercu, o sercu, którego nie krył, a miał je na wierzchu, bijące, jak dzwonki pasącego się po leśnych łąkach bydełka:
HANS BØRLI
Moje serce
Serce żem moje na wierzchu miał stale,
niczym dzwonek wiszący u szyi.
Lecz serce me to nie dzwonek kuty,
nie żelazne ono, ani też z mosiądzu, ranić je
więc lekko mi szło
w życia gąszczach i sidłach.
Świerkowe igły
i strzępki mchu,
i liście szalonych snów
kleją się razem w zakrzepłej już krwi.
przełożył z norweskiego Kiljan Halldórsson

Komentarze
Prześlij komentarz