Zabicie ciotki
Czasem tak Bursa powraca. Na zawsze młody, zbuntowany, z tą całą życia szpetotą, antyestetyką, z tęsknotą za autentyczną bliskością, za niewinnością... Wszystko tam młodzieńcze, i życie otarte to ledwie o zepsucie dorosłego świata... Wokół propaganda i to, co przed oczami, co się do propagandy nijak miało... Nie do odłączenia od Czycza, a Czycz nawet bliższy mi, bliższy poprzez tę jego bolesną stratę szczególnie ważnego przyjaciela, owego Anda, Bursę... Czycz się zaczął literacko od skandalu, bo pokazał znalezione wiersze Miłosza jako swoje... Ale And wiedział, że go nie należy przekreślać i wprowadził Czycza w świat literacki, otwierając mu bramę do druku w prasie i stając się jego bratnią duszą, takim artystycznym partnerem, kimś tworzącym w jego życiu istotny przełom. Lecz sielanka nie potrwała długo. W 57 byli na Festiwalu Młodej Poezji w Poznaniu. Bezlik papierosów i wódeczności. Potem wracali pociągiem; po drodze, w Krzeszowicach Czycz wyskoczył, by u siebie całą rzecz odespać trochę, And zaś pojechał kawałek dalej, do Krakowa, w którym to Krakowie później, jeszcze tego samego dnia przyjaciele mieli się znów spotkać. Czycz przyjechał, ale Anda już nie było... Los ich zetknął ze sobą na cierpienie, jak się okazało... Czycz zresztą taki jakiś był od początku skrojony przez licho na mękę, nie wyposażony nadto w żaden układ odpornościowy na życie... W "Andzie" Czycza, tym chaotycznym strumieniu, tak chaotycznym, jak chaotycznie jest w naszych głowach - jakże on umiał łapać te wszystkie myśli, w takim właśnie swoistym nieuporządkowaniu - i jak chaotycznie jest wokół, w tym całym paskudnym czasem świecie, w którym unosimy się jak takie samotne wyspy, dość nieprzeniknione, And mu się wymknął poprzez swoją nagłą śmierć. I tak Czycz przyczynił się do stworzenia legendy o samobójstwie Andrzeja Bursy... Ale to była tylko ukryta wada serca, której z pewnością pomogła męcząca podróż... A to że w jego pisaniu brutalności, dekonstrukcje, szpetoty, absurdy, śmierć... Koło śmierci to And nawet mieszkał, bo przy Garncarskiej, tuż obok szpitala onkologicznego... (Ten adres do dziś wprawia mnie w dygot, bo i dla mnie oznacza on osobistą stratę i ilekroć tamtędy przechodzę, mimo upływu lat łapa jakaś zaciska się mi się na gardle i myśl zaraz ciągle ta sama przychodzi, że świat nie jest dobrym a przyjaznym miejscem i że wszelkie jego błyskotki nie przystają do gnoju, w jakim upływa nasz czas...) Raczej miał ochotę żyć i zdzierać maski z tego życia, mordować się z nim jakoś, do tego założył przecież rodzinę, miał dziecko... Tak czy owak został przez śmierć wysiedlony gdzieś tam i przez to wywinął się z wszelkich dalszych niedogodności, mozołów, starzenia się i patrzenia na nieuchronne rozpady... W opowiadaniu to przyjaciele, a jednocześnie rywale na jakichś autodestrukcyjnych ścieżkach... Gdy się traci tak nagle dobrego przyjaciela, dobrego, choć czasem denerwującego kompana, kogoś, kto cię jednak jakoś zdołał w tym popapranym życiu ustawić, dać nadzieję, że jednak nie wszystko zostało zaprzepaszczone, można potraktować go - dość oczywiście nierozsądnie - ale jednak jako swoistego zdrajcę. Raptem ktoś ucieka w śmierć, choć to śmierć przyszła sama, no - prawda - zachęcona nieopatrznie niezdrowymi nawykami, w które na dodatek wkradł się nadmiar, ale przecież nie na wezwanie... And z piekła "zwiał", a on na dłuższy pobyt został skazany, wydany na pastwę tęsknoty, wyrzutów sumienia, bólu, a do tego na przeżywanie jeszcze dołączonych do depresji innych izolujących od świata chorób i na starzenie się, na samotność, na to całe: "kurwa", którym witał każdy dzień czy to słoneczny, czy dżdżysty... I łatwo mówić o otrząsaniach się... Można próbować jakoś się przeprogramować, z przeciętnością może idzie prościej - gorzej z tymi co nad - i podprzeciętni... Terapeuta powie, że przecież przeszłości już nic nie zmieni, można jakoś próbować odczarować supeł myśli w głowie poprzez farmakologię, łykając jakiś tam jebałtopiesan albo mamtowdupan czy inny noichujtamol... Ale trudno pozbyć się myśli, że z taką stratą zostaliśmy wywiedzeni w pole... Można silić się na pomysłowe roztrząsania o porządku, ale to raczej tylko przypadkowy bazgroł bezbożny - jak uważa jeden z bohaterów Larsa Saabye Christensena - pusty wzór układający się ze zbiegów okoliczności. Chociaż gdyby ktoś chciał upierać się przy sensach, no to dla literatury stały się rzeczy doniosłe: Bursie starczyła ledwie ta przeżyta przezeń chwila, by mógł przejść do legendy, nadto jego istnienie krótkotrwałe odnotował utwór, wspominany "And", zaliczany do najważniejszych osiągnięć awangardowej prozy minionego stulecia... Niektórym istotnie nie trzeba dużo lat...
Jesteśmy i kogoś to może cieszyć. To nawet dobrze. Wypada nam wtedy być. Tak by nakazywała przyzwoitość. I nam jest przecież miło, gdy ktoś nas lubi, nawet kłócąc się z nami. Mamy jakieś jutro w zapasie, nawet to i owo na to jutro się odkłada. I tak w sumie lepiej, przyjemniej, przestronniej... Wcale nie trzeba żyć tak, jakby każdy dzień miał być tym ostatnim... - to handlarskie hasło... Po co to łakomstwo?... Jednak oczywiście w każdej chwili ktoś może być nas pozbawiony. Nam to obojętne, ale ten, co zostaje, godny jest współczucia. Zdezorientowany, oszukany, obdarowany i raptem okradziony, sponiewierany, przewidziany na jakieś dalej z całą obojętnie płynącą lawiną bodźców, ze stałym poczuciem pustki, z wyrwą w głowie, gdzie nie ma w sumie nic solidnego... Tylko by się chciało, żeby w niektórych okolicznościach zawsze trwało jak najdłużej... I niby wiemy, czego można się spodziewać, ale zawsze występujemy nieprzygotowani, chociaż w nowych sytuacjach można odkrywać w sobie zaskakujące siły... Sam okazałem się dość silny, co jednak nie uwalnia mnie od sądu, że życie po stracie, urządzanie się po niej, jest rodzajem świństwa, czymś moralnie obciążającym... No i tak zawsze na Garncarskiej coś mnie dusi i czuję na nowo pałę, którą kiedyś dostałem w łeb... Takie to odczucia w sąsiedztwie tego szczególnego kręgu piekła... Bratnią duszą stał mi się ten skryty w okrytej legendą kamienicy przy Krupniczej Czycz, bo też żył w świecie nie na jego nerwy, w świecie, w którym żałoba właściwie nie ma końca... Braki, choroby, śmierć, poczucie winy, brzydkości różne... - rzeczy, które zwykle się gdzieś chowa po kątach... Poprzez brzydkości też i Bursa mi bliski, i - z trochę innych powodów - bliski mi jest kochany Miron Białoszewski, który w tym samym czasie, co i Stanisław Czycz, jak i on nieco spóźniony, debiutował... Turpizmy, poezje odnajdywane w makabrach czy rupieciach i odrapaniach... Z brzydkiego PRL oni, tak jak i ja, bo wykluty gdzieś tam w schyłkowych - jako że pokoleniowo ja wnuk ich - brudnych szaletach... Jakieś opuszczenia porośnięte lebiodą i innymi badylami, bruzdy, kanty, zużycie, niedomycia, ubocze, na pewno nie świat turystycznych atrakcji, nawet gdy idzie o naturę - lubię iść tam, gdzie nie ma magnesów dla tłumów...
Można w zanadrzu mieć jutro, jak ta ciotka u Bursy, a tu raptem Jurek ciotkę młotkiem, całkiem bez sensu, bo przecież jakby podcina gałąź na której siedzi, wszak ciotka Jurka, biednego studencinę, utrzymywała. Taki sobie bunt przeciw szarości, nudzie, mieszczańskiej codzienności, przeciw życiu wypełnionemu czynnościami, dla których trudno znaleźć wytłumaczenie. Rzeczywistość, sceny fantastyczne, makabra, drastyczność podane tak, że jakoś się człowiek wcale nie zżyma na to wszystko. Raptem jakaś nadchodzi odmiana, bo stworzyło się spory kłopot, z jakim trzeba się było uporać, obmyślić całą logistykę. Każdy czyn teraz ma solidne uzasadnienie... Trup to utrapienie - przedmiot to jedynie, wobec którego trudno już o jakieś uczucia... Właściwie to ją Jurek uwolnił od ciężarów, bo na głowie miała jego, a do tego jeszcze babkę i siostrę przygłupią, które, jak przyjechały już po tym straszliwym fakcie na chwilę, próbowały pałaszować i pozostałości po ciotce, po czym wróciły do siebie, nie wiedząc, że los właśnie skazuje je na godową śmierć... A ciotka była już w wieku, w którym należy się łagodna rekonwalescencja przed śmiertelną chorobą starości, jednak tęgo musiała pracować... Tymczasem zrobił się trup. Naturalnie w normalnych okolicznościach przyjeżdżają specjalnie do tego przeznaczeni śmieciarze i sprzątają kłopotliwą a łatwo psującą się rzecz, choć - przynajmniej dla niektórych, w tym dla mnie - towarzyszy temu niedorzeczna i bezwstydnie kosztowna ceremonialność (gdyby to ode mnie zależało, już dawno uwolniłbym obywateli od obowiązku obcowania z sępimi szponami podsiębiernych przedsiębiorców działających wokół śmierci, pozwalając co rozsądniejszym ludziom ledwie na bezceremonialną utylizację trupa i na ewentualne rozsypki w wybranych przez siebie okolicznościach, pośród przez siebie wynalezionych gestów... cmentarzyska, sądzę, powinny zyskać już dawno status malowniczego przeżytku). Jurek zaś sam musiał uporać się z kłopotem. A w tle jeszcze normalne życie, uniwerek, imprezki, nawet areszt pijacki, do tego romans z Teresą, którą tajemnica podjarała... No i dalej zwyczajność ustawicznego problemu trupa. A to na próbę spuszczenie palca w klopie - jakiś okazał się uporczywie niespuszczalny... To znowu odcięta stopa w piecu - marzec jak za dawnych czasów, zimowy, z siarczystym nawet mrozem - więc palenie w piecu całkiem na miejscu, tyle że stopa strasznie zaczęła dymić, aż się sąsiadki zaniepokoiły... Pomysł z rozsyłaniem kawałków pocztą pod jakieś ciekawe adresy - wypisywanie ich miało nawet cechy działalności twórczej... To wyrzucanie kawałków po różnych miejscach... No i też przepuszczanie mięsa z ciotki przez maszynkę... Do tego jakieś senne majaki o ciotce w charakterze karmy w menażerii... Trup to straszny konkret, trup jest i domaga się swych praw, trupa nie chce ubywać, a czas płynie i rzecz, choć maskowana w wannie, traci z wolna swoją świeżość... Naturalistyczny w swych opisach Bursa zadziwiająco gładko pozwala nam przechodzić do porządku dziennego nad tym okropieństwem... Dosadny realizm i śmieszność zła, absurd, w których Bursa czuł się dobrze, będąc jakby kontynuatorem Witkacego, ale w takim bardziej przejrzystym stylu, łatwiejszym do przyjęcia... O radykalnym kroku na początku dowiadujemy się w trakcie spowiedzi Jurka, która jest jednym z lepszych i bardzo zachęcających momentów tej niewielkiej powieści... Opowiada, że stracił wiarę, a potem wymienia grzechy, banalne, wreszcie dochodzi do grzeszenia przeciwko szóstemu przykazaniu, na co ksiądz już lekko się poruszył - wiadomo - no ale wszystko jednak godne jedynie zdawkowej formułki i byle jakiej pokuty, wręcz symbolicznej; Jurek jednak miał w zanadrzu coś, co sprawiło wspaniałą niespodziankę spowiednikowi. Zatem gwóźdź programu. Zabójstwo. Młotkiem. Zrobiło się sensacyjnie, a ksiądz nie bardzo umiał sobie z sytuacją poradzić, dopytywał o szczegóły, właściwie wkręcając się ciekawsko w całą aferę i aż go korci, by dowiedzieć się, w jaki sposób penitent zamierza pozbyć się ukrytego w wannie trupa, jednak poprzestał tylko na oczywistym apelu do serca o żal, bo jak nie będzie żałował, czeka go piekło. Jurek był wspaniałomyślny i zrobił księdzu przyjemność, pytając go czy piekło jest straszne. I zaczął mi malować piekło. W sposobie, w jaki to robił, poznałem, że jest on szkolnym katechetą. Ale ten opis piekła przewyższał wszystkie najbardziej udane lekcje religii, jakie pamiętałem z dzieciństwa. Ksiądz był natchniony. Przez całe życie straszył piekłem za niewinne figle płatane nauczycielom, masturbacje i lenistwo, po to, aby ten trud został nagrodzony dzisiejszą spowiedzią. Wielka improwizacja piekielna wygłoszona w obliczu tak niezwykłego zbrodniarza była tym słodkim owocem, który niespodziewanie spadł staremu księdzu do rąk w pustym kościele, w popołudnie, po którym niczego nie można się było spodziewać... Szansa stworzyła artystę... Jurek jednak nie chciał żałować, żałował więc ksiądz, bo nie mógł dać rozgrzeszenia. Nie chciał żałować, płakać, nie chciał oczyszczeń, bowiem żal, nawet ten niedoskonały, wydał mu się niezdolny do zmazania takiej zbrodni przed Panem i dla księdza - pomyślał sobie - byłby ledwie byle jaką satysfakcją... A taka odpowiedź księdza zachwyciła... Podniecił się, choć brakło mu inwencji, bu Jurka zatrzymać. Zbrodnia była jeszcze zbyt świeża. Ale może spłynie na niego, gdy przestanie dyszeć krwią, łaska żalu... - Więc przyjdź jutro, synu - zawołał radośnie rozgorączkowany ksiądz. Ocenił szansę, jaką dał mu Jurek... Widok wspaniałej drogi nawrócenia wielkiego grzesznika się rysował... Ale to tylko kpinka, groteska, sprawił tylko staremu trochę przyjemności zawodowej, a i sam miał nieco uciechy... Ksiądz przypominał jeszcze, kiedy można go zastać, od szesnastej do osiemnastej, a w jego głosie było coś z niepokoju kochanków... Jurek popełnił zbrodnię podobnie jak Raskolnikow w "Zbrodni i karze" Dostojewskiego, tyle że w nim nie było moralnych ciężarów, był ciężar nowej codzienności i praktyczne sprawy do rozwiązania, no i sama zbrodnia studenta z Krakowa nie była zaplanowana, a tylko tak wynikła z chwili, bo akurat był w ręce młotek... W gruncie rzeczy nie przyszła żadna odmiana, bo wszystko powszednieje, okrywa się tą samą nudą, nicością... Wreszcie wszystko okazuje się makabryczną acz ciekawą zabawą z czytelnikiem - nagle zburzona zostaje tak znakomicie z realizmem budowana przez cały utwór iluzja... Ciotka wraca, choć w wannie pozostał jeszcze wypatroszony tułów. Ciotka pomogła i jakby swoje własne resztki przewiesiła z Jurkiem przez balustradę na balkonie, żeby zrobić porządek z wanną... - Na pewno nie kąpałeś się cały czas, brudasie... Ale jest w tym coś poruszającego, bo całość dedykuje Bursa Wszystkim tym, którzy stanęli kiedyś przerażeni martwą perspektywą swojej młodości. Tamte ponure pięćdziesiąte lata dla wielu malowały takie perspektywy. Ale też to i grzechy wszystkich innych czasów... Lubimy lukrować młodość, ale jest ona często aż przesycona okropnościami i sypie blokadami jak z rogu obfitości... Aż się czasem zazdrości umarłym, jak w "Doktorze Faustusie" Tomasza Manna zazdrości siostrze Inez Institoris, po tym, jak owa siostra, Klaryssa, upokorzona przez obrzydliwe życie do szczętu łyknęła truciznę, zazdrości razem z kółeczkiem morfinowych koleżanek, które już też wiedzą, że morfina tylko chwilowo pokazuje świat bez zła... Niechże coś się stanie, by się ten zastany gnój jakoś poruszył, nawet coś jeszcze okropniejszego... I wspominany tu Czycz też zdawał się zazdrościć... Dłubał przy powojennych niewybuchach, licząc, że go rozpierdoli... Nie rozpierdolił żaden, ledwie jeden trochę skaleczył, tak jak i nie przejechał wagon żaden, gdy za okupacji skakał złodziejsko po pociągach, ryzykując albo wypadek pod kołami, albo kulkę z niemieckiego karabinu... Nie przejechało, nie zastrzeliło, nie pożarło licho w lesie... A czas płynął... O tym czasie młodości, jeszcze przed Andem, o stalinowskiej dobie pisał w "Nie wierz nikomu", co książką jest dla mnie niezwykle poruszającą, boleśnie jedną z najdroższych... Płynął czas jego młodości, dorastał i jednocześnie kawałek po kawałku umierał... I dalej nie było lepiej, choć trwał, a jedynym usprawiedliwieniem była twórczość, choć ta działa się z trudem, bo czasem miesiącami nic pod piórem nie chciało się układać...
A jeszcze do tego podkłada się nasze tu i teraz, w całej swej rozciągłości... Z jakichś niezrozumiałych przyczyn chcemy sobie zrobić kłopot, tak jakby istniejące już kłopoty nam się trochę przejadły. Świat się groźnie rozbujał, i nasza łódeczka na dodatek niespokojna wewnętrznie, choć nie musimy pchać się na siłę w sztorm. Nieporządek wokół i u nas nie za bardzo się układa, bo wszystko nadal podminowane jednak tą zorganizowaną przez poprzednią władzę pełzającą rewolucję... Brakło siły na społeczną mobilizację wobec wewnętrznego napastnika, brakło sił i odwagi rządzącym dziś kulawo, by jednak rzetelnie się przyjrzeć procesowi wyborczemu, który ulokował sutenera w Pałacu... Nie wiem, co przyniosą kolejne wybory, te za rok... Tak sobie wyobrażam naszą nadwiślańską ojczyznę jako tę ciotkę... Już dopuściliśmy się na niej gwałtu... A teraz młotek w łapie... Odstawimy go na bok, czy za rok pieprzniemy tę ciotkę w łeb, uwiedzeni darciem mordy? Co nam samym do łbów strzeli?... Dobrze jednak wiedzieć, że może być gorzej... Ale wszystko naturalnie spowszednieje i znowu staniemy otworem dla pustki, choć ta może być już naprawdę głucha...
***
Andrzej Bursa, Zabicie ciotki, IGNIS, Kraków 1999

Komentarze
Prześlij komentarz