Przyciąganie XXII
- Znów chcesz mnie zjeść? - pyta Timo sekundę po tym, jak ochłonął po nagłym przebudzeniu, które sprowadziło przed jego oczy obraz wpatrującego się weń Pola. - Już dwa razy tej nocy zostałem pożarty.
- I zwrócony na dalsze konsumpcje...
- Tak też się czuję...
- Nie zaznaczyłem w porę terenu.
- Aż się lepię od substancji znaczącej... Że też musimy w namiocie znów.
- Chciałbym, żebyś poczuł grunt...
- Tak móc się eskapistycznie wyrzygać samym sobą... Że też nie mamy takiego mechanizmu, w jaki wyposażona jest porzucająca ratunkowo swe wnętrzności strzykwa. Zwalniasz blokadę, i wywala się wszystko na drugą stronę, pozostając kupą wnętrzności, dajmy na to taki dar życia dla kruków - mówi Timo i przeciąga się, ziewając.
- Strzykwa wygląda jak kawałek gówna.
- Nie mam zwierciadła, nie wiem więc, jak wyglądam teraz, ale czuję się w sam raz...
- A zwierciadła mych ócz błękitnych?
- Podstarzała w nich pożądliwość.
- Zatem nie tak tragicznie.
- Z biegiem czasu człowiek staje się coraz mniej wybredny.
- Nie oceniaj siebie tak nisko... Sam zauważyłeś, że cię miasteczko polubiło.
- Skoro z pieśnią na utach przybyłem... Tu muzykalni ludzie.
Pol kładzie się obok na plecach, wzdycha.
- Syty o poranku, jednak. Co za ulga - mówi Timo.
- Myślisz, że Árni wróci do domu?
- Boję się, że tam, póki co, pustoszeje barek. Ale wnet zacznie się szkoła, więc pewnie przystopuje. Cóż, ludzie zawsze mało o sobie wiedzą. Choć może lepiej, gdyby ciut więcej mogli wiedzieć, żeby aż tak bardzo życie ich nie zaskakiwało.
- Ale tak się chyba nie da. A poetka* powiada: Żadnych objaśnień. Odsyłaczy. Przypisów. Haseł. Libacja milczących winorośli... Wszystko zależy od tego, jak długo będziemy zawsze.
- A poeta powiada: Jedno słowo - jeden głaz w lodowatej rzece. Jeszcze jeden głaz - będę potrzebował wiele takich głazów, jeśli mam zamiar na drugą stronę się przedostać.
- To Hauge - zauważą Timo. Oczy zaczynają mu się szklić od łez. Jedna zaczyna swą słoną wędrówkę w poprzek skroni.
- Coś się stało? - Pol unosi się na łokciu i wpatruje się w nabierającą rozpędu kropelkę.
- Nic. Jakieś resztki sentymentalnego serca. Nawet nie wiem czy i to powinno się jeszcze zdarzać. Twardo pod plecami, ale czy pewnie?... Słoneczne wspomnienie - zaciska oczy i powstrzymuje szloch. - Vernick słonecznym porankiem całował mnie na cmentarzu i recytował Haugego, a ja jak bóbr płakałem...
- Tu nie ma bobrów.
- Dlatego osuszam już łzy... Naraz ciepło mi się zrobiło.
- I słonecznie. Jabłkowy Olav H. Hauge... Dowód na to, że się wielkie rzeczy przydarzać mogą, nawet gdy się człowiek nie rusza z miejsca. Wnikliwie przyjrzał się światu, przez dziesiątki lat patrząc na swój sad, na dolinę nad fiordem i góry wokół. Stale w jednym Ulvik nad spokojną odnogą fiordu Hardanger. Z przerwami tylko na pobyty w psychiatryku... Mówił, że kiedy czuł się najbardziej uduchowiony, inni uważali, że wariuje... Wystarczał sobie: był on, były jabłonie, dookolna przyroda, języki obce i literatura, i poezja wynikła nawet z inspiracji dalekimi Chinami, które to Chiny zresztą przyswoiły go sobie potem, nie bez zachwytu. Starannie dobierający słowa poeta, minimalistyczny, głęboki. Żył sobie skromnie sam, choć nie osamotniony, obok zamożnego gospodarstwa swego brata. Matematyka, z którą nigdy sobie nie mógł poradzić, popchnęła go w skromne sadownictwo. Sam tedy się dalej uczył. Poezją złapał pewien kontakt ze światem, świat gadał do niego obfitością książek, z którymi ochoczo dyskutował... Miał siedemdziesiąt jabłonek i siedemdziesiąt lat pisał dziennik, od 1924 do 1994, do roku swej śmierci - szmat czasu uważnego życia skrupulatnie odnotowany, ślad aury każdego z tych dni, ślady lektur, myśli, tysiące kartek, które po jego śmierci stały się literacką sensacją. Siedemdziesiąt to szczególna liczba w jego życiu. Pewnego razu wprosiła się do jego samotni miłość. Przywędrowała ze Stavanger w postaci artystki Bodil Cappelen. Weszła do domku, w którym całe urządzenie było ręczną robotą. Weszła w życie, które od a do z samo się w rodzinnym Ulvik urządziło. Historia jak z baśni, w baśniowym krajobrazie. Przyszła miłość, popatrzyła, oceniła wszystko w myślach i rzekła: Tutaj chcę być. I tak poetyczny samotnik z Ulvik, mając siedemdziesiąt lat, szczęśliwie się ożenił i żonatym pozostał przez ostatnich szesnaście wiosen swego życia.
Timo, uśmiechając się do rozgadanego informacyjnie Pola, kiwa głową i stwierdza, że poeta dobrze wykorzystał to, co miał, czyniąc z tego pałac życia, na zewnątrz tylko skromny, choć pośród przepychu norweskiej przyrody.
- Epiktet zniechęcał człowieka do teatru...
- Tak? I co?
- Po co trwonić czas na gapienie się na ludzi, którzy za pieniądze udają, że żyją? Oto przecież wszyscy jesteśmy na scenie. Każdemu jakaś inna dana, z nie zawsze udatnymi rekwizytami, nie zawsze z udanym i dużym zespołem. Czasem wesoła trupa, czasem realia skrojone na występy solo... Koncentrujesz się na rzeczach zależnych od twej woli i to jest droga do szczęścia... Na tym polega wolność, na zrozumieniu co od nas zależy, a co nie zależy. Jeśli ktoś jest uzależniony od tego, co od niego niezależne, to jest to recepta na piekło nieszczęścia. Sława może nie przyjść, zdrowie i majątek mogą odejść, nawet gdy się o jedno i drugie troszczymy, ale zawsze, gdy się pomyśli, jest coś, co sprawia radość i daje poczucie, że warto dla tego żyć, nawet pośród niepogody... U nas, na Fiordach, też żył taki zajęty swym życiem samotnik, wytrwale wykorzystujący daną sobie scenę... Samúel Jónsson. Przypadek podarował mu piach, piaszczystą plażę, która obudziła w nim upartego twórcę. Najpierw tyrał bardzo ten rolnik, by zarobić na spełnienie swych marzeń o byciu artystą i twórcą galerii pod chmurką... Wreszcie przyszedł czas i ruszył z kopyta z robotą...
- Jakiś ludowy Vigeland? Nigdy o nim nie słyszałem.
- Wybierzemy się kiedyś...
- Piach mało spójny.
- Ale beton już tak... Przez dwadzieścia lat ukleił rozczulająco naiwne dziwadła betonowe mniej lub bardziej podobne do rzeczywistych stworzeń ziemskich. Mało tego, kiedyś zrobił ołtarz do kościoła, ale nieczułe kościelne władze jakoś rzecz całą uznały za przesadnie naiwną i nie przyjęły daru, wobec czego, by znaleźć miejsce dla swej pracy, wybudował w pobliżu własny kościół, szykowny, z kopułką nawet... Dotrwał do emerytury, by wreszcie realizować dziecięce marzenie, żyjąc na końcu palca w jednym z rowków tych wszystkich papilarnych linii na wystającej, rozcapierzonej łapie Zachodnich Fiordów, za pan brat z naturą, bez potrzeby kontaktowania się z ludźmi... No a niszczejąca po jego śmierci rzecz w końcu znalazła kompetentnych opiekunów, i trwa, deko kłócąc się artystycznie z powagą pejzażu...
- Siłą rzeczy wracam myślami do ojca. Też sobie znalazł miejscówkę, w cudowny sposób przychylną, z wyrozumiałym gospodarzem, który, być może, miał poczucie, iż ratuje życie... Choć po nim śladu już nie ma w zasadzie... Ledwie twarz na okładce płyty jego kolegi sprzed lat i garść pomysłów, o jakich się dowiedziałem... Takie ziemskie cuda... Rzeczy nieoczekiwane... Teraz mi tak przyszło do głowy... - Timo zawiesza głos, podkłada pod głowę prawy łokieć i zaczyna śledzić coś na wiszącej nad nimi pomarańczowej płachcie namiotu.
- Mianowicie? - chce dowiedzieć się Pol. Wyciąga rękę, by zabrać jakąś nitkę przyczepioną do kilkudniowego zarostu na twarzy Tima.
- Kiedy Virginia Woolf, lękając się całkowitej utraty zmysłów, weszła samobójczo do rzeki, jej mąż popadł w rozpacz... Albo chyba nawet więcej niż mąż, bo przyjaciel, a nie jakiś tam seksualny partner. Popadł w głęboką rozpacz i długotrwałe odrętwienie... Podobno często w ogrodzie wyglądał jej obecności, tak miało być do końca jego dni... Wiedział, że przecież powrotu nie ma, a jednak jakaś irracjonalność kazała mu w tęsknocie wierzyć, że mu się po prostu ukaże, jakby nigdy nic, zmieniając stratę w zły tylko sen. Na wszelki wypadek wolał patrzeć, starając się niczego nie przeoczyć... W gruncie rzeczy Pal zachowuje się podobnie... Lata płyną, a nic się nie zmienia... Zdarza się, że jakieś wczoraj nie daje się zepchnąć na przedwczorajsze, zaprzeszłe pozycje...
- A ty, choć powściągliwy, masz podstawy sądzić, że nie jest to takie niedorzeczne...
- To jest niedorzeczne. Bo jak tamten spodziewa się kogoś z krwi i kości... Rożnica tylko taka, że Virginię, a ściślej jej ciało, znaleziono po kilku tygodniach...
- Ale tu też pewne, że odnaleźć można tylko ciało czy jakieś jego resztki, biorąc pod uwagę upływ czasu...
- Śni o spotkaniu z chłopcem, jakiego zapamiętał...
- To nie byłoby udane zapewne spotkanie, bo tamten ujrzałby już mężczyznę, któremu pogoda zdążyła solidnie wygarbować skórę...
- I to jest cała upiorność bezrefleksyjnego ludzkiego marzenia o niebie. Spotkamy się! Dla biednych zmarłych w naszej dalekiej przeszłości takie spotkania mogłyby być bardzo obciążające... I nam może byłoby wstyd...
- Trzeba chyba trochę się pozbierać?... Popływamy może? - zmienia temat Pol.
- Ja zawsze idę na dno. Wiesz przecież... Dla mnie to nie ścieżka rozrywki.
- A ja to ten koziołek z naprzeciwka, co się spod tafli wyłania... Tu jest i płytka woda... Cieplutka. Rozgrzejemy kości. To dobry początek dnia.
- Rozgrzejemy się jak Grettir, co wskoczył w fiord po ogień...
- Potem pójdziemy sobie na plażę i pogapimy się na morze. Widać stąd i Drangey.
- Jego azyl i pułapkę zarazem...
- Na Fiordach w 1987 roku zdarzyła się dziwna historia. Otóż pewna krowa, Harpa jej było na imię, zwiała niemal spod rzeźnickiego noża, wskoczyła do fiordu i go przepłynęła. Dotarcie do drugiego brzegu zajęło jej godzinę. Ocaliła skórę, mało tego, po kilku miesiącach się ocieliła. Miała jeszcze przed sobą wiele lat życia. Wywalczyła sobie godne warunki istnienia i zyskała nowe imię, Sæunn, czyli morska fala...
- Krowie się udało... Takie muzyczne imię...
- Tak brzmi też nazwa pierwszego miesiąca lata w staronordyckim kalendarzu.
- O... Mnie jednak przychodzi na myśl harfa... Pamiętam krowę o imieniu Cytra... Kojarzy mi się z jedynym miejscem, które uznawałem za swoje, sobie przyjazne... Ale mniejsza o to... W każdym razie ta krowa znad fiordu pływaniem koncertowo rozegrała swe być albo nie być...
- Krowy i wszystkie inne zwierzęta giną niewinnie, bywa jednak, że ich niewinność ratuje im życie, w wyjątkowych okolicznościach. Człowiek natomiast zawsze jest winny.
- Gdyby tak Agnes chciała dokonać takiego sportowego wyczynu...
- To kat czekałby na drugim brzegu... No chyba żeby jakiś cud...
***
Árni zapił nagłą sraczkę. Jak już wszedł do Eddy, to już tam, po wizycie w kiblu, został, każąc sobie dolewać. No, dobra, jeszcze dziś. Żeby się nic więcej nie działo. Chwilę mu tylko zakłócił jedną dyrektor szkoły, któremu powiedziano, że jest na wódczanym rejsie z pomyślnym wiatrem... Trochę mu naupychał, bo miał obejrzeć okiem fachowym nowo urządzoną stolarnię i po tym upomnieniu pogroził paluchem, obiecując wykluczający kopniak, jeśli pan żeglarz wódczany nie zawinie na nowy rok szkolny do portu o nazwie trzeźwość... Jednak nie chciałby się z nim rozstawać, bo pokutniczo był bardzo wyczulony na krzywdę... Może ta pokuta wydać się niezbyt fortunną rekomendacją, ale sprawdzał się w pohamowywaniu pierwotnej dzikości w małych ludziach...
Wzdycha teraz do okna i zalewa się colą... Trzeźwy, acz nieświeży... Widzi, że od południa zbliża się na koniu czterotaktowym chodem Pal. Gładka jazda i wiatr igra z końską grzywą. Wszystko eleganckie za wyjątkiem samego jeźdźca, rozchełstanego nieustraszenie... Dzieciaki go lubią i zawsze cieszą się na konne przejażdżki, które Pal organizuje w ramach pozalekcyjnych zajęć. On natomiast jest względem nich bardzo powściągliwy i traktuje je z uważnością, z jaką podchodzi i do swoich zwierząt. Raczej nie odróżnia dzieci od dorosłych, no - te pierwsze mógłby może z sympatii podrapać za uchem i przemycić jakiś odżywczy przysmak na otwartej dłoni...
Puka do drzwi. Árni spieszy otworzyć. Pal trzyma w wyciągniętej ręce książkę Bergama. - To chyba twoje. Została na stoliku.
- Chciało ci się tu przyjeżdżać? To uprzejme z twojej strony.
- Co mi szkodzi.
- No tak. Dziękuję.
- Tu zamieszkałeś?
- Sam się dziwię. Może wejdziesz?
- Nie. Chyba nie wypada.
- Może tak, rzeczywiście... Chyba nie nabroiłem wczoraj?
- W progu zostawiłeś pawia.
- Tak? Tak mi głupio, doprawdy.
- Wystarczyło wiadro wody. Nic wielkiego.
- Czy ja wiem... Trochę mi wstyd. Przepraszam.
- W porządku.
- Chyba mam trudny moment. Źle zostałem obsadzony i nic z tym nie zrobiłem... Chyba...
- To nie wiem.
- Jeszcze raz dziękuję.
Pal kiwa głową. Zerka jeszcze w głąb domu, jakby przyjechał tu ze zleconą mu inspekcją.
- Możesz do nich zadzwonić i naskarżyć na mnie, że ciągle tu jestem.
Pal uśmiecha się i przytakuje. Árni patrzy na niego pytająco. Wreszcie Pal oznajmia, że na niego już pora. Żegnają się, po czym Árni wraca do salonu. Obserwuje Pala dosiadającego srokacza. Chwyta ich wiatr i niesie na południe... Do portu po drugiej stronie zatoki zawija towarowy statek po łososia... Oto powód, dla którego trwa tu jeszcze jakieś życie... Podstawy jego są dość dyskusyjne... Może lepiej by było, gdyby po wszystkim pozostało jedynie korodujące widmo niegdyś żywej osady, takie widmo, w jakie trochę miejsc już się przemieniło, jak ta farma też, której ruinom właśnie się przygląda, choć do niej życie akurat wróciło, aczkolwiek, póki co, nie kwapi się do porządków i zacierania śladów śmierci... Zastanawia się, czy istotnie powstanie tu pole golfowe... Wzdryga się. Ma wrażenie, że usłyszał jakiś głos. Jeszcze raz... Dziwny jednak, nierzeczywisty, jakby słuchał jakiegoś nagrania puszczonego wspak... Otrząsa się... Za oknem, na przerdzewiałym dyszlu starej kosiarki przysiadają dwa kruki. Wchodzą w jakiś chwilowy spór, po czym odlatują, każdy w swoją stronę... Árni zaś odlatuje w kierunku kuchni i lśniącego baru... Zaraz spłukuje z siebie dopiero co odzyskaną trzeźwość... - No, jeszcze dziś - mówi i łyka wódeczność jak lekarstwo... Bierze książkę, którą wcześnie zostawił na marmurowym blacie... - Bergman, Bergman**. - Kartkuje znów, tym razem trafia... - A jest. Tim... - Niegdyś tancerz w Malmö, bez większych sukcesów. Stał się asystentem Bergmana... Elegancki, obowiązkowy, oczy dziecka niebieskie z długimi rzęsami, dowcipny, opętany teatrem, brzydzący się miernotą. Tim miał partnera w postaci żonatego i dzieciatego mężczyzny. Jego rozsądna żona pozwalała na ten stosunek. Rodzaj specyficznej sielanki, wszyscy szczęśliwi, więc i w pracy, i w przyjaźni ze sławnym reżyserem wszystko układa się jak najlepiej. Ale raptem partner Tima zakochuje się jakimś innym facecie. I Tim zostaje wyłączony z bezpiecznej wspólnoty rodzinnej i regularnego współżycia. I runął w bagno. Alkoholizm, narkomania i najbrutalniejszy seks. - Czułość i bliskość przemieniły się w namiętność, prostytucję i bezwzględne wykorzystywanie... - Maltretowanie przez dziwne indywidua i ogólne zaniedbanie... Żali się, ze pedały są niewierne, bo nie mogą mieć dzieci... - Czyżby? - mruczy do siebie Árni... Tim żyje z nosem w gównie. - Nie jest to akurat czułość i bliskość, jak myślisz? - czyta półszeptem. - Nie wierzę w zbawienie, nie, pełny brzuch i kropelka w tyłku, to moja ewangelia. Może to i lepiej dla nas obu, że ze sobą nie żyjemy. To by tylko stworzyło zazdrość i nieprzyjaźń, ale mimo to szkoda, że nigdy nie chcesz spróbować choć troszkę. Jestem zresztą z nas obu bogatszy, bo jestem i kobietą, i mężczyzną. Ponadto jestem cholernie chytry, bardziej niż ty... - Nie, to nie była piżamka, kurde, tylko fartuszek z Kaczorem Donaldem... Fartuszek, taki jak ten - mówi głośno i patrzy na kuchenny fartuszek tuż obok przerzucony niedbale przez hokera... Czyta dalej: - Tim umarł w pewien niedzielny poranek, gdy odziany w dres z figurkami Kaczora Donalda na kuchennym fartuszku przyrządzał sobie śniadanie. Upadł i nie podniósł się już z podłogi, śmierć nastąpiła prawdopodobnie w kilka sekund. Dobra śmierć dla małego dzielnego człowieka, który o wiele bardziej bał się miłosiernej śmierci niż bestialskiego życia... - Oddycha głęboko i jeszcze raz rzuca okiem na fartuszek z Donaldem... - Że też akurat tu ten Kaczor... - Jeszcze jeden szot wlewa się w spragnione gardło... - Kwa, kwa... - I jak po każdym zaspokojeniu przychodzi czas na wzruszenie ramion... Taki to Tim... A tu przyjechał Timo, taki jakiś dziwnie polubiony... Taki jest uprzejmy i uśmiecha się... Dobrali się z Eddą i śpiewają psalmy... Z marszu, na trzy - cztery... Árni wykonuje nagle ruchy jak ktoś, kto stara się przepędzić jakąś natrętną muchę, tyle że muchy tu żadnej nie ma... Coś mu jednak brzęczy uporczywie do ucha... Zmienia miejsce. Rozsiada się za biurkiem Pola, gdzie widać w bałaganie najwięcej zadomowienia. Pełno staroci wokół, w stosach, jakieś słowiańszczyzny, nadto Brandes, Graborg... Nawet w dwóch odsłonach, Arne i jego Hulda... Sięga po pracę Matki Norwegii... Zdecydowanie przerosła swego sławnego kiedyś męża... Kartkuje znalezioną rzecz, przebiega przez lekkie niedyskrecje... Z biegiem czasu namiętności gasną, mężczyzna nie chce trwonić czasu na kobietę i stara się jej nie przeszkadzać, choć ona wolałaby troszkę inaczej. On zawraca na nią baczniejszą uwagę od czasu do czasu ledwie, wtedy jest miły, poza tym dużo pracuje w domu i po bibliotekach, o życiu nie ma najlepszego zdania i nie chce dożywać starości. Kobieta zaś mniej się nuży życiem, chciałaby brać, czy raczej bardziej być brana, ale że na tym polu mężczyźni raczej zawodzą, tedy trzeba się zabrać za robotę, działanie, pomatkowało się w domu, można pomatkować narodowi, czyli zrobić coś pożytecznego dla ogółu, gdy życie już nie pieszczotą jest marnotrawiącą czas... Na oczach Árniego Hulda rozprawia się z wtedy jeszcze świeżym nieboszczykiem Weiningerem i jego głęboko mizoginiczną pracą, która zyskała rozgłos po reklamowym palnięciu sobie w łeb, jakiego autor dokonał w specjalnie na tę okoliczność wynajętym pokoju, tym samym, w którym ze światem rozstał się Beethoven... Tam kobieta to pustka, bezduszne świństwo, w którym ci biedni, uduchowieni mężczyźni muszą się tarzać mocą swego upiornego popędu... Zalecał, by poniechać tych seksualnych praktyk, nawet za cenę likwidacji wesołej ludzkiej zarazy... - Hmm, góry by tu były, i hulałby ten sam wiatr, i te same kurtyny światła rozdmuchiwane przez słoneczny wiatr rozświetlałyby mroki zimowych nocy także wtedy, gdyby nie przypływał tu ten łososiowy statek... Czasem się o to spierał z Finą... On uważa, że wszystkie hodowle, morskie i te na lądzie, są morderczą makabrą... Świat stał się nieprawdopodobną rzeźnią, choć - paradoksalnie - śmierci dziś prawie się nie widzi, więc jak człowiek człowiekowi poderżnie gardło w sąsiedztwie, strasznie to poruszająca rzecz, każąca wręcz sądzić, że złe czasy nastały - tego nie robią z nami raczej trwale działające przemysłowe ubojnie ani nawet wojny, które powszednieją przecież i stają się szybko ledwie zauważalnym składnikiem informacyjnego szumu... Z pewnością by się uśmiechnął teraz, gdy przychodzi mu na myśl krowa Harpa, gdyby wiedział, że gdzieś tam nad Skagafjörður dokładnie w tej samej chwili Pol opowiada o niej Timowi... Wzruszają nas takie historie, jak ta o krowie, co uciekła z rzeźni... Temat to na dobrą bajkę... A potem obiad, gdzie na talerzu ląduje to, co uciec nie zdołało, co było absolutnie bez szans... Árni łapie się na tym, że nie jest za pewnymi przejawami życia, całkiem jak wiedeński Otto... Może lepiej, gdyby wszystko obróciło się w rdzę... Fina zaś jest za życiem i hodowle ryb cieszą ją - wszak jest praca i domki w nowym optymizmie odmalowano kolorowo. A zagrożenia... Przecież jest nauka... Árni też wierzy w naukę, tyle że w ten jej alarmujący odłam, którego biznes raczej nie lubi... Hulda też była za życiem. I Arne jej życie też dorobił, chociaż złudzenia go opuszczać zaczęły... Naturalnie fizjologia! Tam nic więcej nie ma. Bez względu na płeć. Człowiek to zwykle pustka. Puste z pustym tworzy pustkę zwykle... Choć czasem coś wykwitnie i ze swej pełni w puste naczynia usiłuje coś wlewać. I nie zawsze wszystkie są dziurawe... Pożałowania godny był w jej oczach mężczyzna na tych swoich stanowiskach i w swych walkach bzdurnych a nerwowych, gdy ona, kobieta, może być matką, a potem równie dobrze może oddać się innym pracom, nie tylko domowym. To jej daje przewagę. Bez niej nie byłoby żadnego ducha i tych wzlatywań pod niebiosa... Dla niej życie ma się przetaczać przez świat. Wabi te piękne duchy, by nie zapominały o zwierzęcych atrakcjach... Dawniej był tylko potworny trud poprzetykany świętami, tylko trud... Potem zrobiło się lżej, więc się duch w wolnym czasie hubą rozrósł i zjawiły się sporty ekstremalne, kiedy samo gołe życie przestało już takim sportem być... I się otwarły głębie pustki... Czasem jednak zasypywane wojennymi wagarami... A we wszystkim zawsze damska fizjologia i trudy damskie rozrodcze, które żywemu odetchnąć nie dają, żywemu, temu męskiemu żywiołowi, bo wedle Otta kobieta raczej rzeczą się zdaje, zresztą chyba nawet bez względu na swą biologiczną płeć... Tyle że te żeńskiej wydalają z siebie kolejne wcielenia zła... Hulda okazała się jakby lepiej usytuowanym mężczyzną... Na przestrzeni niewielu stron zrewidowała trochę poglądy - od głupiej tajemniczości - głupiej, bo tajemnica to synonim albo bzdury, albo nicości, względnie podstępu - do braku tejże, bo jaka tam tajemnica, poza tą dotyczącą całego Wszechświata! Tajemniczość kobiety uznała raczej za idiotyczny męski wymysł. Ot - ona bogatsza tylko o te macierzyńskie doznania, bez kłopotów może, więc bardziej podatne na lukier - a poza tym: człowiek, co się z pieleszy otrząsnął i też poszedł w pracę - ona w politykę, w społeczną działalność, w sztukę: od gotowania przez taniec po teatr i krawiectwo, spiesząca na ratunek ginącym tradycjom i tworząca tradycje nowe... Kto strojny bunad w krainie fiordów szykuje sobie na święto, ten nie może nie pomyśleć o Huldzie Garborg... Zamyka zakurzoną stuletnią książkę; kurz z niej sprawia, że kicha. Raz, i drugi... Robi to hałaśliwie... Cisza po tym aż dzwoni w uszach. Myśli o Finie... I przez moment o potworku, jakiego się dopuścili... Oto i ciemna strona. Szczęśliwie umarł... I to może odebrało jej tę wyższość... Niepotrzebnie męczyli się ze sobą... Życie, życie, tworzyć je, budować historię, podtrzymywać ten wyjątkowy stan materii, ten patetyczny samozachwyt, jakby to miało wieść do jakiegoś celu... Na pierwszy ogień fizjologia, by materiał był dla historii, nawet jeśli samemu pozostanie się w niej tylko tym śluzowatym narzędziem, w niej, w jej pięknie i bezprzykładnej potworności... Myśli o biblijnej Tamar z ambicją, by w historię wejść, wejść za wszelką cenę; obca, pragnąca w rodzie Judy przetrwać: Er okazał się do niczego, Onan zaś nie uległ namowom, by płodzić nie na swoje konto, nie wydalał więc w Tamar, tylko wylewał nieczystości na ziemię, za co też siła wyższa go pokarała, z najmłodszym, Szelą, Juda zaś zwlekał, bo bał się, że to sama Tamar jakiegoś pecha przynosi i że ten najmłodszy też z jej powodu umrze, a że Tamar cierpliwość się kończyła, przebrała się za dziwkę, z której to dziwki skorzystał jej teść, sam Juda, owocnie, a z tego ambitnego uporu sypnęły się dalsze pokolenia i dziś zawołać można by było: Zbawicielu, Zbawicielu, co by to się zadziało bez tej kurewskiej przebieranki? Przyszedł On, dziś już przez nazbyt wielu w demona zamieniony niestety, dla wszystkich ludzi, także tych wszystkich innych, mając na rodowodowym zapleczu taki skandalik i podstęp... Nic, tylko unieść głowę i puścić oko do nieba... Figlarz z Pana Boga, co każe patrzeć na różne świństwa z pewną rezerwą, by się ustrzec przed nazbyt pochopnymi ocenami... - Ze mnie i z ciebie, Fino, wypadła potworność objawiająca się jedynie w cielności, w której plecha żadnego ducha nie byłaby w stanie się rozwinąć. Nie dane nam było się zastanawiać, co z biologicznego urobku wyniknie: wspaniałość i duma czy zakała i wstyd, przykładny spokój czy nowy jakiś dziki zamęt... A zastępcze rodzicielstwo nie wypaliło. Ledwie dobroć wystygłych serc, z której niewiele wynikło. Na zimno przepieściliśmy pokrzywdzone przez los dziecię, które zły los postanowiło sobie dalej wybrać... Wyszło, żeśmy tylko odkarmili... Bardziej mi idzie z cząstkowym wychowywaniem innych, którzy nie stanowią żadnego ciężaru, a są jedynie źródłem dochodu... Ale to co słabsze pod wspólnym dachem przemknęło jakoś w nieszczęśliwy koniec... Znów ten Lói... Zarzut? Nie byłem dość dorosły, ośmieliłem się nie być bardziej dorosły od dorosłych, choć przecież byłem też tylko głupim dzieciakiem... Dom bywa najgroźniejszym miejscem: przegrzewa albo mrozi na kość... Coś się na nas kończy, na mnie w każdym razie, a ty, Fino, sobie leć, leć, nagle rozbudzona znów, tym razem jednak podstarzała już latawico... Może jednak dobrze, że rozbudzona dopiero teraz... Mniejsze zło...
- A, jeszcze troszkę - mówi Árni i wraca do baru, by dalej zamoczyć mordę. W tym samym czasie zaś Pol i Timo moczą tyłki w dobrze wulkanizmem podgrzanej wodzie i nie zamykają im się paszcze...
CDN
*) Wiersz Ewy Lipskiej "Miłość". Ewa Lipska, Uwaga stopień, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2002
**) Cytaty pochodzą z: Ingmar Bergman, Laterna magica, Czytelnik, Warszawa 1991

Komentarze
Prześlij komentarz