Przyciąganie XXIII


Snują się Timo i Pol porannie po miasteczku, które zdaje się tkwić w ciągłym przykucu, jak ktoś, kto spodziewa się najgorszego, aż człowiek ma wrażenie, że znają tu siły, wobec których lepiej nawet nie podnosić głowy, tylko trzymać się kurczowo parteru. Wszystkiego jest ledwie na kilka kroków. Chyba że obiera się sąsiedztwo dali - jej brzegi zawsze obliczone na wieczność... Tu na nieskończoność biegu podobnego do tego, na jaki skazane są zegarowe wskazówki... A w dali jest i wyspa, która miała na trzy lata owych słynnych dzikich lokatorów: banitę, co mocą klątwy bał się straszliwie ciemności; jego brata, co pomagał przetrwać czas mroku oraz ich sługę - niesumiennego, wiecznie narzekającego typa...

Wypogodziło się pięknie, choć dość mocno dmucha wiatr... Pozwalają mu szumieć w uszach, obaj po porannej kąpieli...

- Ten widok musiał być wtedy irytujący, gdy na wyspie przebywał Grettir i jego kompani, których obecność miała być lekiem na jego lęk przed zimową ciemnością... Cóż za podły los; Grettir był wszak największym siłaczem Islandii, aż lud chciał każdy napotkany a nietypowo ułożony na ziemi głaz traktować jako świadectwo jego osiłkowatej aktywności, ucinał łby i łapy żywym trupom i trollom, no i też zwykłym łobuzom zadawał rany śmiertelne, czasem w nazbyt silnej porywczości, co go wikłało tylko w kłopoty z żądnymi zemsty ich krewniakami, a zaczęła straszyć go ciemność, do tego stopnia, że musiał zawsze, mimo wygnania, szukać jakiejś życzliwej duszy, a człowiek wszak bytem jest niepewnym i straszliwszym od każdego jednego żywego trupa...

- No tak, ty coś o tym wiesz - mówi Pol z wesołością. - Chyba powiedziałeś coś takiego, że na zjawę bezwzględnie trzeba się rzucać...

- Z ludźmi natomiast już trzeba ostrożniej...

- Chyba że są słabsi... - Pol zaraz gryzie się w język, orientując się się, że wchodzi na grząski grunt.

- W porządku... Gdybyśmy zawsze mieli pewność, co do spotykanych ludzi, gdyby się umiały od razu zapalać w głowie ostrzegawcze, czerwone lampki... Ale wracając do wyspy, tej nieznośnie niedostępnej twierdzy... Zwinął wszystkie drabiny i zaczął pożerać baranki okolicznych gospodarzy... Że też zresztą chciało im się tam transportować zwierzęta...

- O, gdybyś widział, w jak niecodziennych miejscach pasą się baranki wełniane na Wyspach Owczych... Pasterstwo miewa i karkołomne oblicze. Liczył się zawsze każdy skrawek ziemi nadający się na pastwisko... Ostatecznie tu ostał się tylko jeden baranek, najwyraźniej przebiegle sympatyczny, który zdołał dochrapać się statusu nieprzeznaczonej do jedzenia maskotki, a baranek każdy był tu na wagę złota...

- A tu się bezsilnie patrzyli... A on sobie jakby nigdy nic a to po ogień, a to na zapaśnicze zawody w maskujących ciuchach... A tam potem mu spuszczają z góry drabinę i wraca na górę, by dalej pożerać cudzy majątek... Sama ta wyspa stąd wygląda jak rzucony na morską gładź solidny kawałek kotleta... Taki to skarb... A jak z twoim? Czy ktoś nie stoi na drugim brzegu?... Wybacz, no, ciekawość zwykła... Chcę na swej orbicie wiedzieć, czego blaski odbijam... Sam muszę stwierdzić, że pewnego człowieka zirytowałem poważnie, kiedym kuferek zaczął pakować, w ostatniej chwili... Nic nie robisz, a twoje problemy zawsze się same rozwiązują... Ja zawsze taki dziwnie spokojny...

- Jak to w "The Importance of Being Earnest" powiada Oscar Wilde, krewni to nic innego, tylko grupa ludzi, która nie ma pojęcia o tym, jak żyć, ani też nie wie, kiedy umrzeć... Powiedzmy, że istnieją jednak potwierdzające tę regułę wyjątki.

- No to niech będzie i tak...

- Ale ty masz mały tyłek - mówi zapatrzony w morską dal Pol, ściskając w dłoni zgrabny pośladek Tima. - Jak ty to robisz?

- Więzienny wikt i w ogóle bieda, bieda, bieda... My bardziej jesteśmy przystosowani do niedoborów niż do nadmiarów... - Pol daje Timowi klapsa, a Timo zauważa: - Oj, kiedy znalazłem się dziś o poranku pod publicznym prysznicem, uznałem to za dużą jak na początek dnia dawkę doczesności. I byłoby dobrze uniknąć przedawkowania.

- Gdybyśmy mieli lornetkę, moglibyśmy przyjrzeć się ścianie Hæringshlaup... 

- Od tej strony jest?

- Tak... 

- Hæringur potrafił wleźć wszędzie...

-  Więc i tam wylazł, bez drabiny, kiedy Þorbjörn, zawzięty mózg całej tej niechętnej Grettirowi lokalnej gromadzie, swymi okrzykami odwracał uwagę tych zdesperowanych zjadaczy cudzej baraniny... Wspinacz został jednak zauważony i szybko znalazł się na dole całkiem już nie do użytku, co dzisiejsza geografia odnotowuje, upamiętniając tego średniowiecznego mistrza climbingu odpowiednią nazwą... Można powiedzieć, że nie każde mistrzostwo wiedzie do sukcesu. Kiedyś podstępny, wiedz, że cię perfidnie mogą załatwić, stosownie, na cacy...To była pierwsza próba zamachu... Potem - jak wieść niesie fantastyczna -  po babsku odwołano się do czarów... 

- Niewiele brakowało... Bez mała dwadzieścia lat survivalu...

- Takie prawo nie istniało, ale przyjaciele i matka zabiegali, by uznać, że dwadzieścia lat to dość, i że po tym czasie wypada uznać człowieka za czystego...

- To rozsądna idea przedawnienia... Gdy ktoś ukrywa się przez tyle lat, wydaje się to być dla tego człowieka wystarczająco dotkliwe, więc karę można sobie darować... Ten tu siłą rzeczy musiał stać się złodziejem, więc wszyscy źle życzący porywczemu osiłkowi musieli za ten stan jego wygnania zapłacić... Dziś poszedłby do więzienia i tam karmiony byłby za pieniądze podatników...

- Nie ma darmowych obiadków...

- Choć nie za wszystkie płacimy.

- Robi to ktoś inny. Amen.

- Takie szczęścia... Choć wszystkie nasze szczęścia to zarodki przyszłych naszych nieszczęść.

- To już jakoś pachnie Proustem.

- Szczęśliwi ludzie się nie rozwijają... Dopisuje mi szczęście, wiec ileż straconego czasu!

- No to zwijajmy się!... - woła ochoczo Pol i jeszcze raz klepie Tima  po tyłku. - O tej porze nie ma tu wielkiego wyboru, ale w jednym miejscu dają znośną rybę z frytkami w niezbyt przyjaznej atmosferze, więc i doczesność nie będzie nazbyt nachalna...

***

Pal tymczasem właśnie jest po swym obchodzie. Zajrzał do swych koni, tych akurat, które nie pobiegły na wyższe pastwiska. Do wszystkich musi zawsze zagadać, przypominając im, jak się każdy z nich zwie. Wszystko to jakieś nieznośne zdrobnienia - to znaczy tak by powiedział Timo, że nieznośne, bo jemu nie w smak żadne czułostki... Ale tak czy owak dobrze ponoć znać imię konia, którego się dosiada, tak by nie prowokować niepotrzebnie licha... Pal jak najbardziej hołduje tej zasadzie i wszystkich w tej kwestii uczula... A teraz traktuje mopem podłogę w restauracyjnej sali. Tora oczywiście kręci nosem. Jeszcze nie spotkała mężczyzny, który umiałby porządnie zadbać o podłogę, podobnie jak nie zetknęła się z takim, co umiałby rozkminić zawiłości, pośród jakich funkcjonuje automatyczna pralka. Jednak jako okoliczność łagodzącą można przyjąć fakt, że też się za bardzo za nimi nie rozglądała, niemniej wystarczało jej rozeznania, by raz po raz powtarzać: - A te głupie, uparte pindy traktują ich jak bogów i ciągle mają skłonność do ich uprzedmiotowiania... -  Zawsze poprawia po Palu, bo uważa, że Pal potrafi jedynie rozmazywać brud... Pod jej okiem przynajmniej podłoga i stoły mają się błyszczeć, bo nie ma powodów - powiada - żeby ktokolwiek się tu do czegoś musiał przyklejać. I głową tylko kręci, patrząc na wystrój lokalu, z którym też chętnie zrobiłaby porządek; szanując jednak zmarłych rodziców Eddy i Pala, i ich pietyzm, z jakim traktują pozostawione przez nich dekoracje, mruczy jedynie swe oceny wystawione już dawno całej tej przypadkowości, którą niezmiennie nazywa pozostałością po sztormie i to już dobrze przebraną przez dzieci i poszukiwaczy nieoczywistych skarbów... - Jeśli kiedyś umrze Drengur, nie wyrzucajcie go bezmyślnie; zabalsamowany będzie pasować idealnie do tych burzliwych, pełnych odpadów kątów... - Okrzyki i z urokiem wypowiadane kąśliwości Tory dają szczególne poczucie bezpieczeństwa. Tworzy przytulny hałas i niewyobrażalna staje się sytuacja, w której miałoby jej zabraknąć. Zdaje się wszystko tu spajać, trzymać w ryzach; bez jej pracowitości rzeczywiście całość mogłaby już dawno obrócić się istotnie w coś na kształt rumowiska pozostawionego przez burzę.

Pala szarpie coś w duchu, a Tora pociąga nosem i orzeka: - Oj, coś on się chyba zakochał... Widzisz, Eddo, bezruch by tu był sercowy, gdyby życiowe zawieruchy nie gnały tu przybłędów. - Mówi to bez żadnych zjadliwości, bo i sama za przybłędę się uważa, wdzięczną za spokój i robotę chętną wypełniać jej pulchne ręce. - Znasz się na mnie, to mnie bierz - zdaje się mówić do niej praca w najrozmaitszych swych przejawach... 

Pal, porzuciwszy mopa, zamyka się w swoim pokoju. Zakonserwowana, przykurzona przeszłość wokół. Stare notatniki, stare czytanki, obrazki wypłowiałe, od wieków nieużywane kasety magnetofonowe... Nie starczyło sił, by zetrzeć tę przeszłość, tak tu namacalną, w proch... Ale może to się uda, jeśli... Zerka czy piesek od van Eycka patrzy nadal ze swoją psią wiernością... Może zrobi sobie z niego tapetę w telefonie?... A potem dwa obrazy: Friedrich i Munch - Mnich i Jappe, obaj nad morzem... Jeden wobec ciemniejącego ponuro horyzontu zdaje się być samotnością olbrzymią, kosmiczną i rozmyślaniem samotnym nad najgłębszymi tajemnicami złego życia i otaczającego go wszechświata; drugi otulony w łagodne, jakby aksamitne świtało jasnej nocy jest samotnością mniej doniosłą, przeżywającą jakąś osobistą stratę, zatopioną w sobie, melancholia to raczej nie aż tak dosłowna - smutek raczej, co czasem, przelotnie, człowieka nachodzi... Jeszcze nie pora dla niego, by patrzeć z tęsknotą w dal... Tęsknota to bliska krewna marzenia... Oboje kręcą się wokół niemożliwości... Ta pierwsza dotyczy tego wszystkiego, co niepowrotne, to drugie roi sobie, że może sen się ziści... Obok tego są jeszcze zwykłe plany i pewność ergo wiara - że wszystko jest możliwe, jeśli się tylko wysilę, no i wiara w coś, co inni nazwać mogą niemożliwością, wiara, że coś się rozwikła, więc każe oczekiwać, bez marzycielskich jednak śnień... Gdy się wyjaśni tajemnica, gdy powróci on i powie, co i jak, wtedy będzie można coś przedsięwziąć... Zasępia się czasem, tak, ale gdy patrzy w dal, to jednak z uwagą oczekującego - przygląda się bacznie, a nie powłóczy wzrokiem tęsknie... A teraz - aż by się chciało powiedzieć, że tęskni, tyle że on po prostu pragnie i czeka, trochę się niecierpliwiąc... Dawno już z nikim nie dzielił swojego łóżka... Czasem zostawał Lói, a tak to dopiero teraz ten Timo... Zawrócił w głowie Eddzie i jemu... Z tutejszych nikt by nie przyszedł, żeby gadać o obrazach... Ci, których tu znał, raczej nigdy nie umieli być, a roboty sam dość ma w domu... Pol i Timo są inni... Dziwne, ale przy nich nie ma się poczucia, że lenistwo to grzech... Timo słusznie podsunął mu Jappego... Jappe jest porzucony. Zupełnie jak Pal. A to czy ktoś odszedł z własnej woli, czy został przez coś uprowadzony... Żal mu Jappego i nad sobą roni łezkę, i chce, żeby Timo znów tu był... Sięga po telefon, żeby do niego zadzwonić... Ach nie, ma tylko numer do Pola. Są teraz na pewno razem... Może go poproszę? Albo może nie... Waha się...

*** 

Jednak do Pola ktoś dzwoni. Wyświetla się Árni. Odbiera, siedząc obok Tima w nieprzytulnej, jedynej akurat czynnej w miasteczku o tak wczesnej jeszcze porze knajpie. Już dość długo czekają na zamówione jedzenie, mimo że prawie nikogo tu nie ma; kawałek dalej stolik zajmuje tylko czwórka młodych, chłopięco wyglądających mężczyzn. Uroczy zjadacze chleba chyba po nieprzespanej nocy. Oni właśnie coś dostają. Ale zanim zabiorą się za jedzenie komentują jeszcze coś, co się jednemu wyświetla w telefonie. - No? I co tam? - do swojego zaś telefonu woła Pol... - Trzeźwy jesteś? - Skoro pyta, najwyraźniej Árni siedzi u nich dalej i osusza barek. - Powietrze wokół ciebie gęstnieje? Co ty tam Strindberga czytasz?... Co Kaczor Donald?... Tak, kupiłem ten fartuszek. Wyobraź sobie, razem z domem i całym tym szrotem naokoło. Był na wyposażeniu... Jeśli sądzisz, że jakieś siły już dawno zaplanowały cały ciąg zdarzeń, by właśnie ciebie odziać w ten fartuszek, znaczy, że wszystko nam sądzone, czego masz dobitny znak... Albo inaczej - są możliwości, dwie... Wszystko zależy od tego, jak sam ustosunkujesz się do spraw, które cię na ziemi zaskakują. Kaczor sobie czekał... Mógł być sobie dalej całkiem niewinnie... Myślę, że Fina, nawet jeśli jest taka rozpustna, nie porzuciłaby cię... Ale że ty się zdecydowałeś, Kaczorek nabrał złowrogiego charakteru... Gdzie się puściłeś? Z nami? No niech cię nie ponosi fantazja... A właśnie rozmawialiśmy o pewnym dzikim lokatorze sprzed wieków... Jeno tyś się sam wygnał... Bylebyś nie zaniedbywał swoich obowiązków, bardzo cię proszę... - Uff - wzdycha Pol i odrzuca telefon. - A ty co? Co tu tak wesoło? - Rozgląda się i widzi kawałek dalej rozbawioną czwórkę, a właściwie trójkę, trzech rechocze bowiem, a czwartym właśnie szarpią hałaśliwe torsje. Prostacko wesoły panuje wśród nich nieporządek. Zanim do niego doszło, wszyscy wtajemniczeni doskonale odegrali swoje role, niczego nie dając po sobie poznać. Zamilkli w pewnym momencie zjadacze chleba, a właściwie bułek - przynajmniej w tych okolicznościach - i jęli się posilać. Raptem jednemu z nich złapany w szczęki posiłek zaczął się z niespodziewanym oporem rozciągać, aż wreszcie rzecz ta, naciągnięta już do ostateczności, wydostała się energicznie z pochłanianej buły i jak puszczona sprężyna chlasnęła nieszczęśnika w twarz, rozbryzgując po niej na dodatek jakiś nieapetyczny żółtawy sosik. No pewnie - przecież to prezerwatywa. Dowcip się udał, chłopak trzymał w palcach gumkę niemal ze śmiercią w oczach, co resztę ze śmiechu wciskało niemal pod blat stolika.

- Ciebie też takie rzeczy bawią? - pyta roześmiany Pol.

- Tak. Tak samo jak bawi mnie baba przewracająca się na śliskim chodniku albo śnieżka trafiajaca kogoś w dziób. Nic na to nie poradzę. 

Wreszcie i do nich trafia jedzenie. Obok zaś dochodzi do jakiejś pyskówki młodych z obsługą.

- A obiecywałeś doczesność w rozsądnej dawce - zauważa Timo.

- Nie wszystko daje się przewidzieć. Ale może, dla odmiany, zerkniesz na czytnik... Mam tu parę tekstów Hjalmara. Skoro mamy poetę odwiedzić w zagajniku ku pamięci o nim...

- Chcesz mi duszę rozruszać?

- Czemu nie? 

- To Árni dzwonił? 

- Mając do zakomunikowania niedorzeczności. 

- Coś o przeznaczeniu było... O, a ten wiersz? To jakby o warunkach pracy poety?

- No tak - odpowiada Pol, zerkając na ekran.

- Tak więc ten nieślubny dzieciak nędzarzy został przewidziany do nieustannych konfrontacji: wieczne przeciwności, bieda, konflikty... Ale Pan Bóg zesłał talent, który pozwolił obśmiać te wszystkie nędzne sytuacje. Cięty, sarkastyczny... Powiem ci, że to kurewsko sprawne pióro. Śmiech, gorycz, ząb chętny ludzkość przygryźć w piętę...

- Choć stać go było i na czułość...

- No i dobrze... I dobrze, że się biedak umiał odgryźć... Panując nad językiem fenomenalnie...

- I mógłbyś coś z tym zrobić?

- To by wymagało dużej przebudowy. Trudny do zgryzienia...

- Zastanów się.

- To może długo potrwać.

- Umiesz nie korzystać z czasu...

- Najwyraźniej w pierdlu byłem szczęśliwy... Ale cały czas myślałem o eddyckiej opowieści, o którą prosił kiedyś mojego tatę jego kochanek. To mi w zupełności wystarczało. No i wolałem już te napisane rzeczy. Tak być stenografem własnych myśli... Eee... 

***

Pal bawi się telefonem. Już wybierał odpowiedni numer, ale zaraz rezygnował... Wreszcie zrobił sobie tapetę z pieskiem młodych państwa Arnolfinich... Z jakim realizmem oddany jest ten zwierzak, aż chciałoby się go pogłaskać i przemówić doń pieszczotliwie... Ale i Jappego by się chciało, w sumie, choć malarsko uproszczony, to jednak budzący tyle uczuć, choć o smutniejszych barwach. Ale cała ta płynność linii skłania do pocieszającej pieszczoty...

- Timo, Timo... - szepcze Pal.

Edda czasem nie ma wyczucia. Właśnie wpadła do restauracji grupa wycieczkowiczów i potrzebna jest pomoc, więc po prostu znienacka otwiera drzwi i swoim donośnym głosem wyrywa Pala z jego drobnych ekstatycznych dreszczyków. Biedak podrywa się gwałtownie, aż uderza boleśnie kolanem o biurko i zakrywa w mgnieniu oka rozpięty rozporek, ona zaś przeprasza i szybko zamyka drzwi, a potem jeszcze, w obecności Tory, gani samą siebie za swój w istocie karygodny nietakt.

- Droga moja ty pieśniarko cmentarna, w swym ożywieniu zapominasz czasem o dobrych manierach. A tym swoim głosem dokonasz kiedyś cudu: zawołasz, wstanie nieboszczyk, trupem padną żałobnicy. Tymczasem trzeba trochę delikatności. Przede wszystkim wypada najpierw zapukać i poczekać, aż zostaniesz zaproszona, tak by dać człowiekowi czas na doprowadzenie się do porządku. 

- Wstyd mi.

- Słusznie.

Lekko zmieszany Pol zbiega na dół i chwyta się za talerze...

***

- Pół godziny i będziemy u naszego poety. Jakże doprawdy przychylna pogoda dziś - woła pojedzony Pol. - Chcesz teraz prowadzić?

- Chyba nie. Zawsze stawiam na bezczynność.

- Zarumieniłeś się - zauważa Pol.

- Rzeczywiście jakiś żar mnie ogarnął. Pewnie ktoś myśli o mnie intensywnie. Choć to raczej takie nieprawdopodobne.

Jadą przez urokliwie zieloną krainę, surowości górskie mając nieco oddalone. Timo się śmieje, że widział już wszystko i z czołem przyklejonym do szyby patrzy na mijane pola. Gra radio.

- I znów historia, tym razem w swej najbardziej zbrutalizowanej odsłonie. Oto Örlygsstaðir. Tu był kulminacyjny moment wojny domowej, w którym Sturlungom zadano ostateczną klęskę... - informuje Pol.

- Taki to mechanizm w ludzkiej naturze. Obrastać w pióra, potęgę i zagarniać dla siebie i swoich cudze zasoby i cudze dusze. Siła, terror, anarchia, walka o dominację... Prawo to słowa, aż słowa i tylko słowa... Daje się je, łamie się je...

- Na rękę było to norweskiemu Haakonowi. Judził i obiecywał, ile wlezie. Zrobił czystki u siebie, ostatecznie łyknął i tę moralnie upadłą krainę. Przez jakiś czas przynajmniej zwykli ludzie mogli odsapnąć, skoro nie musieli być li tylko nędznymi pionkami w cudzych, klanowych wojenkach, sprowadzających jedynie strach, nędzę i całkowicie niepewne jutro...

- A tu ponownie ciążenie ku oligarchii, która w zasadzie już jest ukształtowana, w nowoczesnej formie.

- No tak, jakże ochoczo ten mechanizm znów się uaktywnił, już nie tak brutalnie, bo nikt nikogo żywcem oczywiście nie pali, jednak wszystko poszło wedle znanego schematu, kiedy zaczął się handel kwotami połowowymi. Dziś to poletko jest przecież w rękach kilku rodzin bogatych aż do obrzydzenia... Zdewastowało to lokalne rybackie społeczności.

- No ale szczęśliwie świat to dziś park rozrywki, więc i życie, w jakichś innych formach, odrasta...

I wreszcie Bóla. Gdy życie nie doskwiera, wszystko w należytym jest porządku, dekoracyjne. Jest i uroczy wodospad ze swoją legendą o dokuczliwej Bóli, wiedźmie, co ze wszystkimi w niezgodzie była, bo niszczyła plony, kradła owce... Aż wreszcie pasterz Skeljungur załatwił problem strasznego babska, topiąc je w wodach wodospadu, który toczy je poprzez wąwóz dzisiaj jej imienia, sam też jej imię od dawien dawna noszący.

- Skeljungur niestety się potem w upiora zamienił, o ile sobie przypominam... - oznajmia Pol. - I znowu trzeba było walczyć... Całkiem jak u Grettira...

Idą spacerkiem. Wiatr bawi się ich włosami. Trawa jeszcze wilgotna rosi im buty. I tak dochodzą do furtki prowadzącej do pamiątkowego lasku.

- Tysiąc dziewięćset pięćdziesiąt pięć - Timo czyta datę wspawaną w furtkę.

- Pomnik powstał w osiemdziesiątą rocznicę śmierci poety i rzeźbiarza...

To ozdobiony porostami obelisk z harfą i płaskorzeźbą oraz stosownym do niej cytatem... Oto więc genialny nędzarz, wiecznie przeżywający niedostatek, straty, tkał swoje mistrzowskie wersy, drapieżne, w mrokach życia...

 - Zawsze pod wiatr, w srogiej ulewie, jak widać - zauważa Timo. 

- I w wiecznych zatargach z sąsiadami. Oskarżono go kiedyś i o kradzież owiec. Kradzież owiec to zresztą jeden z klasycznych motywów w tutejszej literaturze.

- Przez owieczkę pastora i poniewierka Eyvinda...

- Tak, tak... To było zawsze najgorsze przestępstwo, jak dziś wykradanie ludziom pieniędzy. Fé to kasiora. Fé to trzoda. A za fé kupuje się pożywienie, kupuje się dach nad głową, przyjaźń, miłość... Oczyszczono go z zarzutów, no ale przyklejony doń brud pozostał... Ból Bólu - Hjálmar przekuwał w poezję...

- W wyrafinowaną poezję, z tego, co się zdążyłem zorientować - dodaje Timo. - Niektórzy ludzie zawsze muszą iść pod wiatr. Nawet jeśli w rękach mają jakiś skarb... A inni zawsze z wiatrem, mimo pustych rąk, co niektórych potrafi wkurzać.

- I tyś wśród nich - śmieje się Pol. - Ptaku...

- Jestem łodzią

  bez wiatru.

  Tyś moim wiatrem był.

  Czy to też ten żem kierunek obrać chciał?

  Ale któż o kierunek by dbał

  mając taki wiatr!*

- A to już Hauge. - Pol całuje w czoło Tima. - Teraz ty przy pomniku recytujesz mi Haugego, tedy mnie do łez wypada się wzruszyć...

- Obejrzymy sobie wodospad?

- Chętnie, chodźmy.

CDN

***

*) Wiersz: Olav H. Hauge, Ty to wiatr (tłum. moje)   

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Jóhann Sigurjónsson. Fjalla-Eyvindur

Moc śnieguły, czyli duszpasterstwo koło lodowca

Sigbjørn Obstfelder. Liv

Na nieskończonej. Steinn Steinarr

Lokasenna, czyli pyskówka na górze albo kto jest bardziej niemęski

Jonas Lie. Eliasz i draug

Bukolla. Opowiastka islandzka

Einar H. Kvaran. Posucha