Przyciąganie XXIV



Jadą sobie, ceremonialnie, z piosnką na ustach, a w każdym razie Timo wyżywa się wokalnie, klepiąc się do taktu po udzie, co ogromnie bawi Pola, który nawet próbuje wtórować kochankowi, tyle że nie bardzo mu to wychodzi, zalicza się bowiem do ludzi poszkodowanych przez depczącego po uszach słonia. Suną wyasfaltowanym dnem rynny otoczonej górami. Zza każdego łuku wyłaniają się kolejne skaliste wzniesienia podobne postaciom oczekującym gości, co kłaniają się uwodzicielsko, rozstępując się na boki, by torować przybyszom dalszą drogę w tę krainę widziadeł, coraz mroczniejszą, bo pogodne jeszcze przed chwilą niebo naraz zasnuło się grubą warstwą ciemnoszarych chmur... Wszystkiego można się tu spodziewać, zdają się te kamienne istoty komunikować. Także improwizującego Tima, co właśnie zaczął dla odmiany nucić "The Creek" Garbarka...

- Będę musiał Eddę obsypać kwiatami - mówi Pol.

- Należą jej się.

- A oto i świat tutejszego wieszcza Jónasa, a tam, w głębi, jeszcze jezioro jest, w którym, gdy przyszły wieszcz był dziewięcioletnim chłopcem, utonął jego ojciec - oznajmia Pal, wskazując na otoczenie skalnych iglic w Öxnadalur.

- A więc tu się zaczęło życie romantycznego budziciela...

- Tak, i powidło go aż do ostatniego kieliszka i wreszcie do schodów na Sankt Peders Stræde 22 w Kopenhadze - mówi Pol i zatrzymuje się w przydrożnej zatoczce, by obaj mogli się pogapić trochę na ten pejzaż idealny dla złowieszczej baśni, jak zauważa Timo.

- I słuszne są twoje podejrzenia. To sceneria jednej z makabryczniejszych opowieści o żywych trupach.

- Lubili się tu postraszyć.

- Dawna dieta bardzo sprzyjała przywidzeniom. Wystarczała własna spiżarnia, by mieć to, za czym dziś trzeba pofatygować się do dilera, ryzykując przy tym dodatkowe nieprzyjemności. W każdym razie, gdy popatrzysz na północ, tam, za tym grzbietem wody swe toczy mroczna rzeka Myrká, która też tam wpada do rzeki Hörgá, którą za chwilę, gdy znów ruszymy, będziemy mieć po lewej ręce. Przy Myrká znajduje się cmentarzyk stary, a u jego wejścia kamień leży, co skrywa straszydło, w które razu pewnego przemienił się mieszkający tam pomocnik pastora, bo kiedyś tam był i kościół. Diakon ów zakochany był nomen omen śmiertelnie w pewnej dziewczynie. Dziewczyna czekała na niego, też w nim zakochana; miał przyjechać do niej, jak obiecał w trakcie schadzki, na farmę, na której służyła, i zabrać ją w Wigilię na Święta. Tyle że po schadzce, w drodze powrotnej zaskoczyła go burza śnieżna i biedaczyna wpadł do owej rzeki Hörgá i życie swe w niej postradał. A jakiś rolnik go znalazł i cichaczem pochował. Tymczasem dziewczyna czekała, choć drogi nieprzejezdne się zrobiły po burzliwej pogodzie. Mimo to zjawił się diakon u progów, zapukał i powiózł dziewczynę do siebie... Dziwna była ta przejażdżka, diakon bowiem posępny był i jechał siedząc przed nią ze zwieszoną głową, dziwny wierszyk też posłyszała pośród tej niepokojącej scenerii, w zimowej na dodatek szacie.

- Sceneria w sam raz na przejażdżkę z trupem na jednym koniu, jakby pod to stworzona... Aż dreszcz człowieka przechodzi.

- Lepiej cieplej się ubierz...

- Roald Amundsen mówił, że tylko do zimna nie można się przyzwyczaić. Staram się zadać temu kłam. I nie chcę wyglądać jak turysta.

- Poczekaj, poczekaj...

- Chociaż pragnę umrzeć w lecie... Zawsze dbałem o to, by mi środków starczyło do lata... Brr, umrzeć zimą, jak ten pomocnik pastora... No i co to za wierszyk? Bez poezji ani rusz.

- Máninn líður, dauðinn ríður; sérðu ekki hvítan blett á hnakkanum, Garún, Garún? - recytuje Pol. - No?

- Że po niebie płynie księżyc? A konno jedzie śmierć. Na potylicy zdarł nieszczęśnik skórę do kości, tak?, gdy upadł do rzeki? Nie widzisz, jak się bieli? Tylko co to to "garun"?

- Dziewczyna ma na imię Guðrún. Jedzie i obejmuje w pasie upiora; widzi teraz białą kość i wie, że ten zmarły to istota bezbożna, pozbawiona świętości, bo miota się po świecie i jednej rzeczy nie potrafi zrobić - wymówić słowa "guð" - "bóg"... Dlatego bełkocze: "Garún"... Dziewczyna jest przerażona. Żywy trup stara się bowiem wciągnąć ją do grobu...

- Tymczasem przecież to kobieta ma nawet nie tyle ciągnąć, co wpędzać mężczyznę do grobu - żartuje Timo.

- Nad wejściem na ten cmentarz wisi dzwonek. Nim miała Guðrún przywołać pomoc...

- I ocaliła skórę?

- Jak najbardziej. Ale upiór nie dawał za wygraną i jeszcze przez czas jakiś nękał ludzi, straszył. Wreszcie trzeba było skorzystać z usług speca od straszydeł, który pomyślnie załatwił sprawę, skrywając całą tę makabrę pod ciężkim kamieniem. Tkwi on tam do dziś i lepiej go nie tykać... Może w drodze powrotnej obejrzymy sobie to, a teraz ruszajmy ku miastu, co ma zaraz urodziny. Pogapimy się na światełka, posłuchamy muzyki, coś zjemy dobrego. Hm? Dość tych straszliwości. Chociaż przy okazji święta miasta też lubią się postraszyć. Powraca wszak coraz bardziej ochoczo mrok, co zachętą dla zmor jest wszelakich...

- Czeka na nas... Tak jak i życie samo przejażdżką jest ze śmiercią, do mroku... Każda bliskość nią jest... W początkach tylko zawsze wszystko niepewne - mówi Timo, a Pol obejmuje go ramieniem. - Nie wiadomo jeszcze, kto kogo zaciągnie nad dół. Dopiero z czasem, za którymś tam obrotem księżyca, rzecz cała się wyjaśni. Taki jest koszt wierności. Póki co, zawsze jest strach, ze jest się tym, co siedzi za plecami...

- Na razie jednak nie pozostaje nam nic innego, a tylko cieszyć się szczęściem.

- Trochę mnie to martwi jednak... Bo jakoś tak zawsze muszę rozczarowywać. Mam to chyba po ojcu.

- Tak, tak, nieskromnie mnie ostrzegałeś, a ja bez wahania wysłałem bilet... Nie ma co rezygnować z życia, nawet jeśli się wie, że nic nie jest obliczone na happy end. A poza tym wszyscyśmy ze śmierci. To, co nas obu stworzyło, jest już grobowym rozkładem. Ale z tego, co zacząłem się orientować, masz zadatki na kogoś, kto, jak ten czarownik, potrafi skutecznie zjawę rozwiać na cztery wiatry.

- Żeby nie było, że po to tu przyjechałem.

- Tym ciekawiej się robi... Nadnaturalnie... A skoro o tym, to chwilę temu mijaliśmy Tunguháls, skąd pochodziła pewna interesująca osoba, kobieta i jedna z tych indywidualności, która udowodniła, że życie diametralnie i w ciekawy sposób można odmienić i po pięćdziesiątce. Urodziła się w ostatniej dekadzie dziewiętnastego stulecia, a zwała się Elínborg Lárusdóttir. Najpierw musiała odrobić trochę życiowych lekcji, łącznie z tymi zdrowotnymi, bo tuberkuloza grasowała sobie wtedy raźno, więc miast się uczyć w tradycyjny sposób, taki, jaki przewidywały dla panien ówczesne szkoły, jednym z uniwersytetów jej stało się gruźlicze sanatorium pod Reykjavikiem... Potem ślub z wielebnym, matkowanie, wreszcie, po pięćdziesiątce właśnie, nagła erupcja talentu, z taką zapamiętaną zachętą na nieśmiałym starcie ze strony Einara Kvarana - to nazwisko znamienne, bowiem był to jeden z ważniejszych tutaj spirytystów, a spirytyzmem i Elínborg się fascynowała. Chyba ze trzydzieści książek udało jej się stworzyć, książek o wspaniałej poczytności w powojennej dobie. Sporo religii, duchów, a w tym wszystkim obraz przemian; nowe ścierające się ze starym, szczególnie gdy idzie o damsko - męskie relacje; kobiety uświadamiające sobie, że stać je na wiele, a co za tym idzie i na ciekawsze pozycje i role w życiu, w społeczeństwie. Nieco sentymentalna, dość schematyczna, w prostych kontrastach, ale też -  zwłaszcza w swym głównym dziele - będąca taką pamiętnikarką islandzkiej kultury rolników, gromadzącą dawne opowieści, plotki z czasów torfowych chatek; duma pośród nieznośnych obowiązków, przez wieki ciągnąca się niemożność ucieczki - słowem trudna kobieca dola, ale też i w ogóle dawne biedy, także i we włóczęgowskim wydaniu... No i te duchy, duchy, duchy, strach i ciekawość, bo też i przestawały być one jedynie straszydłami z ludowych opowieści... 

- Śmierć była bardziej wtedy widoczna.

- Wszechobecna.

- I nazbyt nędzne bywało to jedno życie... Ledwie tyle, bez post scriptum? A choćby i strachem się stać...

- I zimowymi nocami można było nieco potrenować takie lękanie się. Oswajanie tajemnicy. Wszyscy lubimy się trochę pobać, zwłaszcza w bezpiecznym, zacisznym kącie. Za oknem mrok i rozwiązują się języki, by opowiadać niesamowitości... Jakże się przytulne robi najskromniejsze nawet życie. Ona całkiem serio podchodziła do tych rzeczy, zgłębiała temat, pogrążała się w badaniach nad zjawiskami nadprzyrodzonymi i rozpisywała się o mediach i jasnowidzach, w tym o samym Hafsteinie Björnssonie, którego do ściślejszych kontaktów z duchami i całym tym ukrytym ludem też sam Kvaran zachęcił, tego rolnika - uciekiniera i windziarza z Reykjaviku - doprawdy, działał jako konsultant mający kontakty z całym tym huldufólk i pomagający współżyć harmonijnie dwóm światom, widzialnemu i niewidzialnemu...  I cóż powiedzieć - nawet na pierwszy rzut oka racjonalistyczny Tomasz Mann był skłonny sądzić, że coś w tym jest, w tych wszystkich rączkach odbitych w mące i wirujących talerzykach, a co dopiero ludzie, którzy po pachy tkwili w przywidzeniach i historiach o nich...

- A ty jak sądzisz?

- Schowałem się głęboko w śpiworze, kiedy walczyłeś na piętrze z upiorem... I nie mogłem powstrzymać się od śmiechu. Dreszczyk mnie jednak przeszedł...

- Zostałbyś tam na zimę, gdybym nie przyleciał?

- Właśnie się zastanawiam. Taka proza życia: tu rejestracja w urzędzie, tam karta płatnicza, pijaczyna, co się sama ze swojego domu wyrzuciła i teraz osusza nam barek, a tu jakieś byty nieznane, życiowe powidoki... Okazuje się, że gdybyś nie przyleciał, nie byłbym tam sam... A niektórzy krytycy zarzucali Elínborg, że o ile te wszystkie straszydła i boskie ingerencje dobrze pasują do ludowych podań, o tyle gryzą się z tą jakoś tam zaangażowaną przecież prozą i z całą tą społeczną troską... Jakby tamte duchy nie bardzo z duchem czasu...

- Ale ty nic nie widzisz... Więc chyba...

- No nie mam takich zdolności, prawda... Nie tak jak Hafsteinn Björnsson, który już jako dziecko bawił się z dziećmi ukrytych ludzi...

- Swoją drogą czy to takie nadzwyczajne? Wele dzieciaków ma urojonych przyjaciół. Ja miałem...

- No, no, no, i stąd ta bijatyka, i ten guz, co go sobie nabiłeś...

- Dobra, lepiej już nic nie mówmy.

- Zbieramy się... Komu w drogę...

- Temu kopa w dupę.

- O! Tak jest. 

- Tylko nie ciągnij mnie już do żadnych kąpielisk, błagam.

Pol się śmieje. Całują się i pakują zaraz do auta. Timo rzuca jeszcze okiem na okolicę. - Hrabia Drakula mógłby tu na zimowisko przylatywać...

- Tylko. Dla pewnych istot latem Islandia jest wyjątkowo nieatrakcyjna poprzez swoje białe noce.

- No ale jak jest już Boże Narodzenie, to hulaj dusza!

- Powiedz Guðrún - mówi Pol.

- Garún - wydobywa ze ściśniętego gardła Timo.  

Rechoczą. Pol odpala silnik. Ruszają nad kolejny fiord.

***

Tutaj straszy. Że aż strach. Gdzież racjonalność szkolnego majsterkowicza? Nie pije - straszy. Pije - straszy jakby mniej... O śmierci bezbolesna!... Árni zwierzęcieje i chodzi niczym istota uwięziona w klatce. Zwiedza zakamarki. Dom jest wielki i niewykończony. Tu i ówdzie dopiero zalążki luksusu, które ktoś kiedyś postanowił porzucić. Ale czy rzeczywiście to pokłosie niegdysiejszego kryzysu, czy może jakieś inne czynniki przegnały stąd tego kogoś i dlatego też pojawiła się ta okazyjna cena?... A to niezły kąsek... Tak więc i zanosi się na pole golfowe... Kto by w śledziowych czasach o czymś takim pomyślał?...- Jezu! - woła, zsuwając się z niezauważonego stopnia... Wchodzi do podpiwniczenia i pierwsze, co mu się rzuca w oczy w świetle smartfonowej latarki, to strupieszała istota ledwie okryta jakąś sfalowaną materią... Pośród epileptycznych migotań latarki, z kwikiem dociera biegiem do drzwi, w których naraz ukazuje się Fina, na widok której już wrzeszczy po prostu ze strachu.

- No ty to jesteś popierdolony - rzuca, łapiąc się za serce. -  Co ty wyprawiasz? I co ja robię? Że tak po prostu włażę do obcych domów... Nie do wiary, kurrr...

- Trup!

- Brawo! Albo natychmiast się stąd zabierzesz, albo ja po prostu wezwę policję. Bo to już przechodzi ludzkie pojęcie.

- No nie zrobisz tego.

- Nie chcę, żeby ktokolwiek zaczął gadać... Zresztą, już przecież... Idziemy. Proszę!

- Prędzej pójdę do swojego kantorka.

- Lecę za chwilę na Wyspy Owcze, na bardzo włochatą konferencję, żebyś wiedział. Trochę mi zejdzie.

- Na schadzkach jeszcze, co? - dyszy złośliwie Árni.

- Jak u bonobo. Mniejsza z tym. Podlejesz moje palemki przecież. 

- No tak, one nic wszak nie zawiniły.

- Źle wyglądasz. I pijesz. To jakiś przyspieszony zjazd? Myszki, pająki?

- Ale musisz to zobaczyć... Bo tam coś jest.

- Zmiłuj się, jesteśmy w nie swoim domu. Będziesz mnie tu oprowadzał? Pod nieobecność właściciela?

- Wiesz, że ja cię nawet lubię. Nam się tak mało przydarzało w życiu.

- A teraz się zadziało, z nawiązką.

- Ale chodź.

Fina ociąga się, w końcu jednak rusza namówiona. Ulega nastrojowi podpitego męża i skrada się za nim na ugiętych nogach.

- Ja się naprawdę przestraszyłem.

- Zauważyłam i nie powiem, żeby mi to jakoś pochlebiało.

Árni odwraca się z uśmiechem: - Dasz mi buzi?

- Szlag mnie zaraz trafi.

- Mnie już trafił. Ale powoli skutki mijają... A pamiętasz, jak żeśmy po lodowych grotach kiedyś łazili...

- No i co?

- Tylko ty zawsze przede mną, a ja za twoim dupskiem. Chichrałem się w duchu...

- Miałeś mi coś pokazać. Więc ty prowadzisz, a ja z dupskiem za tobą... Człowiek to taki bywa głupi, że po cudzych domach daje się wodzić...

- Uwaga, tu stopień. 

- Rychło w czas - woła Fina, która właśnie omal przezeń nie upadła.

- I tu jeszcze schody.

- Nie ma tu światła? Tylko tak telepiesz tą zasraną latareczką.

- No nie wiem.

- A tu co? - Fina naciska napotkany przełącznik i w betonowym lochu rozbłyskują gołe żarówki. - I tu jeszcze - naciska kolejny, obok drzwi, które Árni zdążył już uchylić. - Ależ ty jesteś spostrzegawczy. Tego, co trzeba, to nie widzisz. Że też te twoje dzieciaki nie pourzynały sobie palców pod twoim nadzorem. Cud!

Ich oczom ukazuje się fresk. Wszystko w brązach... Monochromatyczny obraz przedstawia Najświętszą Panienkę z Dzieciątkiem, dwa aniołki, dwie postaci w duchownych strojach (jedna klęczy, druga natomiast za nią stoi) i na samym końcu coś jakby żywego trupa. Wszyscy w naturalnych rozmiarach.

- Święty obraz - mówi Fina.

- Jakiś taki straszny.

- Rzeczywiście, nie umieściłabym go w sypialni.

- Ten trup to tak akurat naprzeciw drzwi.

- Nie chce mi się dyskutować o cudzych gustach. Przyznaję, że to dość makabryczne dziełko.

- To jakiś Baltasar czy co?

- Oj, nie pytaj mnie. On, zdaje się - bo chodzi ci chyba o Sampera? - robił jakieś ołtarzyki... Ale, bo ja wiem...

- Pol chyba lubi obrazki?

Fina wzrusza ramionami. - Więc zobaczyłam, co lubi.

- Jakaś kaplica tu miała być?

- Chodźmy stąd już. Co cię to obchodzi?

- Jakoś dziwnie się tu robi. 

- Tak, rzeczywiście. Weszliśmy tu i już nic nie będzie takie samo. Poznaliśmy straszliwy sekret...

- Oj, nie ironizuj.

- Przecież ja nic... 

- Sekrety to tu są...

- Nie wchodźmy w to, nie teraz.. Ja chcę natomiast, żebyś opuścił ten dom. Po prostu. Razem ze mną. Już.

- I gdzie pójdziemy?

- Do swojego domu, do cholery. Póki co, jeszcze nie brakuje nam dachu nad głową. 

- Tam też straszy.

- Posłuchaj. Zaraz wybiorę numer na policję.

- Przecież Pol wie, że tu jestem... Dlaczego to tu zostało namalowane? I co to ma być?

- Zapytaj gospodarza. Będzie na pewno zadowolony z tego, że myszkujesz mu po chałupie.

- No, muszę się dowiedzieć.

- Fantastycznie. Ale w tej chwili chodźmy... Skąd ten cholerny przeciąg? - zastanawia się Fina i pociera sobie dłońmi ramiona. - Zaraz ten trup wypadnie z obrazka. Jakoś osobliwie to on na nim zdaje się być najbardziej ożywiony. Podarujmy już sobie tę iluminację i niech to wszystko kryje się na powrót w mroku.

Fina odwraca się z zamiarem opuszczenia tej ponurej scenerii: - A teraz podążaj za mym dupskiem. Chłodno tu, jak w lodowej jaskini...

CDN   

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Jóhann Sigurjónsson. Fjalla-Eyvindur

Moc śnieguły, czyli duszpasterstwo koło lodowca

Sigbjørn Obstfelder. Liv

Na nieskończonej. Steinn Steinarr

Lokasenna, czyli pyskówka na górze albo kto jest bardziej niemęski

Jonas Lie. Eliasz i draug

Bukolla. Opowiastka islandzka

Einar H. Kvaran. Posucha