Przyciąganie XXVI



Jedni się rozleniwiają, inni - przeciwnie - szykują się do nowych wyzwań i przygód. Wieczór Fina spędza na pakowaniu rzeczy, Árni zaś z pogodą się wyzłośliwia na swoją latawicę ze świądem starczym. - O, jeszczem nie taka stara - odgraża się.

- Żeby cię tam, dzierlatko, nie zbrzuchacili na tych wysepkach baranich...

- Zawieziesz mnie juro na lotnisko?

- Naturalnie, moja droga. Z ochotą i z ulgą.

Fina przymierza jakąś groszkową kieckę do swych babich krągłości. - I jak? Byłoby?

- Cokolwiek założysz, będzie.

- No pewnie. Czego ja bym się mogła spodziewać.

- Nie konsultuj się ze mną w tak doniosłych sprawach. Uważaj tylko, żebyś się nie uzieleniła.

- Dobra, dobra... A ty w końcu kiedy masz tego dentystę?... Będziesz straszył dzieci szczerbą?

- W przyszłym tygodniu... Ja się chyba tu prześpię, na dole... Już bym tu wszystko powyrzucał. Ależ się szpetnie zrobiło na ulicy przez to pogorzelisko - mówi Árni, wyglądając za okno salonu. 

- W przyszłym tygodniu zanosi się i na porządki przy naszej ulicy. Zaraz po niedzieli przyjeżdża ciężki sprzęt... Filip już się tym zajmuje.

- Aha...

- Kontaktował się nawet z gminą... Gadałam z nim.

- Tak?... To kawał skurwysyna.

- Kiedy to było...

- Myślisz, że ludzie tak się zmieniają?

- Oj, nie wiem, nie wiem... Wybiera się tutaj w każdym razie.

- Po cholerę?

- Nie dopytywałam. Może podróż sentymentalna.

- Sentymentalnie miałbym ochotę nakopać mu do dupy.

- Trzeba było z tym nie zwlekać.

- Wtedy jeszcze nie mieliśmy moralności... 

- No to nakopiesz mu, jak przyjedzie... Tylko żeby przypadkiem ci nie oddał i nie uszkodził drugiego zęba.

- Śmiej się.

- Ha, ha, ha...

- A wiesz co?... Nie wiem czy widziałaś coś podobnego... Zachodzisz tam czasem do Drengura?...

- Nie chodzę tam nigdy, śmierdzi strasznie. A książki kupuję zresztą przez internet. Wiesz przecież.

- A ja właśnie niedawno zaszedłem... I korci mnie, żeby tam jeszcze pójść.

- Tak?... Kurcze, gdzie są moje klapki... te niebieskie takie?... Zawsze tutaj były, cholera... Jakby diabeł przysiadł...

- Słuchasz mnie?

- Co? Słucham, tak. No co ten Drengur?

- Był u niego Dadi od Bjarnego i podobno Bækur brał od niego jakieś pieniądze. Pal mówił, że jakoś tak z zakłopotaniem szybko je kitrał w kieszeni.

- No może coś kupił?

- Nie, raczej nie...

- Może mu się zdawało? O ile to takie dziwne.

- Mówił mi, że pierwszy raz coś takiego widział. Że owszem, że zachodzi do niego co jakiś czas, ale jakoś tak przez te wszystkie lata ta rzecz mu umknęła...

- Mnie się o to nie pytaj...

- Nie no, tak po prostu mówię, co on mi mówił... Osobliwa konspiracja... 

- No to się naradź z Palem...

- Jakaś tam ciemna plama... Hm... Ciekawe...

***

Mrok już głęboki, ciemnogranatowy, zazieleniony lekko smugami nikłej zorzy. Patrzą z daleka na miasto, połyskujące obficie, co zaczyna się bawić... Timo i Pol popalają na spółkę cygaro, wtuleni w siebie i zapatrzeni a to w dal przed sobą, a to w dal nad sobą...

- Życie i śmierć... - mówi Timo. - Jedno przed nami, druga nieustannie nad nami... Jak to się wszystko powtarza... Z Vernickiem też paliłem cygara.

- Tak?... Recenzowałem nawet jakąś jego samobójczą sztukę, pamiętam też, jak straszył tu i jego Volund...

- Ilekroć powraca zorza, zawsze myślę o Auguście Andrée...

- Tym niefortunnym polarnym baloniarzu?

- Dokładnie. Przed nimi nie było nic. A gdy już zaczęło się ściemniać, nad głowami pojawiała się aurora borealis i nie był to dobry znak... Było wielce prawdopodobne dla nich, że nic innego, tylko śmierć zsyła im te barwne iluminacje... Zapala się zorza, gasną nadzieje...

- To było jednak na Nowej Islandii; ta jest stara i jakoś już oswojona, choć lekceważyć jej nie wolno, co to to nie! Tu w każdym razie cywilizacja w zasięgu wzroku... Czekają tam na nas dobrze przyrządzone mięsa pożywne bez żadnych pasożytów i jadów oraz przyjacielskie desery i ciepłe kołderki.

***

Po rozmuzykowanej nocy budzą się w okolicach południowych. Tam gdzieś już Árni podwozi żonę do samolotu, tu zaś panowie spłukują z siebie miodowe namiętności. Timo śpiewa i usiłuje się uczesać. - Jeszcze trochę brzucha, niewieściej piersi i mógłbym w zastępstwie miauczeć pod altaną...

Znów słoneczna rześkość na zewnątrz. W porcie wielki statek. Z pędzącego samochodu wychyla się jakaś cycatka i rzuca prowokacyjne teksty w ich kierunku. Timo wzdycha, będąc jednocześnie pełen uznania dla mężczyzn, którzy skorzy są ulegać podobnym wulgarnym zachętom - jakże w istocie dzielne to są istoty i jak jednocześnie lichy jest klimat towarzyszący naszym poczęciom - to już coś, co ma cechy przytulności przestrzeni pod ściekową kratką... Timo zachęca, by odwiedzić kościół, twierdząc, że potrzebuje ludzkiej zabudowanej przestrzeni o bardziej stanowczo przerastającej ludzkie rozmiary objętości. Dość już pokoików, namiocików, kameralnych knajpek i pijackich dziupli czy samochodowych przykurczów... We wnętrzu Pol boleśnie rozwiewa liczącą wiele dziesiątków lat legendę o ocalonych, zbiegłych przed wojennymi bombami do Islandii wiktoriańskich witrażach z katedry w Coventry. Owszem, najcenniejsze, te średniowieczne, zdołano zdemontować, te mniej cenne porozbijał jednak Hitler... Ale zrodziła się potem legenda, że zwykły jednak antykwaryczny zakup to ocalone z Coventry szkła... - Są tacy, co od wiary w prawdziwość tej legendy odstąpić nie chcą...

- To tak jak z twym podejściem do sagi o Grettirze. I gnilec, i krwawe magiczne runy zajmują u ciebie miejsca w tym samym rzędzie...

- A tu mamy i nasz wodospad ze szkiełek kolorowych... 

- Þorgeir við Goðafoss - czyta Timo. - Trzyma gotowe do wyrzucenia figury starych bogów... Ileż potem podobnych figur rozmaitych świętych podzieliło losy tych różnych Freyjów, gdy reformacja krytycznie odniosła się do kolejnej fali idolatrii, bo i w nią przemieniło się w swym demonicznym rozkwicie chrześcijaństwo...

- Tu jednak pod tym względem nie było tak drastycznie. Bardziej uaktywniło się złodziejstwo niż zideologizowany wandalizm.

- Tak.

Patrzą na surowe wnętrze, dość punktowo ozdobione. Podziwiają wiszący żaglowiec, a także anielską chrzcielnicę Thorvaldsena...

- Naturalnie oryginał znajduje się w Kopenhadze, a to tylko wierna kopia - objaśnia Pol.

Siadają, by popatrzeć trochę na bielejącą przed nimi rzeźbę.

- Lubisz odwiedzać kościoły?

- Gdziekolwiek jestem, zawsze to robię - odpowiada Timo. - Najbardziej lubię jednak świątynie pobudowane z rozmachem, a jeszcze jak są zgwałcone barokiem... Tu mi będzie tego z pewnością brakowało... Miałem ciotkę taką, która zawsze była samotna, świetnie sobie radziła w życiu, miała interesującą i absorbującą pracę, która zresztą wiązała się z częstym podróżowaniem, czasem nawet do bardzo odległych zakątków naszego globu... W końcu jednak przyszedł wiek emerytalny, no i wypadła z obiegu. Całe życie była zapiekłą ateistką, kiedy jednak przyszła emerycka samotność, coś się w niej odmieniło, na katolicką nutę... Zaczęła rozpamiętywać zmarłych z naszej rodziny, wszystkich, jakich udało jej się zidentyfikować po rozmaitych archiwach, gdzieś tam nawet z osiemnastowiecznych zapisków, więc pośród pewnej części dusz już szczęśliwie zapomnianych musiało pojawić się jakieś poruszenie, skoro nagle zaczęto je wywoływać na intencyjnych nabożeństwach. To jej rozpamiętywanie i rozsiewanie po kościołach datków w stosownych intencjach wiązało się z nękaniem żywych zawiadomieniami, że tu i tu, o tej i o tej porze wypada stawić się na modły za takiego czy innego przodka. Niektórzy - ci co bardziej przesądni - te powiadomienia zaczęli traktować nawet dość poważnie, rozumiejąc najwyraźniej, że niezastosowanie się do wytycznych sprowadzić może jakiś zaświatowy gniew, gwarantujący nieszczęście... Tak że do pewnego momentu ta kiedyś całkiem nierodzinna kobieta zaczęła zapędzać do świątyń całkiem nawet pokaźne grupki tak zwanych bliskich, także szczęśliwie do pewnego momentu zapomnianych... I widoczne to były nawet spędy, bo msze te zwykle odbywały się w dni powszednie, o poranku... W końcu jednak gniew bliskich okazał się silniejszy od lęku przed gniewem zaświatowym i każdy w końcu uznał, że te ponure uroczystości to nieznośne zawracanie głowy... Nie miała dokąd chodzić, więc zaczęła odwiedzać kościoły...

- Miała nadal powody, by wychodzić z domu.

- Otóż to... Było coś, czego częścią mogła się poczuć... Doceniam wagę takich miejsc... Ta impreza po prostu jest dla wszystkich. Jako jedyna na tej ziemi z jej tajemnicą. Wejść może każdy, bez względu na to kim jest i jak wygląda, i ile ma, i czy w ogóle w coś wierzy, poza dziecinnymi wyobrażeniami... Choć oczywiście zawsze się śmieję, że w takich miejscach jest tyle przytulności, co i pod wiaduktem. Cudu się nie wysiedzi, a pociecha to słowa... Ale gdy się pomyśli o tym, jako o przeżywaniu swego tu i teraz, zawsze to lepsze od własnych czterech ścian, izolujących...

- Chyba że ktoś lubi się izolować.

- Chyba...

- My tymczasem zejdziemy chyba do miasta. W tym chłodzie głodnieję - mówi Pol.

***

Chodzą sobie turyści. Chodzi Pol i Timo... W innym miejscu Pal idzie na swój samotny spacer ze swą niedorzeczną nadzieją... Jednak ani żadne inne wymiary, ni żadne zaświaty nie dają o sobie znać... Bjarni patrzy zaś przez okno, jakby już u kresu wytrzymałości... Pewien chłop tak walił drągiem w kamień, że jego mieszkaniec w końcu uzdrowił mu owcę, którą wcześnie złośliwie okaleczył... - A ten, kurwa, w końcu coś wychodzi - mruczy, choć nie bardzo wie, jak mógłby tego dokonać swymi spacerami... Tora natomiast jest tak miła, że robi na drutach dla Tima jednopalczaste rękawice w stylu Selbu... Árni z kolei wraca do swojego domu, ale nie zagrzewa tam miejsca, bo w lustrze dostrzega czarnego luda skradającego się w kącie salonu i z tego powodu wypada na ulicę jak oparzony... - Normalnie go nie było, a w lustrze był... Jezu, Jezu, co się ze mną dzieje?... Skąd to jest?... - Jeśli wróci do domu Pola, będzie go z kolei kusiło, żeby zajrzeć do kościotrupa w garażu... W szkole też pusto i bez dzieciaków jest tam niepokojąco cicho, że aż strach... Knajpa Eddy to jedyny jasny punkt... Pozdrawia go po drodze Bułgar czarnowłosy z krukiem na ręce...

*** 

Zmierzch już... Schody do świątyni, w której za dnia siedzieli Pol i Timo, zamieniają się w rzekę światła, w ognistą rzekę... Wieczna zmiana Heraklita, wszystko rozpala się i gaśnie według miary...

- Dobrze, gdy dusza sucha i ognista - mówi Pol.

- Trawiący i życiodajny płomyk.

- I płomienne zjednoczenie. Ładnie. I mistycznie - mówi Pol. - Jak się przyjemnie świeci, to się zbiegamy. Ogień tworzy wspólnotę.

***

Jakoś przepchnęli się wszyscy przez kolejną noc, z grubsza w rozsądnym miejscu, z wyjątkiem Árniego, któremu Edda pozwoliła spać na ławie w pokoju gościnnym, bo straszydła uczyniły go bezdomnym. Niedzielny spokój. Przynajmniej na pierwszy rzut oka.

Spokojnie jadą Timo i Pol. Wracają z zamiarem, by w tym samym dniu dojechać już do domu. Bardziej milczą. Timo przysypia, gada radio, Pol skupia wzrok na szosie. Gdzieś tak w połowie drogi zamieniają się miejscami...

- Oto więc znów wjeżdżasz od właściwej strony w jakieś dawne Arkadie? - zwraca uwagę pamiętający Timo.

- Niech będzie... Mogę recytować nazwy tych wzniesień okolicznych... Tu na lewo Nónhyrna, a tam Hádegisfjall...

- A o kamieniu Kjartana nie myślałeś, aż do tego pogrzebu...

- W ogóle, nic a nic... A tam z drugiej strony Hólknahnukur i Villingadalshyrna... Z lewej znowu Illviti, a dalej Hádegishyrna, Þverfell i Múli... A po prawej zaraz Brunnárhyrna, za nią zaś Holtahyrna.

- Urocza wyliczanka - przyznaje Timo, omiatając pospiesznie wzrokiem mijaną okolicę...

- Efri - Brunná - mówi, pokazując palcem Pol. - Kiedyś żyły tu najwydajniejsze mleczne krowy w kraju. I jeszcze nie tak dawno temu gospodarowała tu wnuczka Elínborg Lárusdóttir, tej popularnej pisarki i spirytystki, pamiętasz, rozmawialiśmy...

- Tak, tak, owszem...

-  Historia zatoczyła tu fantastyczne koło. Birna Kristín, owa wnuczka, po tym, jak odchowała już dzieci, w sposób interesujący odmieniła swoje życie, całkiem jak babka. Dzieci się pokształciły, poszły w świat, bo marzyły o innym życiu, niefarmerskim, i w końcu starzy wygasili swoją działalność przechodząc na zasłużoną emeryturę, lecz nie po to, by próżnować... I oto właśnie życie według scenariusza, jak w przypadku Elínborg, która udowodniła, że nigdy nie jest za późno na nowe ścieżki, tak więc będąc już po pięćdziesiątce, Birna uzupełniła swoje wykształcenie na poziomie średnim, a potem poszła na studia z zakresu literatury i etnologii... Co ciekawe, dyplom magistra odebrała w tym samym dniu, co jej syn. I tak dokumentuje teraz to wszystko, co niosą w swych wspomnieniach kobiety z jej regionu, to w jaki sposób kształtowały się ich losy, w jakiej atmosferze i wśród jakich przekonań i zwyczajów upływało ich często trudne życie... Jej mąż natomiast, Sturlaugur, postawił na fizyczną sprawność i, mając już nieco ponad siedemdziesiąt lat, wspiął się na sto dwie najwyższe góry Islandii... Tak że widzisz, iż wszystko można od nowa, inaczej, nie bacząc na lata, na upływający czas.

- I rzeczesz mi to ku nauce?

- Można sobie wziąć to do serca. Że może być i coś ciekawszego od losu twojej kościelnej ciotki. - przyznaje Pol.

- A ja tu drżę w trwodze, że może czeka mnie drugie tyle...

- Może wypada uznać, jeśli przyjmiemy, że gdzieś się ciągle wspinamy, mniej lub bardziej sprawnie, iż najlepiej patrzeć co najwyżej na stopnie tkwiące na wysokości naszego nosa, nie wyżej, ostrzegając jednocześnie, by nie wychylać się za bardzo i nie wpatrywać się w narastającą pod nami przepaść...

- Ileż podróż wykrzesać potrafi mądrości...

- No widzisz...

- O, a to ja zapamiętałem... Vaðalfjöll - woła Timo, gdy ich oczom ukazuje się stary wulkaniczny komin. - Znów go widać. 

- Zdaje się, że Lói lubił tę górę.

- Ma jakiś magnetyzm w sobie...

Chmurzy się, gdy wjeżdżają na groblę przecinającą kolejny fiord.

CDN 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Jóhann Sigurjónsson. Fjalla-Eyvindur

Moc śnieguły, czyli duszpasterstwo koło lodowca

Sigbjørn Obstfelder. Liv

Na nieskończonej. Steinn Steinarr

Lokasenna, czyli pyskówka na górze albo kto jest bardziej niemęski

Jonas Lie. Eliasz i draug

Bukolla. Opowiastka islandzka

Einar H. Kvaran. Posucha