Przyciąganie XXV
Docierają do miasta. Gwaru trochę więcej, bo atmosfera jest już prawie urodzinowa. Uśmiechy, zakąski, muzyka. I niebo się przeciera, choć rześko jest, nawet bardzo. W miejskich ogrodach jakiś grubaskowaty piosenkarz poczynia swoje koncertowe próby, jest rumiany, najwyraźniej zahartowany, o nieokreślonej fryzurze, bo, podobnie jak Timo, ma włosy niechętnie poddające się grzebieniowi. Śpiewa, choć Tima razi nieco jego maniera, bowiem artysta - jak to określa - co chwilę wznosi się ku kotkowatym miaukom.
- Dziś dużo miauczących mężczyzn - zauważa. - A do tego, do tych osobliwych odgłosów typowych dla marcowania, dochodzą jeszcze dziwaczne śpiewaczki o dziecinkowatym wokalu. Jakaś wszechobecna nastolatkowość, trudna do zniesienia. Jak na lalczynym balu.
Przyglądają się ażurowej wiktoriańskiej altance ogrodowej. - Może się tu kiedyś pobierzemy? - rzuca Pol.
- W takim otoczeniu musiałbym chyba zadbać o strój kelnera i pomarańczową cerę. Nie licz na to, że dam się tak przebrać.
- Bardziej jesteś chyba skłonny stroić się dla Eddy - zauważa Pol.
- W końcu w razie czego będzie chodziło o majestat śmierci i odczucia zupełnie obcych ludzi. Śluby też starają się być majestatyczne, ale to dopiero drugi akt świństwa, którego mnie osobiście nie chciałoby się maskować. Nie mam potrzeby odświętnych rytuałów. Jestem ustawicznie niedostrojony i niewystrojony. Nawet nie potrafię zawiązać krawata...
- A Oscar Wilde mówił, że dobrze zawiązany krawat to pierwszy sukces mężczyzny.
- Leżę pod twym ciężarem po tych okropnych śpiworach... Uważasz, że to takie męskie?
- Tym razem zarezerwowałem dla nas schludny pokoik z małżeńskim łożem, zaraz w samym centrum.
- Jakże miło.
Okazują się atrakcyjni dla jakiegoś dbającego chyba o pewne zasięgi łowiącego aspiranta na wpływowicza i jego filmującego wszystko kolegi. Trochę to dziwi Tima, bo zawsze takie lepkie a całuśne pogadanki kojarzyły mu się raczej z tandetą bardziej słonecznych stron, ledwie majtkowym outfitem i plastikową gładkością golonej golizny. Aspirant wie od razu, jak są zorientowani, tedy natychmiast ten przyjaciel powłoki ziemskiej, tej pedosfery ludzkiej przystępuje do zgłębiania technicznych aspektów ich pożycia, oczywiście po paru wstępnych pytaniach, tak pobieżnych, jak pobieżne są te, które zadaje sędzia świadkowi przed jego przesłuchaniem. Wywiadowca jednak pozostaje zaspokojony tylko połowicznie, bo choć dowiedział się, kto jest tym bardziej miotającym się w związku, nie dostał żadnych większych dowodów sympatii od swych rozmówców. Timo cały czas utrzymywał minę sugerującą absmak i nielizalność, więc Pol uznaje, by, dopełniając odpowiednim nastrojem całą sytuację, zasugerować, że może nie ucałuje, ale potrąci, tyle że kończyną dolną, co wypytującą ich strojną kosztownie nienaganność wprawia w smuteczek i usta pośród laboratoryjnie wytrymerowanej brody wyginają jej się w podkówkę, nie ujawniając języka chętnego przelizać się z całym światem, a w każdym razie przynajmniej z jego średnim poziomem płci nieodmiennej, gdy idzie o konsumencki stan.
- No ale jeszcze widzą - śmieje się Pol, gdy tamci już sobie poszli, nie zaznawszy ich smaku.
- Pewnie gdybyśmy byli bez naszych sweterków i portek, zawahaliby się jednak. Przynajmniej na mój widok.
- Nie przesadzaj.
- Pomyślałem sobie teraz, że właściwie najgorzej to ma taki pedał szarak niezamożny z grajdołka. Z jednej strony nie akceptuje go homofobiczna horda, z drugiej nie ma czego szukać wśród gejów, jeśli pojmiemy ich jako społeczną warstwę, która jest równie w swej dekoracyjności bezwzględna i nietolerancyjna. Przecież trzeba bywać, uczestniczyć w zabawie, żeby tkwić potem w tym specyficznym poszumie konsumenckim, i stale się w związku z tym wypada aktualizować, a na to potrzebne są środki przecież, niemałe...
- A ty to taki pedał, co? - mówi uśmiechnięty Pol.
- Naturalnie. Zresztą nie lubię infantylizujących nazw. Nie wiem czy umiałbym wieść życie maskotki, takiej choćby jak ten wypachniony brodacz. Nie lubię kobiet, nawet brodatych, tego obleśnego kobiecego przekonania, że wszyscy bez dwóch zdań oczekują ich mizdrzenia się i karesów, że poczują się tym zawsze zaszczyceni i gotowi będą zaraz wpluwać w nie swoje wydzieliny.
- Na szczęście uszliśmy z życiem - wyrokuje Pol.
Tymczasem piosenkarz miauczący gubi jakąś nutkę i budzi tym wesołość okutanej w płaszcze i kurtki niezbyt licznej publiczności.
- A ty denko czy przykrywka? - pyta ze zniewieściałą manierą Timo.
- Powiedz Guðrún.
- Garún.
- Jesteś zdecydowanie upiorem.
- Uuuuu... A widzisz, jednak widzisz.
- Z lustra.
- Dobre i to. A teraz mam ochotę na hotel.
- Minutka, może dwie jazdy stąd.
- Miło. Mam nadzieję, że mają tam wannę.
- Zadbałem o to, żeby była.
- Jesteś niezrównany. Jakże mi się to wszystko należy.
***
Árni i Fina znowu siedzą u Eddy i zajadają się pachnącą ziołami jagnięciną. Fina opowiada o planowanej konferencji, mąż jej zaś słucha i lekko, niczym batutą, porusza widelcem, jakby dyrygował tymi wszystkimi wyznaniami. Wygląda, jakby miało się coś miedzy nimi na nowo układać. Pal mruga okiem do Finy, gdy przynosi im gofry z bitą śmietaną na deser.
- W sam raz. Niech mi dupa jeszcze urośnie.
- Wszystkie wy tu jak gruchy. Edda się tylko trzyma. Chłopaczyca, aż miło - zauważa Árni.
- Już wszystko u ciebie na łbie stoi. Ty kiedy zaczynasz? Dopiero po weekendzie?
- Ja dopiero po weekendzie... Nie ze wszystkim się uwinęli.
- Kiedyś było biedniej, ale wszystko na czas.
- To niech gmina nie narzeka, tylko niech się stara... Ale, cholera, ten kościotrup - Árni zmienia nagle temat ze szkolnego na artystyczny.
- Co? - Fina ze śmietanowym wąsem zerka na męża znad gofra.
- No ten trup malowany. Co to jest? Takie...
- Nie za ładne.
- Ale też nie byle jakie.
- Trzeba było zrobić zdjęcie i sobie potem z czymś porównać.
- Nie no, ja zadzwonię zaraz do Pola.
Fina kręci głową lekko skwaszona, Árni zaś sięga po komórkę. - Bo mi to spokoju nie daje.
- Ale masz problemy.
- Tu jeszcze większy - pokazuje palcem na swoje usta. - Zwrócisz mi za tego zęba.
- Co do eyrira.
- Cieszy mnie to - odpowiada i wybiera numer do Pola. - Muszę, no muszę...
- Bo się uduszę - dopowiada Fina.
- To ja... - woła do telefonu. - No bo, wiesz, ja przepraszam, ale rozejrzałem się u ciebie, wiem, że może nie wypada, no i Fina była ze mną... - Fina kopie go pod stołem w kostkę. - Myśmy razem podziwiali to dość straszne malowidło... Z chodzącym kościotrupem... Kto to jest?... Piotro... Co?
***
W tej chwili Timo wychodzi z łazienki owinięty ręcznikiem, drugim zaś wycierając sobie umyte dopiero co włosy. A teraz dłubie w uchu i patrzy na Pola, który leży na łóżku i rozmawia z kimś przez komórkę: - Pio - tro - win... Pisze się przez "w", jak angielskie "dablju"... Znajdziesz. To jest scena uwieczniona na nagrobku Fryderyka Jagiellończyka... Zamek Wawel, Kraków... Tak, powodzenia... I gratuluję wspólnego zwiedzania... Doczytasz sobie... Pewnie to zaważyło właśnie na mojej decyzji i dlatego masz takiego a nie innego zamorskiego przyjaciela... Tak już chyba mogę powiedzieć, skoro błąkasz się po labiryntach mojego domu... Pozdrów Finę... Witaj, kochana... Ależ nic się nie stało... Przynajmniej jakaś dodatkowa lekcja z historii sztuki, tym razem o norymberskim rzemiośle... Kawał solidnej renesansowej blachy... Dziękuję. Bardzo się wypogodziło... Cieszę się, że jesteście razem... Pa!
***
- Pa! - Fina oddaje telefon mężowi. - No i już wiesz...
- Odrobinę. Zaraz jeszcze popatrzymy... Ale patrz, skąd taka rzecz tutaj przeniesiona...
- Nie wiem, ludzie są tacy perwersyjni...
- No, no...
- Nie patrz na mnie. Ja całkiem jak Pan Bóg przykazał. Tam, jak mu tam, pod tym Wawelem to chyba nawet zachęcają...
- Ale chyba nie z kim popadnie.
- Nie popadajmy w przesadę... Skoro ty wolisz kolegę... I aż się go w Biblii starałeś doszukać...
- Przecież to takie żarty.
- A ja nie żartuję.
- Jak sobie chcesz... No zobacz. - Pokazuje na ekranie ową solidną blachę...
- To samo... Ale już dajmy temu pokój...
- Nie wiem, nie wiem... A niech ich cholera... - Árni doczytuje jeszcze. - Ty wiesz, co to jest?... Ten tutaj to jest biskup, który właśnie dokonuje cudu... Miał wcześniej kupić ziemię dla biskupstwa od tego jakiegoś Piotrowina, a jak on się przekręcił, to jego krewni, tego Piotrowina znaczy się, zakwestionowali wszystko, żądając dowodów i świadków, a że na nic takiego nie można było liczyć, biskup wydostał gnijącego już trupa z grobu, ożywił go, by ten dał świadectwo, że zakup został dokonany, po czym ów biskup trupa do grobu z powrotem sprowadził... Cud z pobudek merkantylnych... To dopiero... Koniec świata... - zanosi się śmiechem.
- Człowiek niespodziewanie może się tyle dowiedzieć... Może po piwku?
***
- Cóż to za konwersacja osobliwa o jakichś grobach?... Ciągle te niesamowitości - mówi Timo i siada na łóżku, by rozmasować sobie stopę. - Jakiś przykurcz mnie dopadł.
- To Árni, zaciekawiony, bo natknął się u nas w domu na kościotrupa.
- Mamy tam jakiegoś kościotrupa? No ja to jednak mało wścibski jestem. Ale to by wiele wyjaśniało, bo skoro...
- Nie, nie, nie jest on prawdziwy. To malowidło: Matka Boska, Jezusek, kardynał, biskup i żywy trup, już o pewnym stażu zalegania w grobie... Duży monochromatyczny obraz naścienny będący odwzorowaniem brązowej płyty grobowej...
- Ale gdzie on jest?
- Osobliwe, że w podziemiu. To w zasadzie jakby obszerny garaż. Przyznam, że zaraz mnie zaciekawił. Poprzedni właściciel nie bardzo chciał o tym mówić. Jednak dopytywałem... Pragnął mieć tam coś w rodzaju pracowni, studia, najął jakiegoś malarza, dając mu swobodę, a tamten z kolei, badając jakoś tam energię tego miejsca, wyznał, że to mu najbardziej pasowało, coś mu to podpowiedziało akurat... Chyba był jakimś miłośnikiem kunsztu norymberskiej pracowni odlewniczej Vischera...
- I ciebie ta energia też przyssała?
- Nie wiem, chciałem się postraszyć; wzbogacony, zdecydowałem, że oto wchodzę w ostatni etap i zapragnąłem się trochę właśnie, jak to powiedziałem, postraszyć. A że nic mnie nie straszy, no to ten obraz doprawdy z nieba mi spadł...
- Biali, homoseksualni, mają wszystko, nawet spadające z nieba obrazy, po nic, jeno dla luksusu, nawet w obszarze straszydeł...
- Generujemy zyski. I mnożyć się nie musimy, bo hetero przecież ciągle coś dosypuje do gromadki wesołej...
- Chyba już nie będzie mi się chciało dziś nigdzie wychodzić... Poopowiadasz mi jeszcze o tym kościotrupie... Ale że też tamten się zgodził.
- Spodobał mu się projekt... Pomyślał, że może to coś znaczy...
- Nie inaczej ja sobie pomyślałem...
***
Długo musieli dyskutować, a potem może jeszcze ogarniać się czule w wykrzesanej ze starzejących się już trochę ciał nowej namiętności... Kiedy Pol się budzi, widzi, jak Timo, oparty wysoko o poduszki, kreśli coś w notesie spoczywającym na jego kolanach... Ziewa: - A więc zastaję cię przy pracy?
Timo zamyka zeszycik. - Masz mnie.
- Wydało się. Pracuś ranny. Która godzina?... - Zerka na swoją komórkę. - Już po dziesiątej... To nie dostaniemy śniadania.
- Podobno śniadanie wcale nie jest takie konieczne.
- Ale ja coś głodny jestem.
- Piękny dzień.
- No. Pojedziemy nad wodospad. Ale wcześniej może kawunia, ciastuniuo... Kawałeczek na wprost i zrobi się słodko... Mają dobre makaroniki...
Po ablucjach wsuwają się w odzież i buty, by odbyć lekko spóźniony poranny spacer po mieście. Po drodze wstępują do piekarni. W nozdrza uderzają zapachy, które zaraz wywołują w nich łaknienie. Timo wesoło zaczyna recytować:
Taki mego życia trud,
mus znoszenia nędzy.
Tu, w piekarni chleba w brud,
lecz nie mam pieniędzy.
Wielka ma rozpacz, taka też potrzeba,
bo martwy już jestem prawie.
Dawać mi tu zaraz chleba,
bo trupem z głodu legnę w trawie.*
Pol zanosi się śmiechem. - Więc sobie tak wykombinowałeś! Toż to Bólu - Hjálmar w mowie do znienawidzonego piekarza w Akureyri.
- W tysiąc osiemset siedemdziesiątym trzecim. Duński piekarz pławi się w bogactwie, a biednemu Islandczykowi kiszki marsza grają, już prawie że pogrzebowego.
Wesoło jest wszystkim, także sprzedawcy za gablotką ze smakołykami. - Osłodźmy życie poetycznemu biedakowi - woła Pol i płaci za ciastka i kawę... Siadają przy stoliku. - Miło, że cały czas mełłeś sobie słowa. Daj się jeszcze ucałować. - Nie może powstrzymać śmiechu... Sypie im się z ust i podtapiają się czarną kawą...
Potem woda, tunel, pola, laski, góry, jezioro, wreszcie wodospad... Spacerują długo, a potem siadają, by się pogapić na spadającą wodę...
- Był tu i Gould naturalnie - zauważa Timo.
- Owszem. I nawet niespecjalnie mu się podobało, co?. Był, nieprawdaż, pod wrażeniem, ale nie uważał Goðafoss za jakiś szczególnie urodziwy okaz. Tyle że rozległy i wielu lubiło, i lubi sobie wyobrażać, że to tu Grettir puścił się w spienione wody, by zwalczyć z trollem... Istny był z niego czyściciel... Patrząc tam, ku południowi, sięga się wzrokiem w scenerie kolejnej jego przygody... Dalej, dalej, nad tą samą rzeką, Kiðagil, upragnione miejsce z wiersza Gríma Thomsena, upragnione przez wszystkich, którym przyszło gnać na północ przez straszliwe Sprengisandur... A bliżej nas Sandhaugar.
- I wdowa, której straszydła ukradły męża i parobka... Grettir jako nieznajomy gość...
- Mhm... I znowu Boże Narodzenie... I straszliwa baba, z którą tym razem zmierzył się nasz mocarz... Swoją siłą czynił dobro, swoją siłą nie mógł wywalczyć sprawiedliwości... Dużo miał wodnych przygód. A to te wyprawy po ogień pływackie, a tu z kolei przeprawił wdowę przez wezbraną rzekę, by mogła zdążyć na pasterkę. A on sobie wrócił, by załatwić nękającą Sandhaugar trollicę... A potem jeszcze troll... Wszystko jedno, gdzie była ta grota pod ściną spadającej wody, tu, czy tam głębiej, w dolinie... Księżulo z Eyardalsá przestraszył się krwawej rzeki, chyba gdzieś tam bliżej siebie, i skrył się zaraz, nie wierząc, że to nie krew Grettira, że to Grettir zabił kolejnego potwora, tym razem tego z wodospadu, który miał u siebie szczątki zaginionych... Wygnaniec, złoczyńcą okrzyknięty kiedyś, przybłęda zadbał o doczesne szczątki nieszczęśników... Gwałtowna natura pośród różnych pobudek... Jak by powiedział Böhme, wszędzie jednocześnie i tak, i nie; i dobre, i złe... Ale nich będzie, że to tu... Bo tak fantazja chce. Tu mi nawet i pewna formacja pasuje do tej baby, której odciął swym niezawodnym, zdobytym w kurhanie norweskim mieczem ramię... Tu wylazła, bezręka, i zastygła...
- Ten miecz niestety jemu samemu w końcu uciął głowę.
- W paskudnym, nieuczciwym najeździe na Drangey... Niby to czary... Gould ładnie wszystko racjonalizuje. Wierzenia, przesądy, chęć nadania ponurej historii grozy, magii... Niezwykły horror się z tego zrobił... I ludzka natura w nim. Potwory z fantazji i potwory w ludzkiej skórze... Już było blisko... Po tej przygodzie przyszedł czas na izolację na wysepce... Za głowę wygnańca można było niezłą cenę uzyskać... Zbliżało się dwadzieścia lat, już nawet uchwalono, że po tym czasie będzie mógł wrócić do społeczeństwa. Trzeba było więc się spieszyć. Wreszcie tę upragnioną głowę zdobywa Þorbjörn öngull... Chce sławy i majątku - kupuje udziały na wyspie od ograbionych przez Grettira gospodarzy, liczy więc na ziemię, sławę i pieniądze. Musi to zrobić natychmiast, bo wnet wygnanie wygaśnie, nadto gospodarze odsprzedający mu swoje udziały w Drangey zagrozili, że upomną się o zwrot, jeśli okaże się, że obłowił się za nic... Co się nie udało Þorirowi i innemu Þorbjörnowi, udało się temu. Powiadali, że z pomocą czarów jego macochy, upartej poganki, która wyryła na kłodzie złe runy...
- Kłoda dopłynęła, a każdy opał na wagę złota...
- Rąbiąc to drewno, Grettir się skaleczył i rana zaczęła się paprać, choć z początku dobrze się zdawała goić... Gould, co w czary nie wierzył, znalazł jak najbardziej słuszne wytłumaczenie. Dietę na wyspie mieli chłopcy bardzo ubogą i wyniszczał ich szkorbut. Jeszcze za Goulda nie znano witamin, ale wiedziano, że warzywko, że owoc, że zielone mają właściwości ochronne... Wystarczyła nieuwaga niezdyscyplinowanego sługi, by wróg miał dostęp do nich dzięki niezwiniętej drabinie... Siepacze wtargnęli i, mimo strat, zabili wszystkich, sługę, Grettirowego brata no i samego, umierającego już Grettira... Całkiem niehonorowo wyszło, prawda? Głowa ucięta martwemu skradzionym mieczem to żadna zdobycz... Dumna matka wiedziała, jak to nazwać, gdy bydlak łapczywy zjawił się w Bjarg z tą nieszczęsną głową...
-Þorbjörn nie zdobył nic.
- Wszystko zaś stracił, łącznie z dobrym imieniem. Sam za swój mord stał się wygnańcem. I gnał, do Norwegii, a potem do Konstantynopola. A za nim pognał z Tunberg przyrodni brat Grettira, który, dowiedziawszy się wszystkiego, poprzysiągł zemstę...
- Tylko się zorientować, który to...
- I tak w Konstantynopolu przyszła zemsta. Głupi pyszałek musiał się jednak przechwalać... Chwalił się zdobycznym mieczem Grettira, którym tamten kiedyś, czasem siny i opuchnięty od walki, życie bohatersko odbierał potworom i że na samym Grettirze go wyszczerbił z deka...
- I tak miecz znalazł się ostatecznie w ręce brata niehonorowo zgładzonego bohatera i mocarza, pieprznął nim tak w łeb Þorbjörna, że ostrze, rozłupując go, zatrzymało się dopiero na zębach dolnej szczęki...
-Tak więc i wielkość przywarła do Grettira. Łobuz porywczy napytał sobie biedy, ale człowiek postępuje tak, jak nakazuje mu jego charakter. Z tym charakterem stał się mistrzem przetrwania. Wytrzymał tak długo i tylu przeciwnościom umiał podołać. A jeszcze z biegiem czasu ubrali go potwory, draugi, trolle, jakby ludzi było nie dość... Gdzieś tam w tej historii jest, odnotowują go inne sagi, no i księga o zajmowaniu ziemi, co wspomina tego najdłużej żyjącego na wygnaniu typa i jego przodków... Bez wątpienia był tu Grettir, był Gould, od cholery turystów, my jesteśmy... A wodospad szumi przez wieki, z tą samą jest monotonną piosenką... W jego wodach popłynęły figury starych bogów, patrzył, jak zmieniają się czasy; chcę wierzyć, że tu wyrzuciło śmiertelnie okaleczoną przez Grettira potworę, chcę - powiadam raz jeszcze - widzieć ją, bezręką, w jednaj z tutejszych skał... Szumi woda, płyną ludzie, a wokół przeminione w kamień stoją trolle...
- No i nie należy zapominać o tym, że Laxness kazał tu spaść z wodospadu koniowi. Koń przeżył i długo potem rozmyślał, zanim na powrót zaczął skubać trawę - dodaje Timo.
- Po największych niesamowitościach wraca się jednak do prozy...
- Życie. Odwaga i okropny strach. Z koszmarów budzimy się z krzykiem. Łamiąc przerażenie, udaje się nieraz złapać potwora za gardło, gdy już się nie da uciec...
- I każdy może okazać się pożyteczny.
- Oj... Wróćmy może do uroków.
- Tak, jedziemy. Śliczna pogoda. Może nocą uda się przyłapać jakąś pierwszą nieśmiałą zorzę?...
- A tak wracając jeszcze... Wolisz wersję ze szkorbutem czy z magicznymi runami?... - pyta Timo.
- Temu i temu daję prawo do życia.
- A, no to super...
CDN
---
*) Bólu - Hjálmar, Kveðið í bakarahúsinu á Akureyri 1873 (tłum. moje)

Komentarze
Prześlij komentarz