Birthday
Oto i urodziny... Tak odnotowuję dla porządku, bez celebracji, bo też i siebie nie celebruję, nie okraszam odświętnie swej przemijalności... Wolę celebrować wszelkie inne chwile, jak najcodzienniejsze... Zawsze powtarzam, że urodziny pasują do pewnej metrykalnej sensacyjności: ot, ukończony pierwszy rok, może nawet piąty, a potem, w przywyknięciu, zwłaszcza gdy już się wchodzi w dwucyfrowości, to długo nic, aż w końcu można poświętować, gdy się świadomie dożyje setki - człowiek jest wtedy i sensacyjnie stary, a ponadto dostatecznie już znów dziecinny na kolorowe torciki ze świeczką (w tym drugim przypadku tylko trzeba uważać przy zdmuchiwaniu płomyka, by wraz z niezbędnym do tego powietrzem nie wydmuchnąć z siebie sztucznej szczęki - trzeba zadbać o dobry klej, chyba że należy się do szczęśliwego grona staruszków zębatych, bowiem i tacy się przecież zdarzają).
Które to? Mało istotne, ja już zaokrąglam, w górę, bo idę przecież jak pnącze... Jak nieodżałowana Edna Everage mogę powiedzieć: I'm approaching sixty... but from wrong direction...
Jakoś ta nastolatkowość się mnie trzyma... Taki pewnie przywilej bezdzietnych, gejowskich jeszcze typów... W pewnej warstwie od matury wiodę podobne życie, w takim dość wakacyjnym klimacie... Wracam do domu jak do schroniska, a w nim te wszystkie moje książki, płyty, obrazki... Jestem człowiekiem, który się nigdy nie nudzi... To znaczy - może inaczej - ze sobą się nie nudzę, ze sobą jestem w dobrym towarzystwie i chociaż to życie potrafi dopiec, nie chciałbym być nikim innym... I mógłbym tak wieczność, nie bałaganiąc w jakiejś starości, w tej takiej czysto cielesnej, z całym tym towarzyszącym jej rozpadem... Jeszcze jest tyle do zobaczenia, do przeczytania, tak że nawet gdybym żył tysiąc lat, miałbym niedosyt, aczkolwiek miewam momenty, w których rano nie chce mi się otwierać oczu, ale to tylko ze względu na zewnętrzne okoliczności, obowiązki trudne, kradnące czas... Jestem z tych dobrych, więc ponoszę tego konsekwencje i sukcesywnie spotyka mnie za to kara...
Starość... Doskwiera, tylko że nie moja... Jadę tak podsypany wkurwem i obelgami ratunkowo... Mając jakąś dziwną odporność...
Gdyby tak podliczyć, to często może się okazać, że dzieci więcej poświęcają czasu swoim rodzicom niż oni kiedyś poświecili swemu potomstwu... Na dodatek im było łatwiej, bo byli młodzi i w zasadzie to nawet mogli mieć na wszystko wywalone: dziecię młode, dorasta, samo sobie radzi, wystarczy tylko trochę podsypać groszem, cisnąć coś w michę, narzucić łacha, i wypad... Ja z takiego mniej więcej chowu... Moi się nie wysilali, choć było im źle, ale ulgę przynosiło przekonanie, że to wszystko przecież przeze mnie... Takie psiecko ówczesne... Bo dziś w całkiem udany sposób rzeczywiście zastępczo w moją niegdysiejszą rolę wcielają się psy, mniej kłopotliwe i zawsze na poziomie góra kilkulatka... To lepsze, gdy człowiek idzie ledwie na pewne minimum, by sobie tam zaspokoić jakieś instynkty opiekuńcze (i w doktora się można pobawić tak, że jest o czym gadać na urodzinkach, bo tak się wszystko pięknie skomercjalizowało)... No i piesek ma ten fart, że nie nie bierze na siebie ludzkich obowiązków i szybko nadto umyka w krainę wiecznych łowów... A ludzkie dziecko - psiecko gnie kark... Tak sobie kiedyś skrolując (zdarza mi się niestety tak w wyrku czasem) natknąłem się na filmik jakiejś pani doktor z bardzo życiową treścią; owa pani doktor wyznała, że coraz częściej zdarza się tak, że do jej gabinetu wjeżdża senior wyglądający jak pączuszek w maśle: jest starannie uczesany, pięknie ubrany, zadbany pod każdym możliwym względem, a za nim wchodzi pięćdziesięcio - sześćdziesięcioletni opiekun, po którym widać, że zaraz się posypie... Przyznać muszę, że mój tato nigdy mi nie poświęcił tyle uwagi, co ja jemu, nie miał jej dla moich spraw, moich problemów - ja prawie że nie istniałem, a tymczasem istnieje on i jego problemy, a ja wychodzę naprzeciw i mam takiego pączuszka w maśle, na dodatek wiecznie niezadowolonego, co ja oczywiście potrafię zrozumieć, bośmy na osuwisku, tyle że ja jeszcze się nie sypię, grunt się jeno osuwa, ale my jeszcze jakoś w miejscu... No i ta paskudna świadomość, że wisi on na tym tak pogardzanym kiedyś typie... Dramatyczne to jest... Ale wszystko dziadostwem się kończy... Tak że z najmniej dogodnej strony idę w tę swoją sześćdziesiątkę, z tymi obciążeniami... Kurde, już jestem w wieku, w którym, w mękach piekielnych, umarła moja matka...
Przyznać muszę, że w niezwykłych czasach przyszło mi żyć. Jak każdemu z tzw. pokolenia X. Już moi dziadkowie rodzili się w czasach, które zupełnie były niepodobne do czasów, w których odchodzili. I kierunek został obrany, a na imię mu Przesada. Bo jest podobnie, tylko że bardziej. Też się rodziłem w czasach do dzisiejszych niepodobnych... Wprawdzie już były przesyłane na odległość obrazki, ale trzeba było sobie radzić bez telefonów, bez komputerów, a teraz telefon u każdego, a w nim wszystko, choć bywa często tak, że prawda z fałszem jest już tak zmiksowana, iż trudno odróżnić od siebie te dwa elementy... No i tych przemian tyle, rewolucyjnych, jak w "Szewcach" Witkacego... Niesamowitych przemian byłem świadkiem, od komuny przez wybuch demokracji po próby drapieżne katokomuny, działy się rzeczy niemal nieprawdopodobne i dzieją się takież, zdumiewające całkiem... Mam sentyment oczywiście do lat nowej naiwności, która kształtowała pośród trudów i filozofię, i socjologię... (dziś posiwiali przedstawiciele i jednej, i drugiej języki połykać muszą często). Odkrywaliśmy nowe wartości, których niestety nie bardzo już się chce bronić... Praworządność, liberalizm, demokratyczny duch... Trudne są to rzeczy do utrzymania, wymagające stałej opieki, to taki świat specjalnej troski, który, pozostawiony odłogiem, zamieni się w obłęd, wariactwo...
Ja po ostatnich wyborach prezydenckich zrezygnowałem już, z powodów estetycznych głównie, z inforozrywki, no ale oczywiście jakoś tam śledzę wypadki... Siły, które dziś są na stronie opozycyjnej, to jest ten sam półświatek zmiksowany z takim kościółkowym odpustem teraz, gdy się rzuci okiem na okołotrybunalski teren... Zabawne jest to, że odpust ciska hasłami, pod jakimi kiedyś wędrowały bardziej świeckie pielgrzymki z różami białymi, które w oczach politycznego półświatka zyskały wtedy status symbolu nienawiści... Śpiochy obudziły się kiedyś w kraju, do którego, tylnymi drzwiami, wpuszczono pełzającego gada rewolucji... Powoływano się po zwycięskiej wtedy stronie nawet na przykład węgierski, tyle że tamten mafijny system był o tyle bardziej efektywny, że zdobył sobie większość konstytucyjną, no więc jakoś tam to bardziej wpisywało się w reguły gry, co też pokazywało, jakie słabości ma demokracja, która znienacka może chwycić za młotek, by samą siebie zdzielić po łbie... U nas jednak było inaczej, bo nikt przewagi konstytucyjnej nie zdobył, ale zdobyto się na czyny brukające: już w 2015 roku najwyższy urzędnik zaczął się dokumentem zasadniczym podcierać, co spotkało się z autodestrukcyjnym aplauzem, wcale szumnym, wcale licznym... Rewolucja przekształcająca Lechistan w państwo mafijne została po ośmiu latach zastopowana, ale kolejne prezydenckie wybory, o niezbyt jasnym przebiegu, podały oszukańczej i złodziejskiej zmorze kroplówkę, by miała siłę wszystko blokować, jednoosobowo, w postaci jakiegoś tam narcyza z nizin... Oto takie liberum veto, w nadużyciu, pomijające interesy ludzi, państwa, mające na względzie jedynie ego i interes polityczny swego ponurego zaplecza... No i to podcieranie się zasadniczym dokumentem przez najwyższy organ jest radośnie kontynuowane... I rozbójnik innych posądza o rozbójnictwo, ponieważ ci inni starają się jakoś uporać z rewolucją, co widać i w Trybunale... Zaczęło się to wszystko kiedyś od zrujnowania jednej z naszych chlub, wizytówek; takie symboliczne wręcz to było, to inaugurujące tzw. dobrą zmianę rozwalenie stadniny koni w Janowie Podlaskim; aż doszło do wisienki w postaci Trybunału, który też zyskał wymiar symboliczny, bo może być pokazywany jako przykład już ostatecznego złajdaczenia... Instytucje państwa potraciły powagę i strasznie trudno będzie ją im przywrócić... Za oceanem widać jakąś reakcję na obłęd... Nie sadzę jednak, by u nas doszło do jakiegoś głębszego wybudzenia w przyszłorocznych wyborach, a przydałoby się, o ile oczywiście zależy nam na wartościach, o które bili się kiedyś dziadkowie, ojcowie, w groźnych wtedy czasach, o ile zależy nam na nich, myśląc o nowych groźnych czasach, które gdzieś przed nami majaczą, przydałoby się, by mieć większość pozwalającą radzić sobie z oporem półświatka, którego jednemu z przedstawicieli wydaje się, że jest królem - bandytą, w całkiem starym stylu, baśniowym dziś, bo nadużywa na całego swych ceremonialnych w gruncie rzeczy funkcji... Rewolucji ukręca się łeb. Oczywiście nie mam na myśli żadnych krwawych egzekucji, ale mam na myśli siłę państwa, które nie pozwala się gwałcić oprychom, które broni swojego prawa i je egzekwuje... Jeden z jakichś profesorów, chyba Matczak, powiedział, że praworządności nie można przywrócić siłą... Dziwna wypowiedź... A co z aparatem przymusu?... Gdybym ja sobie pozwolił na niepraworządne działania, to państwo - w imię praworządności - przysłałoby po mnie policję, zakuło w kajdanki, osadziło w areszcie, postawiło przed sądem, siłą, pod przymusem, bo ja sam bym sobie kajdanek nie założył i nie fatygował się do prokuratora... Ze mną, z małym żuczkiem, tak by postąpiono, czemu dużym żukom miałoby się upiec? Jeśli dużym żukom się pobłaża, to one zostaną. Teraz są dość ograniczone, ale mają swe bastiony, w których mogą czekać na lepsze czasy i na powrót swych politycznych opiekunów, a tym bardziej będą czekać, im bardziej wyczuwać będą w aktualnej władzy klimat hamletyzowania i lękliwości... Czasu jest mało już, a w ich twierdzach mosty zwodzone zaczynają się podnosić, jeśli się zamkną, będzie pozamiatane... Strasznie dużo od nas zależy, ale i od władzy dzisiejszej, żeby dawała nam powody do zaufania i wiary, by nie zniechęcała nikogo... Oby jakoś udało się naprawić tę zeszłoroczną skuchę i jakoś załagodzić jej destrukcyjne jak dotąd skutki... O ile nam zależy, bo może to już nie takie ważne, bo może ważne jest tylko jakieś tam jedzenie, citybreak wśród identycznych ludzi, bo tam, gdzie te "breaki", w sercach miejsc żadnego już prawie osiadłego życia, bo masowa turystyka przepędziła je na cztery wiatry... Mnie się zawsze w takich sytuacjach połowicznych zwycięstw plącze po głowie cudowny staroislandzki tekst Sagi o Hrafnkelu... To jest wypisz wymaluj opis naszej sytuacji, a przesłaniem, przestrogą płynącą z tego genialnego dzieła jest to, że gdy chcesz pogonić złego, jeśli się na to decydujesz, musisz to zrobić do końca, konsekwentnie, tak jak ci na to pozwala prawo, bez żadnych kompromisów, mobilizując wszystkie przychylne ci siły, bo jeśli odpuścisz, jeśli puścisz cokolwiek bandycie i oszustowi płazem, jeśli zawrzesz z nim jakąkolwiek ugodę, wiedz, że on wróci i cię załatwi, bez skrupułów... A tymczasem Kosiniak bredzi coś o resetach, z gwałcicielami chce się na nowo układać... Jakże ja nie znoszę tego mydłka...
Takie to więc to realia w okolicach sześćdziesiątki, ku której zmierzam ze złej strony, bo ta niestety gwarantuje tylko nieustające gorzej i gorzej, i gorzej... Gdyby choć w tej polityce ta waga jakoś rozsądnie drgnęła, gdyby odwagi więcej było w działaniu, a nie w wiecowych deklaracjach i iksowych błyskotliwostkach tudzież złośliwostkach...
A ja sobie coś na urodziny zagram... Birthday. Niech będą te kostki cukru, z Islandii; skoro już i przy okazji zahaczyłem o islandzką literaturę, to zahaczę i o muzykę... The Sugarcubes z ich debiutanckiego albumu Life's Too Good z 1988 roku... Choć w Islandii, na jej malutkiej w sumie scenie, działy się już od dawna całkiem ciekawe rzeczy, dopiero Sugarcubes z Björk byli tymi pierwszymi, co się tak spektakularnie przebili w świecie, torując brawurowo drogę dla następnych zjawisk... Lata osiemdziesiąte w Islandii były bardzo ciekawe i przełomowe w wielu dziedzinach... Działo się... Przedsionek do ciekawych zmian, obiecujących... A w tym i to grało:
Komentarze
Prześlij komentarz